
Polska prawica ma niezwykły talent do organizowania narodowych uniesień z rzeczy, które w normalnym kraju kończyłyby się co najwyżej krótkim komunikatem rzecznika prasowego i kawą wypitą w ministerialnym bufecie. Wystarczy, że Donald Trump napisze późnym wieczorem kilka zdań w internecie, a nad Wisłą natychmiast rozpoczyna się patriotyczny karnawał zachwytu przypominający trochę wesele połączone z odpustem i konkursem recytatorskim ku czci geopolityki.
Trump ogłosił, że wyśle do Polski dodatkowe pięć tysięcy żołnierzy. Napisał przy tym, że robi to między innymi dzięki swoim relacjom z Karolem Nawrockim. I wtedy właśnie rozpoczęło się widowisko, którego nie wymyśliłby nawet najbardziej złośliwy scenarzysta politycznej satyry.
Karol Nawrocki niemal natychmiast stanął na straży sojuszu polsko-amerykańskiego. W mediach społecznościowych zabrzmiał jak dowódca twierdzy na granicy imperium, człowiek osobiście pilnujący bezpieczeństwa każdego polskiego domu, garażu, balkonu i działki rekreacyjnej.
Czytałem ten jego wpis i miałem przed oczami obraz człowieka stojącego nocą na klifie historii. Wiatr rozwiewa biało-czerwoną pelerynę. W tle powiewają flagi NATO. Gdzieś nad Bałtykiem słychać hymn Stanów Zjednoczonych grany na akordeonie przez wzruszonego działacza PiS.
Nawrocki dziękował Trumpowi za przyjaźń wobec Polski z takim przejęciem, jakby amerykański prezydent właśnie przywiózł nam osobiście opał na zimę, a nie wykonał ruch wynikający z chłodnej strategii wojskowej największego mocarstwa świata.
Ale prawdziwe arcydzieła zaczęły się dopiero później.
Przemysław Czarnek ogłosił „gigantyczny sukces”. I kiedy czytam, że Czarnek używa słowa „gigantyczny”, zawsze mam wrażenie, że zaraz pojawi się orkiestra dęta, konfetti oraz przemówienie o wielkości narodu wygłoszone tonem obrażonego nauczyciela WF-u.
Czarnek jest politykiem szczególnym. To człowiek, który potrafi mówić o świecie z pewnością średniowiecznego kaznodziei i energią sprzedawcy garnków ceramicznych na targach rolniczych. Gdyby jutro ogłoszono, że do Polski przypłynęły trzy amerykańskie łodzie podwodne i dwa wojskowe psy, Czarnek zapewne również mówiłby o „gigantycznym sukcesie cywilizacyjnym”.
Mateusz Morawiecki także rzucił się do świętowania. Morawiecki od dawna przypomina trochę człowieka, który nawet prognozę pogody potrafiłby opowiedzieć jak raport o wielkim zwycięstwie gospodarczym. Kiedy mówi o sukcesach Polski, zawsze ma minę kierownika banku, który właśnie sprzedał klientowi kredyt na siedemdziesiąt lat i jeszcze oczekuje wdzięczności.
Przydacz natomiast pisał o poważnej polityce i wymiernych rezultatach z tą charakterystyczną miną człowieka, który chciałby wyglądać jak Henry Kissinger Europy Środkowej, ale momentami przypomina raczej ucznia gorączkowo próbującego dopisać puentę do wypracowania pięć minut przed dzwonkiem.
A nad tym wszystkim unosił się oczywiście Donald Trump.
Pomarańczowy cesarz internetu. Człowiek, który prowadzi politykę międzynarodową tak, jakby komentował galę wrestlingu w telewizji kablowej. Wszystko u niego jest „great”, „fantastic” i „incredible”. Trump nie ogłasza decyzji. Trump robi show. Gdyby mógł, wysyłałby czołgi z własnym autografem i złotym napisem „special edition”.
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, jak szybko polska prawica zaczęła przedstawiać tę sytuację niemal jako osobisty triumf Karola Nawrockiego. Człowiek patrzy na te wszystkie wpisy i ma wrażenie, że oto prezydent Polski własnymi rękami przesunął Atlantyk bliżej Radomia.
A przecież jeszcze kilka dni temu wszyscy nerwowo komentowali informacje o ograniczaniu obecności wojsk USA w Europie. Pentagon mówił o redukcjach. Trwały rozmowy. MON uspokajał sytuację. Kosiniak-Kamysz, Tomczyk i Zalewski wykonywali normalną, mozolną robotę dyplomatyczną. Rozmawiali z Amerykanami, jeździli do Waszyngtonu, negocjowali.
Ale kiedy Trump wrzucił wpis do internetu, prawica natychmiast zachowała się tak, jakby Karol Nawrocki osobiście obronił Europę przed Mongołami.
To jest właśnie największy problem współczesnej polityki. Wszystko musi być spektaklem. Wszystko musi być gigantyczne. Wszystko musi mieć ton hollywoodzkiego zwiastuna.
Nikt już nie chce mówić spokojnie o strategii bezpieczeństwa, NATO, interesach Stanów Zjednoczonych i zmianach geopolitycznych. Nie. Dziś trzeba opowiadać politykę jak serial platformy streamingowej. Muszą być bohaterowie. Musi być wielki triumf. Musi być wróg. Musi być patos.
Trump i Nawrocki pasują do siebie idealnie właśnie dlatego, że obaj kochają politykę opartą na emocjonalnym widowisku.
Trump wygląda jak właściciel kasyna, który przypadkiem dostał dostęp do kodów nuklearnych. Nawrocki natomiast przypomina komendanta patriotycznego półświatka, przekonanego, że każde zdjęcie z amerykańskim politykiem automatycznie podnosi rangę Polski do poziomu starożytnego imperium.
I kiedy patrzę na tę falę zachwytów, mam czasem wrażenie, że polska prawica marzy nie tyle o nowoczesnym państwie, ile o niekończącej się akademii ku czci samej siebie. W tej akademii zawsze gra podniosła muzyka. Zawsze ktoś mówi o honorze. Zawsze ktoś dziękuje Ameryce. I zawsze na końcu pojawia się polityk PiS przekonany, że właśnie uratował cywilizację zachodnią.
A zwykły człowiek siedzi tymczasem wieczorem w kuchni, patrzy na rachunki i zastanawia się, czy od tych pięciu tysięcy żołnierzy potanieje masło, kredyt albo prąd.
Nie potanieje.
Ale być może świat rzeczywiście zrobił się już tak niebezpieczny, że obecność amerykańskich wojsk jest Polsce potrzebna. I to jest jedyna poważna rzecz w całym tym patriotycznym kabarecie.
Bo Rosja nadal pozostaje brutalnym, agresywnym państwem zarządzanym przez człowieka, który traktuje wojnę jak osobiste hobby starego gangstera.
Europa jest słaba. Ameryka bywa kapryśna. NATO trzeszczy chwilami jak stary tramwaj na zakręcie.
I może właśnie dlatego najbardziej absurdalne w całej tej historii jest to, że między jednym triumfalnym wpisem Czarnka, jednym patriotycznym uniesieniem Nawrockiego i jednym nocnym występem Trumpa kryje się jednak coś prawdziwego.
Lęk.
Bo kiedy politycy zaczynają tak bardzo cieszyć się z obecności kolejnych żołnierzy, człowiek zaczyna podejrzewać, że świat naprawdę skręcił w bardzo niebezpieczną stronę.
A wtedy nawet najbardziej groteskowy kabaret przestaje być całkiem śmieszny.

Dodaj komentarz