
Piątkowe popołudnie jest porą szczególną. Człowiek ma już za sobą tydzień pracy, przed sobą nadzieję na kieliszek, spacer albo święty spokój i właśnie wtedy przychodzi newsletter, żeby mu przypomnieć, iż święty spokój został chwilowo wycofany z produkcji.
Przeczytałem więc dzisiejszy pakiet „Newsweeka” i poczułem coś pomiędzy melancholią a pragnieniem zamieszkania w piwnicy.
Świat przedstawiony jest bowiem niezwykle spójny. Putin mobilizuje ludzi podstępem. Trump według „Newsweeka” zamienił prezydenturę w przedsięwzięcie rodzinno-biznesowe. Maroko potrafi używać zdesperowanych migrantów jak narzędzia nacisku na Hiszpanię. Ukraina od osiemnastu lat stoi w drzwiach NATO, które są podobno otwarte, tylko jakoś ciągle nie można przez nie wejść. Gianni Infantino rządzi futbolem z majestatem papieża, szejka i prezesa spółdzielni mieszkaniowej w jednej osobie.
Wszystko funkcjonuje.
Jedynie człowiek zaczyna wyglądać na część zamienną.
Witalij Portnikow nazywa obecną fazę wojny rosyjsko-ukraińskiej wojną ruin. Front zasadniczo stoi, natomiast miasta można burzyć dalej, elektrownie niszczyć dalej, rakiety produkować dalej, ludzi męczyć dalej i czekać, które społeczeństwo pierwsze psychicznie usiądzie na krawężniku i oznajmi, że ma już serdecznie dosyć.
Jest w tym coś straszniejszego od wielkich ofensyw. W ofensywie przynajmniej wiadomo, że ktoś chce zdobyć Charków, Donieck albo jakiś most. Wojna ruin nie musi niczego zdobywać. Wystarczy jej zużywanie człowieka. Jak papieru ściernego. Jedno społeczeństwo trze się o drugie, aż któremuś zostanie mniej skóry.
Rosjanie mają jednak problem praktyczny: do ścierania potrzebni są ludzie, a ludzie, jak się okazuje, coraz mniej ochoczo ustawiają się w kolejce po własny pogrzeb.
I tutaj rosyjskie państwo pokazuje swoją legendarną pomysłowość. „Newsweek” opisuje tak zwaną czarną mobilizację. Aparat państwowy ma wyszukiwać ludzi zadłużonych, uzależnionych od alkoholu, bezdomnych, bezrobotnych i znajdujących się w desperackiej sytuacji finansowej. Pojawiają się cywilni „rekruterzy”, obietnice pracy, alkohol, umowy podsuwane do podpisu, a rankiem człowiek, który sądził, że znalazł zatrudnienie w ochronie albo budowlance, odkrywa, że właśnie zatrudnił się w charakterze rosyjskiego żołnierza na wojnie w Ukrainie.
Carat miał brankę. Stalin miał łagry. Putin ma HR. Postęp jest widoczny.
Najbardziej imponuje mi nowoczesność tej metody. Dawniej państwo, chcąc wysłać człowieka na śmierć, musiało przynajmniej przyjechać po niego z żandarmem. Teraz wystarczy specjalista od rekrutacji, kieliszek wódki i papier drobnym drukiem.
Rosyjska armia weszła w epokę outsourcingu sumienia. Można wręcz powiedzieć, że Kreml rozwiązał problem rynku pracy. Człowiek przychodzi szukać roboty, a robota znajduje jego. Na froncie. To już nie jest mobilizacja. To jest łapanka w garniturze konsultanta personalnego.
I może właśnie tutaj kryje się istota putinowskiego państwa: nie musi już ono nawet udawać, że obywatel jest podmiotem. Obywatel jest złożem naturalnym. Jak ropa, gaz i nikiel. Jeśli da się go wydobyć, przetransportować i zużyć, to znaczy, że gospodarka działa.
Rosja produkuje przy tym coraz więcej pocisków, zwiększa skalę ataków na ukraińską infrastrukturę, a analitycy cytowani przez „Newsweek” zastanawiają się, czy Putin szykuje kolejną eskalację. W lipcu Rosja miała wystrzelić niemal 200 pocisków balistycznych i hipersonicznych, a ukraiński wywiad twierdzi, że rosyjska produkcja części typów rakiet przekracza plany.
To ostatnie brzmi niemal pocieszająco. Na świecie wali się wszystko, ale plan produkcji rakiet został wykonany z nadwyżką. Radziecki duch przeżył.
Kiedyś przekraczano plan wydobycia węgla. Teraz przekracza się plan produkcji Cyrkonów. Przodownik pracy już nie stoi z kilofem na plakacie. Siedzi przy frezarce i produkuje coś, co kilka tygodni później spadnie komuś na blok mieszkalny.
Historia poszła naprzód, ale księgowość została.
