
Przeczytałem historię kariery Anny Krupki i przez chwilę zastanawiałem się, czy „Newsweek” nie pomylił działu politycznego z opowiadaniami obyczajowymi. Mamy Jarosława Kaczyńskiego, makijaż, kotkę Fionę, winogrona turlane po podłodze, ciastka przynoszone na posiedzenia władz partii, walkę o mikrofon, regionalne wojny, a na końcu stanowisko wiceprezesa największej partii opozycyjnej.
Brakuje właściwie tylko przepisu kulinarnego.
Według rozmówców „Newsweeka” Anna Krupka zaczynała na Nowogrodzkiej w biurze prasowym, malowała Jarosława Kaczyńskiego przed wystąpieniami, zdobywała jego sympatię, a kiedy trzeba było zabawić kotkę prezesa, potrafiła usiąść na podłodze i turlać jej winogrona. Później podobno pojawiała się w odpowiednim czasie z ciastkami na spotkaniach partyjnego prezydium, aż wreszcie nie trzeba było już przynosić ciastek, bo sama weszła do prezydium.
To jest awans społeczny, którego nawet Balcerowicz nie przewidział.
Nie chcę jednak drwić z tego, że ktoś kiedyś robił komuś makijaż. Praca jak każda inna. Można być makijażystką i świetnym politykiem, podobnie jak można być profesorem i kompletnym durniem. Polska dostarczyła dostatecznie dużo przykładów obu możliwości.
Ciekawsze jest co innego.
Co właściwie decyduje o awansie w partii, która chciałaby rządzić czterdziestomilionowym państwem?
Bo jeśli wierzyć relacjom ludzi z PiS, odpowiedź brzmi: wierność, umiejętność znalezienia się blisko prezesa, skuteczność w zwalczaniu konkurentów, odporność na śmieszność i zdolność pojawienia się we właściwym miejscu, zanim inni zdążą zamknąć drzwi.
Kompetencje też zapewne nie przeszkadzają, ale najwyraźniej nie należy przesadzać z wymaganiami.
Krupka jest dziś wiceprezesem PiS, szefową struktur w okręgu kieleckim i pełnomocniczką partii do spraw młodzieży. Czyli nie mamy do czynienia z panią stojącą w trzecim rzędzie z chorągiewką, tylko z osobą należącą do kierownictwa partii aspirującej do przejęcia władzy.
I wtedy zaczyna być mniej śmiesznie. Chociaż tylko trochę.
Bo z opowieści partyjnych wyłania się niezwykły model selekcji kadr. Jeden z rozmówców mówi, że Kaczyński zna słabości Krupki, ale mu one nie przeszkadzają. Inny tłumaczy jej fenomen mniej więcej tak: skoro prezes może z pionka zrobić królową, to pokazuje wszystkim, kto naprawdę ustawia figury.
W tym sensie Anna Krupka może być politykiem wręcz modelowym. Nie dlatego, że jest głupia. Nie mam pojęcia, czy jest głupia. Nie przeprowadzałem jej testu inteligencji, a rzucanie winogron kotu nie znajduje się jeszcze w skali Wechslera.
Problem jest poważniejszy. W polityce człowiek wcale nie musi być głupi, żeby przez lata zachowywać się głupio, mówić głupoty i uczestniczyć w głupim systemie. Wystarczy, że system za to nagradza.
Krupka nauczyła się jednej rzeczy bezbłędnie: w partii wodzowskiej ważniejsze od tego, co wiesz, jest to, kto wie, że jesteś wierny. A potem można już zostać wiceprezesem. Właściwie dlaczego nie premierem?
Takie nazwisko pojawiło się przecież na początku tego roku w agencyjnych spekulacjach o kandydacie PiS na szefa rządu. Sama Krupka przyjęła te doniesienia „z pokorą”, natomiast według „Newsweeka” część działaczy PiS przyjęła je śmiechem.
To musi być szczególny rodzaj kariery politycznej, kiedy społeczeństwo dowiaduje się, że możesz zostać premierem, a twoi partyjni koledzy dostają ataku wesołości.
Ale nie lekceważmy tego śmiechu. Partie mają zadziwiającą zdolność do wynoszenia ludzi, z których jeszcze chwilę wcześniej same żartowały.
Andrzeja Dudę też mało kto traktował poważnie, zanim został prezydentem. Karola Nawrockiego jeszcze niedawno większość Polaków nie znała, a dziś Pałac Prezydencki zna już jego. Polityka jest dziedziną, w której żart bardzo często zostaje awansowany na urząd państwowy.
Anna Krupka ma również udokumentowany talent do zdobywania mikrofonu. Podczas otwarcia obwodnicy Nowego Korczyna przepychała się o niego z Michałem Cieślakiem, potrąciła po drodze Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz, a ksiądz, który chwilę później miał poświęcić inwestycję, rozpoczął od stwierdzenia, że jest zachwycony „wspaniałą atmosferą uroczystości”. Kościół katolicki nie pierwszy raz pojawił się w Polsce dokładnie wtedy, kiedy potrzebny był cud.
