FAJERWERKI, KONDUKTY I SONDAŻE

Warszawa

Są takie dni, kiedy świat wygląda jak reżyserowany przez scenarzystę z przesadną skłonnością do symboli. W niedzielę Ameryka świętowała swoje 250-lecie z rozmachem godnym hollywoodzkiego widowiska, Iran opłakiwał swojego duchowego przywódcę w atmosferze rewolucyjnego uniesienia, Polska tradycyjnie sprawdzała kolejne sondaże, a analitycy służb specjalnych przypominali, że między fajerwerkami a wojną często jest znacznie krótsza droga, niż chcielibyśmy wierzyć.

W Waszyngtonie wszystko miało być perfekcyjne. Ćwierć tysiąclecia Stanów Zjednoczonych, wielki pokaz sztucznych ogni, Donald Trump w roli gospodarza narodowego spektaklu. Problem polegał na tym, że scenariusza nie przeczytała pogoda. Burza, alarm przed tornadem, ewakuacja tysięcy ludzi, Secret Service kierująca tłumy do muzeów i budynków federalnych. Natura postanowiła sprawdzić, czy nawet prezydent Stanów Zjednoczonych potrafi negocjować z chmurami.

Nie potrafił. Ale jak to Trump – uznał, że jeśli rzeczywistość nie współpracuje, tym gorzej dla rzeczywistości. Zapowiedział, że przemówi nawet o drugiej nad ranem. Burza w końcu ominęła stolicę, publiczność wróciła po ponownej kontroli bezpieczeństwa, fajerwerki wystrzeliły zgodnie z planem, a prezydent wygłosił przemówienie, w którym przeciwników nazwał komunistami, a Amerykanów największym narodem w historii świata. Trudno powiedzieć, co było bardziej amerykańskie – pokaz pirotechniki czy przekonanie, że każde święto narodowe jest również wiecem wyborczym.

Kilkanaście tysięcy kilometrów dalej odbywało się widowisko zbudowane z zupełnie innych emocji. W Teheranie rozpoczęły się monumentalne uroczystości żałobne po śmierci ajatollaha Alego Chameneiego. Setki tysięcy ludzi, morze czarnych flag, hasła o zemście na Stanach Zjednoczonych i demonstracja jedności państwa, które jeszcze niedawno wydawało się chwiać pod ciężarem amerykańskich i izraelskich uderzeń. Historia po raz kolejny przypomniała, że autorytarne reżimy potrafią znakomicie zamieniać pogrzeby w polityczne manifestacje, a śmierć przywódcy często służy bardziej konsolidacji władzy niż jej osłabieniu.

Paradoks polega na tym, że oba wydarzenia wyglądały jak lustrzane odbicia. Po jednej stronie fajerwerki, po drugiej kondukt żałobny. Po jednej stronie hymn o wolności, po drugiej pieśni o męczeństwie. A jednak oba spektakle opowiadały o tym samym – o potrzebie mobilizowania własnych społeczeństw przeciwko zewnętrznemu przeciwnikowi. W XXI wieku propaganda coraz częściej korzysta z efektów specjalnych.

Największym błędem byłoby lekceważenie ostrzeżeń zachodnich wywiadów. Rosja nie musi wysyłać czołgów przez granicę, żeby destabilizować Europę. Wystarczą prowokacje, wojna informacyjna, sabotaż infrastruktury, cyberataki i umiejętne podsycanie politycznych sporów. W epoce mediów społecznościowych dużo tańsze od rakiet okazują się emocje. Jedna plotka potrafi dziś wyrządzić więcej szkód niż niejedna dywizja.

To zresztą doskonale widać również w Polsce.

Minął już kolejny tydzień afery wokół Szpitala Południowego. Politycy prześcigają się w konferencjach, zapowiedziach reform, kontrolach i dymisjach. A tymczasem sondaże pokazują rzecz zaskakującą: niemal połowa Polaków ocenia rząd dokładnie tak samo jak przed wybuchem afery, choć jednocześnie większość uważa, że Rafał Trzaskowski powinien ponieść polityczną odpowiedzialność. To bardzo polski paradoks. Wierzymy, że ktoś powinien odpowiedzieć za bałagan, ale niekoniecznie zmieniamy przez to swoje polityczne sympatie.

Może dlatego, że wyborcy coraz częściej przypominają doświadczonych klientów restauracji. Kelner przynosi zimną zupę, przypala kotlet, zapomina o deserze, ale gość wzrusza ramionami, bo pamięta, że w lokalu po drugiej stronie ulicy jedzenie było jeszcze gorsze.

Ciekawa była również wiadomość ze Słowacji. Referendum dotyczące ograniczenia przywilejów premiera Roberta Ficy zakończyło się fiaskiem z powodu zbyt niskiej frekwencji. Demokracja po raz kolejny pokazała swoją przewrotną naturę. Można mieć świetne pytanie, mocne argumenty i wielkie emocje, ale jeśli obywatele zostają w domach, polityka przechodzi obok nich obojętnie. Czasami największym sprzymierzeńcem każdej władzy nie jest propaganda ani policja, lecz zwykłe znużenie wyborców.

A świat tymczasem jedzie dalej. Tour de France rusza z dwoma gigantami – Tadejem Pogačarem i Jonasem Vingegaardem – którzy znów będą ścigać się o sekundy, podczas gdy politycy na całym świecie ścigają się o punkty procentowe. Ferrari wraca do manualnej skrzyni biegów, bo nawet najbardziej zaawansowana technologia odkryła, że ludzie czasem tęsknią za czymś prostszym. Być może podobna tęsknota pojawi się kiedyś również w polityce. Za czasami, gdy przywódcy mniej grali pod kamery, a częściej rozwiązywali problemy.

Na razie jednak żyjemy w epoce permanentnego spektaklu. Jedni organizują pokazy fajerwerków, drudzy wielkie kondukty żałobne, trzeci codziennie sprawdzają nowe sondaże. Świat coraz bardziej przypomina scenę, na której każdy aktor jest przekonany, że gra główną rolę.

Problem w tym, że publiczność zaczyna być coraz bardziej zmęczona przedstawieniem. A historia uczy, że kiedy widzowie przestają wierzyć aktorom, kurtyna potrafi opaść szybciej, niż komukolwiek wydaje się to możliwe.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights