FRANKOWICZ JEST CZŁOWIEKIEM, PARTNER JESZCZE NIE. PREZYDENT PODPISUJE RATY, WETUJE ŻYCIE

Warszawa

Karol Nawrocki miał w piątek przed sobą kilka ustaw, pióro, kamerę i tę szczególną minę człowieka, który za chwilę osobiście uratuje cywilizację łacińską przed wizytą u notariusza. Usiadł więc majestatycznie, poprawił państwową powagę na ramionach i przystąpił do segregowania Polaków na tych, których problemy zasługują na podpis, oraz tych, których życie może jeszcze trochę poczekać w przedpokoju historii.

Ustawę frankową podpisał. Ustawę o statusie osoby najbliższej zawetował.

Kredyt we frankach okazał się zatem więzią wystarczająco świętą, aby pochyliła się nad nią głowa państwa. Wspólne życie, mieszkanie, opieka podczas choroby, dzielenie rachunków, pielęgnowanie partnera, trzymanie go za rękę na onkologii i organizowanie mu pogrzebu nie osiągnęły jeszcze odpowiedniego poziomu duchowego. Człowieka można związać z bankiem na trzydzieści lat i Pałac Prezydencki widzi w tym realny problem. Kiedy jednak dwoje ludzi jest ze sobą przez trzydzieści lat, prezydent dostrzega podejrzaną działalność ideologiczną.

W Polsce łatwiej więc zalegalizować toksyczną relację z kursem walutowym niż normalną relację z drugim człowiekiem. Frank szwajcarski otrzymał status osoby najbliższej, partner nadal pozostaje osobą przypadkową, najlepiej stojącą kilka metrów od łóżka szpitalnego i niezadającą pytań.

Ustawa frankowa ma odciążyć sądy, w których sprawy kredytobiorców stanowią ogromną część postępowań cywilnych, zwłaszcza w apelacjach. Samo doręczenie pozwu będzie zawieszało obowiązek płacenia kolejnych rat, bez konieczności osobnego wniosku o zabezpieczenie. Rozwiązanie praktyczne, konkretne i potrzebne. Prezydent podpisał je bez drżenia ręki. Człowiek pozwał bank, państwo uznało, że trzeba mu ułatwić życie.

Gdy człowiek chciałby uzyskać informację o stanie zdrowia partnera, prawo do wspólnego mieszkania, alimentacji, opieki, pochówku albo zwolnienia z podatku od darowizny, państwo Nawrockiego natychmiast zapuszcza patriotyczne wąsy i pyta, czy przypadkiem nie jest to zamach na Jasną Górę.

Prezydent wyjaśnił, że nic, co jest „quasi-małżeństwem”, nie może liczyć na jego wsparcie. Jest to zdanie fascynujące, ponieważ ustawa była już tak dalece odarta z małżeństwa, że bardziej przypominała instrukcję obsługi wspólnego gospodarstwa domowego niż marsz weselny. Nie dawała prawa do wspólnej adopcji. Nie pozwalała przysposobić dziecka partnera. Nie wprowadzała wspólnego nazwiska. Nie ustanawiała domniemania rodzicielstwa. Nie zapewniała nawet automatycznego dziedziczenia ustawowego. Trzeba było sporządzić testament, bo w Polsce nawet po śmierci miłość powinna posiadać właściwy załącznik.

Rząd, Lewica i PSL dokonali wcześniej politycznego cudu odwrotnego: tak długo rozcieńczali związki partnerskie, aż powstał z nich bezbarwny płyn administracyjny, który można było podać najbardziej lękliwemu konserwatyście bez ryzyka nagłego ataku nowoczesności. Zamiast ślubu — notariusz. Zamiast małżeństwa — umowa. Zamiast rodziny — „status osoby najbliższej”. Zamiast romantyzmu — formularz, pieczęć, rejestr i zapewne segregator w kolorze urzędowego beżu.

Ale nawet ten rozwodniony kompocik obyczajowej przyzwoitości okazał się dla prezydenckiego podniebienia zbyt pikantny.

Nawrocki zobaczył w ustawie „tylne drzwi”. Prawica ma osobliwą obsesję na punkcie tylnych drzwi. Związki partnerskie wchodzą tylnymi drzwiami, Europa wchodzi tylnymi drzwiami, edukacja zdrowotna wchodzi tylnymi drzwiami, prawa kobiet wchodzą tylnymi drzwiami, a rozum najwyraźniej nie wchodzi wcale, ponieważ zgubił klucz i domofon nie odpowiada.

Ustawa przeszła przez Sejm i Senat, była omawiana publicznie przez wiele miesięcy, miała własny druk, komisje, debaty, głosowania oraz konferencje prasowe. Jeżeli to są tylne drzwi, to musiały mieć marmurowe schody, orkiestrę wojskową, transmisję telewizyjną i straż marszałkowską salutującą przy wejściu. Bardziej jawnie można by ją wprowadzać jedynie na platformie ciągniętej przez husarię środkiem Krakowskiego Przedmieścia.