Nagranie obejrzał podobno Kaczyński i westchnął: „O Jezu”. Tu akurat prezes trafnie ocenił sytuację. Jest jeszcze piękniejszy szczegół. Krupka chciała później ukarania Cieślaka, ale Kaczyński po obejrzeniu nagrania tego nie zrobił. Cieślak ostatecznie i tak odszedł z PiS do Rozwoju Plus.
Czyli Krupka pozostała, przeciwnik zniknął. W polityce nie zawsze trzeba wygrać dyskusję. Czasem wystarczy przeżyć dyskutanta. I właśnie dlatego pytanie, czy idiota może mieć wpływ na politykę, jest źle postawione.
Oczywiście, że może. Demokracja nie wymaga świadectwa dojrzałości intelektualnej od kandydata. Nie ma komisji, która przed wpisaniem na listę wyborczą sprawdza rozumienie tekstu, logikę, historię, ekonomię i umiejętność powstrzymania się przed mówieniem rzeczy, których człowiek za chwilę będzie musiał przez trzy dni tłumaczyć.
Może szkoda. Znacznie ciekawsze jest pytanie, czy partia potrafi tworzyć takie warunki, w których głupota przestaje być wadą. I tu PiS daje ostatnio materiał badawczy niemal codziennie.
Ledwie skończyliśmy czytać o Annie Krupce, a były minister obrony Mariusz Błaszczak został zapytany, czy w przypadku rosyjskiego ataku na Litwę, Łotwę albo Estonię polscy żołnierze powinni ruszyć sojusznikom na pomoc. Błaszczak odpowiedział: „Polscy żołnierze powinni bronić Polski”. Powiedział to człowiek, który przez pięć lat był ministrem obrony państwa należącego do NATO.
To już nie są winogrona. Idea NATO jest naprawdę dość nieskomplikowana: Litwin broni Polaka, ponieważ Polak broni Litwina. Jeżeli każdy będzie bronił wyłącznie własnego podwórka, NATO można zamknąć i oszczędzić na flagach.
Błaszczak później tłumaczył, że oczywiście jesteśmy silni w sojuszach i że krytycy powinni przyłożyć sobie lód do głowy.
Lód zawsze pomaga. Zwłaszcza po wypowiedzi byłego ministra obrony sugerującej sojusznikom, żeby na wypadek rosyjskiego ataku nie byli przesadnie pewni, co Polska właściwie uważa za sojusz.
I tutaj wracamy do Krupki. Może problemem PiS nie jest brak inteligentnych ludzi. Są tam ludzie inteligentni, wykształceni, doświadczeni, niektórzy naprawdę kompetentni.

Problem polega na tym, że inteligencja nie jest w tym systemie najważniejszą walutą. Najważniejsza jest zgodność. Prezes mówi — reszta potwierdza. Partia ustala — polityk objaśnia. Rzeczywistość przeczy — tym gorzej dla rzeczywistości.
W takim środowisku człowiek samodzielnie myślący staje się kłopotliwy, bo może któregoś dnia powiedzieć: „Prezesie, to jest bez sensu”.
A człowiek przeciętny, ale lojalny, jest bezpieczny. Nie komplikuje. Nie zadaje niepotrzebnych pytań. Wie, komu przynieść ciastka i kiedy nie wychodzić z pokoju.
To nie jest zresztą wyłącznie problem PiS. Każda partia wodzowska ma podobną chorobę. Różni się tylko stadium. Tyle że PiS doprowadził ten model do niezwykłej perfekcji. Partia, która przez lata opowiadała o „elitach”, „kompetencji państwa”, „odbudowie wspólnoty” i „jakości kadr”, potrafiła jednocześnie stworzyć system, w którym jedno z najważniejszych pytań brzmi nie: „czy ten człowiek się nadaje?”, lecz: „czy prezes mu ufa?”
A prezes, jak sam podobno powiedział Terleckiemu, ma swoje lata i może mieć swoje kaprysy. To chyba najbardziej szczera definicja polityki kadrowej PiS, jaką ostatnio przeczytałem.
Kaprys na stanowisku partyjnym jest jeszcze zabawny. Kaprys na liście wyborczej zaczyna być problemem. Kaprys zostający ministrem robi się kosztowny. Kaprys, który pewnego dnia decyduje o armii, gospodarce albo bezpieczeństwie państwa, przestaje być dowcipem.
Dlatego nie pytam już, czy idiota może mieć wpływ na politykę. Może! Bardziej interesuje mnie, dlaczego polityka tak często robi wszystko, żeby miał.

Dodaj komentarz