Tymczasem Ukraina zaczyna patrzeć na NATO jak narzeczona, której od osiemnastu lat mówi się, że ślub jest absolutnie przesądzony, tylko trzeba jeszcze ustalić termin.
W 2008 roku Ukraina usłyszała, że kiedyś zostanie członkiem Sojuszu. W 2024 roku znalazła się nawet na „nieodwracalnej drodze” do członkostwa. Tymczasem Wałerij Załużny, były naczelny dowódca ukraińskich sił zbrojnych, mówi dziś brutalnie, że po dwunastu latach dostosowywania armii do standardów NATO coraz mniej wierzy, iż Ukraina kiedykolwiek zostanie przyjęta. Co więcej, sugeruje, że wojenne doświadczenie Ukrainy pod pewnymi względami wyprzedziło już doktryny samego NATO.
To sytuacja naprawdę osobliwa. Uczeń przez lata stoi pod drzwiami szkoły, aż w końcu orientuje się, że nauczyciele korzystają z jego notatek.
NATO zapewniało Ukrainę, że drzwi są otwarte. Najwyraźniej są to drzwi typu hotelowego: otwierają się automatycznie, ale tylko od środka.
Ukraińcy przez lata mieli osiągać standardy NATO. Dziś można już złośliwie zapytać, czy nie nadchodzi moment, w którym NATO powinno rozpocząć proces osiągania standardów ukraińskich.
Jest pewna różnica między generałem, który opracowuje doktrynę wojny przy ekspresie do kawy w Brukseli, a generałem, któremu tę doktrynę o czwartej rano weryfikuje pięćset dronów. Pierwszy ma PowerPoint. Drugi ma doświadczenie, a doświadczenie, jak wiadomo, jest tym rodzajem wiedzy, który otrzymujemy zaraz po chwili, kiedy był nam najbardziej potrzebny.
Europa zastanawia się więc, jak bronić Ukrainy, Ukraina zastanawia się, jak bronić Europy, Rosja zastanawia się, ilu jeszcze ludzi można znaleźć po noclegowniach, a Donald Trump zajmuje się tym, czym Donald Trump zajmuje się najchętniej.
Donaldem Trumpem. Piotr Milewski w „Newsweeku” opisuje Biały Dom jako folwark i stawia bardzo ciężkie zarzuty dotyczące konfliktów interesów oraz finansowych korzyści prezydenta. Według jego wyliczeń Trump miał na prezydenturze wzbogacić się o około 3 miliardy dolarów. Autor opisuje także pozwy Trumpa przeciwko instytucjom państwa i system, w którym granica między interesem publicznym, osobistym i rodzinnym robi się coraz bardziej dekoracyjna.
Trzy miliardy. Jest to kwota, przy której nawet słowo „dorabiać” nabiera pewnej nieśmiałości.
Większość ludzi, obejmując stanowisko prezydenta, musi wypełnić oświadczenie majątkowe. Trump najwyraźniej traktuje urząd jako oświadczenie majątkowe.
Amerykanie stworzyli stanowisko prezydenta jako urząd publicznej służby. Trump, człowiek praktyczny, mógł dojść do wniosku, że skoro urząd jest publiczny, szkoda, żeby zyski również takie były.
Dawny polityk kradnący pieniądze był przynajmniej skrępowany. Chował kopertę. Trumpizm polega na tym, że koperta dostała logo, stronę internetową, własną kryptowalutę i konferencję prasową.
Nie twierdzę oczywiście, że każdy zarzut wobec Trumpa jest dowiedziony tylko dlatego, że wydrukował go tygodnik. Ale niezwykłość epoki polega na czymś innym. Kolejne informacje o konfliktach interesów nie wywołują już w Ameryce tego rodzaju wstrząsu, jaki kiedyś wywoływał rachunek za hotel.
Watergate doprowadziło do upadku Nixona. Dziś Watergate prawdopodobnie dostałoby trzy godziny w telewizji, mema, koszulkę MAGA z napisem „Watergate Was Perfect” i do wieczora zostałoby przykryte nowym cłem na Portugalię.
To jest największe osiągnięcie populizmu. Nie przekonać ludzi, że skandal jest nieprawdą. Przekonać ich, że skandal jest nudny. Kiedy już skandal stanie się nudny, władza może robić niemal wszystko, ponieważ społeczeństwo ma ograniczoną pojemność psychiczną i po dwudziestej siódmej aferze zaczyna marzyć wyłącznie o prognozie pogody.
Nie tylko Trump odkrył tę prawidłowość. Gianni Infantino, szef FIFA, również najwyraźniej zrozumiał, że jeśli wystarczająco długo przesuwa się granicę bezczelności, to któregoś dnia nie jest już granicą, tylko krajobrazem.
Rafał Stec opisuje Infantino jako człowieka obracającego się swobodnie między Trumpem, Putinem, szejkami i książętami, korzystającego z luksusu, prywatnych samolotów i politycznej bliskości możnych. FIFA pod jego rządami coraz bardziej przypomina nie federację sportową, lecz średniowieczny dwór, tyle że zamiast błazna jest dział marketingu.
