



Siedzimy z naszą kontynentalną kawą – najlepiej gorącą, bo świat za oknem jest zimny, a polityka jeszcze zimniejsza – i udajemy, że prawo międzynarodowe, wartości i solidarność to coś więcej niż słowa w przemówieniach. Że jeszcze coś znaczą. Że mają moc. Że są jak latarnia w sztormie. Tymczasem Donald Trump, w wersji tropikalnej i hollywoodzkiej, z fasonem reżysera akcyjniaka klasy B, pakuje Nicolása Maduro do samolotu. Jak nadbagaż z wakacji w Caracas. Bez zgody ONZ, bez międzynarodowego mandatu, bez cienia skrupułów. Ale za to z widowiskowym hukiem i muzyką z „Mission: Impossible” grającą w tle – zapewne w jego własnej głowie.
Ameryka wraca do formy. A raczej do tej wersji formy, w której prawo służy do dekoracji, a siła jest wszystkim. Trump nie bawi się w dyplomację. On robi Putina, ale w wersji deluxe – z lepszą fryzurą, większym budżetem i własnym kurortem. Gdzie Rosja potrzebuje dywizji pancernych i czołgów, Trumpowi wystarczy telefon do Pentagonu i wpis na Truth Social. „Got him.” Pstryk. Demokracja z dostawą do domu. Tyle że bez instrukcji obsługi i bez prawa zwrotu.
W Polsce – orgia zachwytu. Prawica krzyczy z radości, publicyści piszą peany, a biskupi może nawet przestali na chwilę potępiać gender, by spojrzeć z uznaniem w kierunku Florydy. Trump to już nie tylko polityk. To objawienie. Polityczny Jezus na urlopie. Taki, co nie wymaga pokory, tylko lojalności. I ewentualnie przelewu.
A tymczasem Tusk? Zdrajca. Przebiera się za Niemca i – o zgrozo – proponuje rozmowę. Rozmowę! W czasach, gdy rozmowa jest objawem słabości. Przecież nowa geopolityka uczy jasno: rozmawiają frajerzy. Silni działają. Wysyłają drony, komandosów i emoji z rakietą. Im mniej słów, tym więcej dumy.
Trump naprawdę chciał kupić Grenlandię. Tak po prostu – jakby to była działka na obrzeżach Chicago. Myślał pewnie, że to taka większa Alaska, tylko z mniejszą liczbą krokodyli i większą liczbą lodu do drinków. Dania, całkiem uprzejmie, powiedziała „nie”. Trump się obraził. I nadal, zapewne, planuje referendum. Na TikToku. Z udziałem influencerów i pieśnią „God Bless America” w tle.
A Polska? Polska, ta prawicowa też śni. O mocarstwie, o godności, o wielkiej roli w historii. I kiedy przychodzi co do czego, ta dumna Rzeczpospolita klęka, gotowa, by silniejszy „zrobił porządek”. W Warszawie, Brukseli, a może i we Lwowie. Byle zgodnie z naszą racją stanu. Czyli cudzą.
Są tacy, którzy serio wierzą, że skoro USA porwały Maduro, to może i Tuska da się „zdelegalizować z powietrza”. Sikorski? Żurek? Też podejrzani. Bo bronią konstytucji. A konstytucja to przecież dziś coś jak poezja – ładna, ale zupełnie nieżyciowa.
A NATO? Jeszcze niedawno świętość. Dziś przypomina rodzinną grupę na WhatsAppie. Wszyscy są, nikt nie czyta, a jak ktoś wrzuci gifa z kotem w hełmie, to uchodzi za reakcję dyplomatyczną.
Granice? Kiedyś były święte. Dziś są jak dziecięce rysunki – każdy coś domaluje. Chiny kreślą linie na morzu, Rosja wyciera mapy Ukrainy, a Ameryka zabiera prezydentów jak Uber w złej dzielnicy. Wszystko w imię pokoju. Tylko że ten pokój coraz bardziej przypomina selektywną amnezję moralną.
Granice imperialne to blizny po linijce. Rysowane przez ludzi w cylindrach, którzy nigdy nie byli w terenie, ale za to mieli dobre pióra i fatalne pomysły. Dziś ktoś próbuje je wymazać – nie gumką, ale dronem. Kaszmir, Tajwan, Gaza. Mapa geopolityki to już nie arkusz – to pole bitwy.
A Polska? Jak zawsze. Z miną nadętą jak opona po przejechaniu po marzeniach. Wchodzi na międzynarodowe salony w futrze z kota – metaforycznego, choć dziwnie znajomego – i pozwala się głaskać każdemu, kto obieca uznanie, kredyt albo selfie z orłem w tle. Z przekonaniem, że ktoś czeka, by posłuchać, jak opowiada o Sobieskim. W rzeczywistości znów sprząta po cudzych konfliktach, z nadzieją, że ktoś powie: „Thank you, Poland.” I nawet nie musi być z akcentem.
Dawniej mocarstwa niosły cywilizację. Dziś dowożą ład. Ale to taki ład jak jedzenie z aplikacji: szybko, tanio, bez wartości. Po wszystkim zostaje tylko niestrawność i rachunek do zapłaty – najlepiej przez podatnika.
Trump nie jest diabłem. Jest lustrem. Produktem epoki. Uosobieniem nowoczesnego imperium. Showmanem, który rozumie, że świat nie chce sprawiedliwości – chce widowiska. A kamery zawsze kochają tych, którzy krzyczą najgłośniej i mają własne reality show.
Europa jeszcze próbuje coś mówić. Ale przypomina bibliotekarkę, która próbuje upomnieć kulturystę o przetrzymaną książkę. A on już dawno zrobił z niej sztangę.
Miłego wieczoru. I pamiętajcie: kiedy ktoś rozwala granice pięścią, nie klaszczcie. Nawet jeśli robi to w imię demokracji i z amerykańskim uśmiechem. Zwłaszcza wtedy.


Dodaj komentarz