
Poniedziałki mają w sobie coś z poczekalni u lekarza. Niby wszyscy wiedzą, że trzeba zacząć nowy tydzień, ale nikt nie ma ochoty usłyszeć diagnozy. Otwierasz gazetę z nadzieją, że może świat przez weekend zmądrzał, może politycy nabrali pokory, urzędnicy rozsądku, a rzeczywistość odrobiny przyzwoitości. Po pięciu minutach czytania dochodzisz jednak do wniosku, że jedyną rzeczą, która naprawdę pracuje bez wytchnienia, jest fabryka absurdów. Ona nie bierze urlopu, nie zna świąt, nie uznaje upałów ani zwolnień lekarskich. Produkuje dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, a jej pracownicy najwyraźniej dostają premie za kreatywność.
To był zresztą dzień szczególny. Taki, w którym wszystkie wiadomości wyglądały, jakby ktoś rozsypał je na stole, zamknął oczy i próbował ułożyć z nich logiczną opowieść. Był lekarz, który częściej pojawiał się przed kamerami niż przy łóżkach pacjentów. Były ostrzeżenia o zbliżającym się zapaści ochrony zdrowia. Były pociągi pokonane przez upał, rosyjska duchowość przegrywająca z urzędniczą pieczątką, cyfrowe pieniądze znikające szybciej niż śnieg w maju i wojna, do której Kreml próbuje zachęcać obywateli workiem pieniędzy. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim Hiszpanie oblewali się czerwonym winem, jakby chcieli pokazać światu, że życie jest zbyt krótkie, by traktować wszystko śmiertelnie poważnie.
Najbardziej urzekła mnie jednak historia ze Szpitala Południowego. Nie dlatego, że jest najbardziej dramatyczna. Dlatego, że jest najbardziej polska. Oto były zastępca prokuratora generalnego Kazimierz Olejnik mówi z rozbrajającą prostotą, że wystarczy porównać grafik dyżurów z aktywnością medialną doktora Dawida Kacprzyka. Jeżeli godziny się pokrywają, sprawa jest jasna. Jeżeli ktoś pobiera wynagrodzenie za dyżur, a w tym samym czasie występuje w telewizji albo prowadzi działalność polityczną, to nie trzeba powoływać komisji filozofów ani międzynarodowego trybunału. Wystarczy kalendarz, zegarek i elementarna uczciwość.
Olejnik twierdzi, że w jego czasach ustalenie, czy ktoś powinien usłyszeć zarzuty, zajęłoby dwa dni. Dwa dni. Czterdzieści osiem godzin. W państwie, które potrafi śledzić przelewy przez pół świata, analizować billingi telefoniczne sprzed lat i odtwarzać nagrania z kamer o rozdzielczości pozwalającej policzyć piegi na nosie, ustalenie, czy lekarz był jednocześnie na dyżurze i w studiu telewizyjnym, nie powinno być zadaniem ponad ludzkie siły.
A jednak w Polsce proste sprawy mają niezwykły talent do komplikowania się. To trochę tak, jakby straż pożarna najpierw przez pół roku analizowała temperaturę płomieni, powołała trzy zespoły ekspertów od spalania drewna, zorganizowała konferencję o historii ognia, a dopiero potem zaczęła szukać wiadra z wodą. Im prostsza wydaje się odpowiedź, tym większą mamy skłonność do budowania wokół niej labiryntu procedur.
Jeszcze bardziej zdumiewa mnie coś innego. W Polsce coraz częściej nie rozstrzyga się spraw. Rozstrzyga się emocje. Najpierw odbywa się medialny festiwal komentarzy, potem polityczne przepychanki, następnie eksperci tłumaczą ekspertom, co mieli na myśli inni eksperci, a na końcu wszyscy znużeni wracają do domu, pozostawiając obywatela z tym samym pytaniem, z którym rozpoczął dzień. Co właściwie się wydarzyło?
Podobno żyjemy w epoce informacji. Mam jednak coraz większe wrażenie, że żyjemy w epoce nieustannego komentowania informacji. Samych informacji jest niewiele. Reszta to dekoracje. Gdyby komentarze zamieniały się w energię elektryczną, Polska od dawna byłaby eksporterem prądu do połowy Europy.