Infantino poszedł zresztą dalej i wymyślił Pokojową Nagrodę FIFA. Po czym przyznał ją Trumpowi. To jest pomysł tak doskonały, że aż trudno go satyrycznie poprawić.
FIFA przyznaje nagrodę pokojową. Równie dobrze kartel producentów wódki mógłby wręczać medal za abstynencję. Albo ZUS nagrodę za długowieczność.
Światowa federacja piłki nożnej nie jest od pokoju, ale najwyraźniej piłka dawno już przestała wystarczać. Futbol potrzebuje geopolityki, książąt, prezydentów, prywatnych odrzutowców, megastadionów, monarchów absolutnych i coraz większej liczby meczów, ponieważ jedyną rzeczą, której globalny futbol naprawdę nie potrafi znieść, jest chwila, kiedy nikt na nim nie zarabia.
Kibic służy tu mniej więcej temu samemu, czemu obywatel służy w imperium. Ma być. Płacić i wyglądać dobrze w szerokim planie telewizyjnym.
W Ceucie człowiek dostaje jeszcze inną rolę. Tam staje się instrumentem polityki zagranicznej. W lipcu do hiszpańskiej enklawy przedostały się w jednej dobie dziesiątki tysięcy ludzi. Carmen Claudín z barcelońskiego CIDOB mówi „Newsweekowi”, że kryzys nie był naturalny i opisuje dezinformacyjne sygnały rozpuszczane w Maroku, zachęcające ludzi, by właśnie wtedy ruszali do Hiszpanii. Zastrzega przy tym, że część przypuszczeń dotyczących roli Waszyngtonu pozostaje hipotezą, nie dowiedzionym faktem.
I znowu człowiek jest surowcem. Tym razem migracyjnym. Ma nogi, więc można nim przesunąć granicę politycznej debaty. Ma rozpacz, więc można ją uruchomić. Ma nadzieję, więc można ją wykorzystać.
Najbardziej przerażająca cecha nowoczesnej polityki nie polega bowiem na tym, że nie liczy się z człowiekiem. Ona liczy człowieka bardzo dokładnie. Putin liczy ilu jeszcze można wysłać. Trump liczy wyborców i pieniądze. FIFA liczy widzów. Maroko liczy migrantów. Europa liczy pociski. NATO liczy lata. Ukraina liczy zabitych.
Wszyscy liczą. Tylko wynik coraz rzadziej wychodzi na korzyść człowieka.
I może dlatego ten piątkowy newsletter jest mimo całej grozy tak interesujący. Poszczególne historie pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Rosyjski pijak podpisujący kontrakt wojskowy, ukraiński generał rozczarowany NATO, migrant płynący do Ceuty, amerykański prezydent robiący interesy i Gianni Infantino sunący prywatnym samolotem między możnymi tego świata żyją przecież w całkiem innych rzeczywistościach.
A jednak są mieszkańcami tej samej epoki. Epoki, w której instytucje stworzone kiedyś po to, żeby ograniczać władzę, coraz częściej uczą się, jak ją obsługiwać.
Demokracja miała pilnować polityków. FIFA miała pilnować futbolu. NATO miało zapewniać bezpieczeństwo. Granice miały oddzielać państwa. Armia miała bronić obywateli. Aż któregoś dnia role zaczęły się niepostrzeżenie odwracać. Obywatele służą armii. Futbol służy FIFA. Bezpieczeństwo służy konferencjom o bezpieczeństwie. Migranci służą polityce granicznej, a urząd publiczny może zacząć służyć temu, kto właśnie na nim siedzi.
Cywilizacja przypomina czasami elegancką restaurację, w której kelnerzy zachowali nienaganne maniery, obrusy są wykrochmalone, sztućce błyszczą, orkiestra gra dyskretnie — tylko po pewnym czasie klient orientuje się, że to on jest daniem głównym.
I chyba właśnie dlatego warto czytać te wszystkie okropne wiadomości w piątek po południu. Nie po to, żeby popsuć sobie weekend. Przeciwnie. Żeby pamiętać, że pomiędzy Putinem, Trumpem, Infantinem, rakietą, konferencją NATO i polityczną mapą świata istnieje jeszcze zwyczajny człowiek, który chciałby przeżyć dzień bez zostania czyimś zasobem strategicznym.
To dziś postulat niemal rewolucyjny. Dlatego na weekend proponuję rzecz radykalną. Nie zdobywać terytorium. Nie nakładać ceł. Nie zwiększać produkcji rakiet. Nie organizować szczytu. Nie wręczać Trumpowi żadnej nagrody.
Usiąść przy stole, nalać sobie czegoś rozsądnego i przez dwie godziny nie być dla nikogo zasobem. Ani ludzkim. Ani wyborczym. Ani marketingowym.
Jeżeli obecne trendy się utrzymają, wkrótce może to zostać uznane za działalność wywrotową.

Dodaj komentarz