Prezydent uznał także, że ustawa niesie „ideologiczną treść”. W polskiej polityce ideologią nazywa się zwykle życie kogoś innego. Życie własne jest naturą, tradycją i porządkiem boskim. Cudze życie jest ideologią, projektem politycznym, eksperymentem społecznym i finansowanym z zagranicy atakiem na powiat.

Małżeństwo mężczyzny i kobiety najwyraźniej jest według Nawrockiego konstrukcją tak kruchą, że może je obalić cudzy testament. Czterdziestoletni związek państwa Kowalskich, dzieci, wnuki, wspólne kredyty, niedzielne obiady i komplet ręczników z napisem „jego” i „jej” mają runąć, gdy dwóch mężczyzn uzyska prawo do informacji, czy jeden z nich przeżył operację wyrostka.

Nie wiadomo tylko, jak miałoby się to technicznie odbywać. Czy obrączki małżeństw heteroseksualnych zaczną pękać? Czy z urzędów stanu cywilnego odpadnie tynk? Czy wspólność majątkowa państwa Nowaków rozpuści się w chwili, gdy dwie kobiety podpiszą u notariusza umowę o korzystaniu z mieszkania? Prezydent nie wyjaśnił, bo ideologiczna groza ma tę przewagę nad argumentem, że nie potrzebuje instrukcji obsługi.

Karol Nawrocki przedstawia się jako strażnik wyjątkowości małżeństwa. Strażnik osobliwy, bo pilnuje nie tego, żeby małżeństwom było lepiej, lecz żeby innym było gorzej. Nie proponuje małżonkom dodatkowych mieszkań, żłobków, pieniędzy, czasu, opieki zdrowotnej ani terapii rodzinnej. Nie usuwa przyczyn rozwodów, przemocy domowej, samotności i ekonomicznej rozpaczy. On po prostu stawia wartownika przy cudzym łóżku i z dumą oznajmia, że bezpieczeństwo rodziny zostało przywrócone.

To trochę tak, jakby dla ochrony restauracji zakazać ludziom jedzenia kanapek w domu. Albo bronić fortepianu przed konkurencją ze strony harmonijki ustnej. Małżeństwo nie staje się silniejsze dlatego, że sąsiad nie może odziedziczyć mieszkania po człowieku, z którym przeżył pół życia. Staje się jedynie instytucją wykorzystywaną jako pałka do bicia tych, których prezydent nie uważa za dostatecznie rodzinnych.

Najbardziej groteskowy fragment uzasadnienia dotyczył adopcji przez pary homoseksualne. Nawrocki przypomniał, że także w tej sprawie nie ma co liczyć na jego poparcie. Problem w tym, że zawetowana ustawa żadnej wspólnej adopcji nie przewidywała. Prezydent odparł więc atak, który nie nastąpił, i pokonał przepis, którego nie było. Bohatersko obronił Polskę przed pustym miejscem między artykułami.

To nowa szkoła sprawowania urzędu: najpierw samemu wymyślić niebezpieczeństwo, następnie je potępić, a na końcu stanąć na jego gruzach i przyjąć order. Idąc tym tropem, prezydent powinien jeszcze zawetować ustawę o obowiązkowej hodowli krokodyli w kawalerkach, zakazie pierogów w niedzielę i przekazaniu Wawelu kosmitom. Żadna z nich nie istnieje, ale ostrożności nigdy za wiele. Suweren będzie spał spokojniej, wiedząc, że głowa państwa czuwa również nad aktami prawnymi własnej wyobraźni.

Tego samego dnia Nawrocki podpisał ustawę o zakazie patostreamingu, choć przyznał, że przepisy nie są wolne od wad. Brakuje w nich precyzyjnej definicji patostreamingu, są problemy z egzekwowaniem prawa wobec transmisji prowadzonych spoza Polski, ale prezydent uznał, że niedoskonałość prawa nie może oznaczać bezczynności wobec przemocy, poniżania człowieka i wykorzystywania dzieci.

I tutaj dochodzimy do arcydzieła prezydenckiej gimnastyki logicznej.

Gdy ustawa dotyczy patostreamingu, niedoskonałość nie może oznaczać bezczynności wobec poniżania człowieka. Gdy ustawa dotyczy ludzi żyjących w nieformalnych związkach, bezczynność wobec poniżania człowieka staje się programem politycznym, strażą graniczną małżeństwa i obroną konstytucji.

W pierwszej sprawie prezydent mówi: prawo jest wadliwe, lecz ludzi trzeba chronić. W drugiej: ludzi można nie chronić, ponieważ prawo zanadto przypomina mi coś, czego nie lubię. Ten sam długopis, ten sam dzień, ta sama ręka, dwie całkiem różne przyzwoitości.

Można by pomyśleć, że Karol Nawrocki zwalcza patostreaming tylko dlatego, że nie lubi konkurencji w publicznym upokarzaniu ludzi.

Ustawa o statusie osoby najbliższej była pierwszą w historii Polski próbą, która przeszła przez obie izby parlamentu. Za jej podpisaniem opowiadało się w badaniu IBRiS 53 procent ankietowanych, przeciw było 37,4 procent. Nawrocki nie tylko zawetował więc parlamentarny kompromis. Zawetował również społeczeństwo, które — ku przerażeniu zawodowych konserwatystów — coraz rzadziej mdleje na dźwięk słów „związek partnerski”.