Na tym jednak nie kończyły się poniedziałkowe diagnozy. Z zupełnie innej strony nadeszła wiadomość znacznie poważniejsza. Do opinii publicznej wyciekł wpis prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej, w którym padło zdanie brzmiące bardziej jak ostrzeżenie niż publicystyczna przesada: jeżeli nic się nie zmieni, najpóźniej jesienią system ochrony zdrowia może zwyczajnie przestać działać.
To jedno zdanie wybrzmiewa mocniej niż dziesiątki konferencji prasowych ministrów. Lekarze od lat mówią o tym samym. Brakuje pieniędzy, brakuje ludzi, brakuje czasu, a przede wszystkim brakuje odwagi, by powiedzieć obywatelom prawdę. Że nie da się mieć nowoczesnej medycyny za cenę prowizorycznych łat i corocznego przesuwania pieniędzy z jednej szuflady do drugiej.
Politycy wszystkich kolejnych ekip zachowują się trochę jak właściciel starego domu, który zamiast naprawić fundamenty, co roku kupuje nową farbę do salonu. Ściany wyglądają świeżo. Zdjęcia wychodzą znakomicie. Tyle tylko, że piwnica coraz bardziej przypomina basen, a dach zaczyna rozmawiać z deszczem na bardzo poufałych zasadach.
Najgorsze jest to, że system ochrony zdrowia nie załamuje się z hukiem. Nie ma jednego dnia, w którym gasną światła i wszyscy wychodzą ze szpitali. On umiera powoli, po cichu, kolejkami, wypaleniem personelu, zamykaniem oddziałów, coraz dłuższym oczekiwaniem na specjalistę. Umiera tak dyskretnie, że wielu ludzi zauważa problem dopiero wtedy, gdy sami próbują umówić wizytę. Wtedy okazuje się, że najkrótszą drogą do lekarza nie jest skierowanie, lecz łut szczęścia albo prywatna karta płatnicza.
I chyba właśnie dlatego historia doktora Kacprzyka oraz ostrzeżenia lekarzy tak dobrze do siebie pasują. Jedna pokazuje pojedyncze drzewo. Druga odsłania cały las. Można przez wiele tygodni dyskutować o jednym nazwisku, ale znacznie trudniej rozmawiać o systemie, który od lat funkcjonuje dzięki temu, że ludzie pracują ponad siły, biorą kolejne dyżury i próbują zasypywać własnym wysiłkiem dziury, których państwo od dawna nie potrafi naprawić.
Kiedy już człowiekowi wydaje się, że poniedziałek wyczerpał limit niespodzianek, zagląda na kolejne strony i odkrywa, że nawet pogoda postanowiła rozpocząć własną działalność opozycyjną wobec państwa. Nie przeciwko rządowi, nie przeciwko samorządom, lecz przeciwko całej naszej ulubionej narodowej przypadłości, czyli przekonaniu, że skoro do tej pory jakoś działało, to będzie działało zawsze.
Otóż nie będzie.
Kilka naprawdę gorących dni wystarczyło, żeby Polskie Linie Kolejowe zaczęły ograniczać ruch pociągów towarowych. Szyny nagrzewają się do temperatur, przy których stal przestaje być posłusznym materiałem, a zaczyna przypominać człowieka po kilku godzinach stania w pełnym słońcu. Rozszerza się, wygina i przypomina inżynierom, że prawa fizyki nie uznają ministerialnych komunikatów.
To zresztą piękna metafora współczesnej Polski. Jeszcze niedawno mówiliśmy z uśmiechem, że zima co roku zaskakuje drogowców. Dzisiaj równie skutecznie zaskakuje nas lato. Jeszcze trochę, a będziemy wydawać specjalne komunikaty ostrzegające przed jesienią, ponieważ liście spadają z drzew zupełnie bez konsultacji społecznych, a wiosna zostanie oskarżona o nadmierny wzrost poziomu pyłków.
Zmienia się klimat, ale znacznie wolniej zmienia się nasze myślenie.
Przez lata przyzwyczailiśmy się do przekonania, że pogoda jest tłem życia. Tymczasem coraz częściej staje się jego głównym bohaterem. Upały wpływają na kolej, energetykę, rolnictwo, transport i zdrowie. To już nie jest egzotyczna ciekawostka z raportów klimatologów. To jest codzienność, która puka do drzwi i pyta, czy przypadkiem nie zapomnieliśmy przygotować domu na nowe czasy.
Podobnie jest z pieniędzmi. Jeszcze kilkanaście lat temu człowiek wychodził z domu z portfelem, w którym miał kilka banknotów, trochę monet i zdjęcie dzieci albo wnuków. Dzisiaj wychodzi z telefonem. W tym telefonie mieszczą się pieniądze, dokumenty, bilety kolejowe, historia choroby, kontakty, kalendarz i pół życia. Jedno urządzenie zastąpiło całą kieszeń.
Dlatego wiadomość o cofnięciu przez Komisję Nadzoru Finansowego licencji spółce mPay jest czymś więcej niż ekonomiczną notką. Jest przypomnieniem, że nasze bezpieczeństwo coraz częściej nie zależy od zamka w drzwiach, lecz od stabilności serwerów, decyzji regulatorów i kilku linijek kodu zapisanych gdzieś w centrum danych.
Cyfrowy świat jest niezwykle wygodny. Dopóki działa.
Potem okazuje się, że współczesny człowiek potrafi w pięć sekund zapłacić za kawę telefonem, ale nie ma pojęcia, gdzie w domu leży gotówka na chleb. Technologia ułatwia życie, lecz równocześnie czyni nas bardziej zależnymi od rzeczy, których ani nie widzimy, ani nie rozumiemy.
To trochę tak, jakby cała cywilizacja przeprowadziła się do mieszkania zbudowanego na bardzo eleganckim, ale jednak szklanym fundamencie.
W tym samym czasie zza zachodniej granicy nadeszła wiadomość znacznie smutniejsza. W niemieckim Stade pięć osób zginęło w strzelaninie. Kolejna tragedia, która przez jeden dzień trafia na czołówki serwisów informacyjnych, by nazajutrz ustąpić miejsca następnym wydarzeniom.
Mam czasem wrażenie, że współczesny świat produkuje tragedie szybciej, niż jesteśmy w stanie je przeżyć.
Jeszcze nie zdążymy zrozumieć jednego dramatu, a już pojawia się następny. Informacje przesuwają się po ekranach telefonów z prędkością wagonów ekspresu. Człowiek współczesny nie tyle przeżywa wiadomości, ile je przewija. Smutek trwa mniej więcej tyle, ile ładowanie kolejnej strony.
Na szczęście poniedziałek zostawił nam również obraz zupełnie inny.
Gdzieś w hiszpańskim Haro tysiące ludzi oblewało się czerwonym winem podczas tradycyjnego święta Batalla del Vino. Wiadra, butelki, pistolety na wodę napełnione winem, śmiech, muzyka, czerwone koszule i twarze wyglądające tak, jakby cała miejscowość właśnie wyszła z gigantycznej winnicy.
Patrzyłem na te fotografie z ogromną zazdrością. Nie dlatego, że przepadam za winem. Dlatego, że zobaczyłem ludzi, którzy choć przez jeden dzień postanowili nie kłócić się o politykę, nie obrażać się nawzajem i nie udowadniać światu, kto ma rację. Oblewali się winem zamiast wyzwiskami.
Pomyślałem wtedy, że być może właśnie na tym polega różnica między społeczeństwami szczęśliwymi a zmęczonymi. Jedni od czasu do czasu organizują święto, podczas którego wszyscy wracają do domu czerwoni od wina. Drudzy codziennie urządzają święto wzajemnych pretensji i wracają do domu czerwoni ze złości.
A przecież człowiek nie żyje wyłącznie po to, żeby wygrać kolejną internetową dyskusję. Czasem warto wygrać zwyczajny dzień.
Wieczorem zamknąłem komputer i pomyślałem o jeszcze jednej informacji, która tego dnia przemknęła przez media niemal niezauważona. Astronomowie przypomnieli, że około dwa i pół miliona lat temu niedaleko Układu Słonecznego przeleciała gwiazda. Nie uderzyła w Ziemię, nie zniszczyła planet, ale swoim polem grawitacyjnym prawdopodobnie poruszyła chmurę komet, a skutki tamtego spotkania odczuwamy do dziś. Kosmos działa cierpliwie. Nie krzyczy. Nie organizuje konferencji prasowych. Nie publikuje emocjonalnych wpisów w mediach społecznościowych. Po prostu wykonuje swoją pracę, a konsekwencje pojawiają się czasem po milionach lat.
Pomyślałem wtedy, że politycy mogliby się od gwiazd czegoś nauczyć. Nie chodzi o świecenie. Tego akurat mają aż nadto. Chodzi o perspektywę.
Kiedy czytałem poniedziałkowe wiadomości, miałem nieodparte wrażenie, że żyjemy w kraju, który coraz częściej myli sprawy ważne ze sprawami głośnymi. Godzinami potrafimy dyskutować o tym, kto kogo obraził, kto komu odpowiedział, kto wystąpił w telewizji i kto napisał bardziej złośliwy wpis w internecie. Znacznie mniej czasu poświęcamy temu, że system ochrony zdrowia zaczyna trzeszczeć w szwach, kolej przegrywa z kolejną falą upałów, a państwo coraz częściej gasi pożary zamiast budować odporność na następne.
To zresztą nie jest wyłącznie polska przypadłość. Świat również zdaje się żyć od alarmu do alarmu. W Niemczech tragedia w Stade przez kilka godzin była najważniejszą wiadomością dnia. Następnego dnia ustąpiła miejsca kolejnym wydarzeniom. Wojna w Ukrainie trwa już tak długo, że dla wielu stała się elementem krajobrazu. Rosja jednego dnia zamraża konta ludziom, którzy zaufali jej opowieści o „tradycyjnych wartościach”, drugiego dnia oferuje rekordowe premie za podpisanie kontraktu z armią, bo nawet pieniądze nie są już w stanie przekonać wystarczającej liczby ludzi, że warto umierać za cudze ambicje.
Najbardziej zdumiewa mnie jednak coś jeszcze. Im bardziej świat przyspiesza, tym bardziej człowiek zwalnia w myśleniu.
Przewijamy wiadomości kciukiem z prędkością błyskawicy, ale coraz rzadziej zatrzymujemy się przy jednej z nich na dłużej. Każda następna wypiera poprzednią. Kolejna afera przykrywa wcześniejszą. Następna tragedia zabiera miejsce poprzedniej. Informacja stała się jednorazowym kubkiem po kawie. Korzystamy z niej przez chwilę, po czym wyrzucamy i sięgamy po następną.
Może właśnie dlatego tak spodobało mi się zdjęcie z hiszpańskiego Haro. Kilka tysięcy ludzi oblewających się czerwonym winem wyglądało znacznie rozsądniej niż połowa politycznych debat, które oglądałem w ostatnich miesiącach. Tam nikt nie próbował wygrać algorytmu. Nikt nie udowadniał, że tylko on ma monopol na prawdę. Nikt nie organizował komisji do zbadania koloru wina. Ludzie po prostu świętowali.
A my?
My coraz częściej zapominamy, że państwo nie jest profilem w mediach społecznościowych. Nie żyje od jednego wpisu do drugiego. Nie buduje się go z konferencji prasowych. Nie utrzymuje się go na politycznych deklaracjach.
Państwo buduje się cierpliwością. Kompetencjami. Zaufaniem. Uczciwością ludzi, którzy wykonują swoją pracę także wtedy, gdy nie świecą na nich reflektory kamer.
Prawdziwe państwo przypomina dobrego hydraulika. Nikt nie pamięta jego nazwiska, dopóki wszystko działa. Dopiero kiedy pęknie rura, wszyscy nagle zaczynają pytać, dlaczego nikt wcześniej jej nie naprawił.
I chyba właśnie taki był ten poniedziałek. Nie wydarzył się jeden wielki dramat. Nie było jednego wydarzenia, które zatrzymało świat. Było za to kilkanaście drobnych pęknięć. Jedno w ochronie zdrowia. Drugie na kolei. Trzecie w cyfrowych finansach. Czwarte w rosyjskiej propagandzie. Piąte w naszym sposobie patrzenia na rzeczywistość. Każde z osobna wydaje się niewielkie. Razem tworzą obraz świata, który coraz bardziej przypomina pięknie odmalowaną kamienicę. Elewacja błyszczy w słońcu. Balkon zdobią pelargonie. Turyści robią zdjęcia.
Tylko gdzieś głęboko w piwnicy od dawna słychać cichy trzask fundamentów i właśnie tego trzasku najbardziej boję się słuchać, bo o ile politycy potrafią zagłuszyć go kolejną konferencją prasową, o tyle rzeczywistość ma wyjątkowo złośliwy zwyczaj. Ona nie słucha przemówień. Ona wcześniej czy później wystawia rachunek.

Dodaj komentarz