Polska należy do garstki państw Unii Europejskiej, które nadal nie zapewniają parom tej samej płci żadnej pełnej formy prawnego uznania związku. Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdził już w sprawie Przybyszewska i inni przeciwko Polsce, że brak takich ram narusza prawo do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego. Trybunał nie nakazał Polsce otwierania małżeństw jednopłciowych. Nakazał stworzenie realnego mechanizmu prawnej ochrony.

Rzecznik praw obywatelskich Marcin Wiącek uznał, że ustawa była wyważona, nie naruszała artykułu 18 konstytucji, nie odbierała małżeństwu szczególnej ochrony i stanowiła krok do wykonania obowiązków wynikających z europejskich wyroków. Ale Pałac Prezydencki najwyraźniej czyta konstytucję jak ochroniarz regulamin dyskoteki: wybiera jeden punkt, marszczy brwi i nie wpuszcza, bo buty mu się nie podobają.

Artykuł 18 mówi, że małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny znajduje się pod ochroną Rzeczypospolitej. Nie mówi, że wszyscy pozostali mają znajdować się pod ochroną wyłącznie parasola, jeśli akurat pada. Nie nakazuje państwu udawania, że poza małżeństwami nikt z nikim nie mieszka, nie choruje, nie umiera, nie płaci rachunków i nie wychowuje dzieci. Konstytucja nie jest podręcznikiem do zaprzeczania rzeczywistości. Dopiero polityk może ją w taki podręcznik przerobić, jeśli dostatecznie długo patrzy na społeczeństwo przez wizjer ideologicznego bunkra.

Weto nie sprawi przecież, że związki nieformalne znikną. Nie rozdzieli par. Nie cofnie ludzi do akademików, internatów i rodzinnych domów. Nie spowoduje, że geje i lesbijki rozpłyną się w patriotycznej mgle. Sprawi tylko, że nadal będą musieli płacić więcej, sporządzać stosy pełnomocnictw, tłumaczyć się lekarzom, notariuszom, urzędnikom i dalekim krewnym, którzy czasem po śmierci partnera pojawiają się nagle z prawem do mieszkania oraz wzruszeniem wywołanym wartością nieruchomości.

Państwo nie pyta wtedy, kto zmieniał opatrunki, kto siedział nocami przy łóżku, kto woził na chemioterapię i kto przez dwadzieścia lat płacił połowę czynszu. Państwo pyta o rubrykę. Jeśli rubryka jest niewłaściwa, miłość przegrywa z kuzynem, którego zmarły ostatni raz widział na komunii.

Na tym polega praktyczny skutek prezydenckiej obrony wartości: abstrakcyjne małżeństwo zostaje uratowane, konkretny człowiek zostaje sam na szpitalnym korytarzu.

Nawrocki chętnie opowiada o wspólnocie narodowej, ale jego wspólnota przypomina ekskluzywny klub z selekcjonerem przy wejściu. Wszyscy są Polakami, tylko nie wszyscy otrzymują opaskę pozwalającą wejść do strefy rodzinnej. Jedni mają miłość tradycyjną, drudzy ideologiczną. Jedni cierpią konstytucyjnie, drudzy quasi-małżeńsko. Jedni zasługują na ochronę państwa, inni mogą sobie ochronę sporządzić u notariusza, pod warunkiem że notariusz nie zostanie wcześniej zawetowany jako tylne drzwi do Sodomy.

Prezydent nie ochronił w piątek małżeństwa. Ochronił polityczny lęk przed przyznaniem, że Polska dawno się zmieniła. Ochronił prawicowy rytuał, w którym człowieka najpierw pozbawia się praw, a później z troską wyjaśnia, że czyni się to dla dobra rodziny. Ochronił własny wizerunek twardziela, bo w naszej polityce najłatwiej demonstrować siłę wobec tych, którzy proszą jedynie o dostęp do sali szpitalnej i możliwość pochowania osoby, z którą przeżyli pół życia.

Długopis Nawrockiego okazał się przy tym urządzeniem wybitnie czułym na hierarchię uczuć. Podpisuje kredyt, podpisuje bank, podpisuje ratę, podpisuje zakaz patostreamingu. Zacina się dopiero przy słowie „bliskość”.

Może wymaga konserwacji. Może atrament zgęstniał od nadmiaru narodowej powagi. A może problem nie leży w piórze, lecz w dłoni, która tak bardzo chce uchodzić za silną, że nie potrafi wykonać najprostszego gestu przyzwoitości.

Prezydent uratował więc Polskę przed dwiema osobami stojącymi u notariusza.

Frank szwajcarski może spać spokojnie.

Człowiek najbliższy nadal powinien mieć przy sobie pełnomocnictwo, testament, akt własności, zaświadczenie, trzy pieczątki i sporo szczęścia. Miłość, jak wiadomo, jest piękna, ale bez podpisu Karola Nawrockiego pozostaje w Polsce dokumentem roboczym.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights