


Europa przeżywa obecnie fascynujący eksperyment polityczny. Oto ludzie, którzy przez dwadzieścia lat opowiadali, że Unia Europejska jest potworem pożerającym suwerenność narodów, jeżdżą dziś po kontynencie, organizują międzynarodowe kongresy, budują ponadnarodowe sojusze, tworzą wspólne strategie i planują nową architekturę Europy.
Krótko mówiąc: walczą z federalizacją Europy poprzez federalizowanie przeciwników federalizacji Europy.
Jordan Bardella ma trzydzieści lat, perfekcyjnie skrojone garnitury, miliony obserwujących w mediach społecznościowych i całkiem realną szansę, by za kilkanaście miesięcy zostać prezydentem Francji. Jeszcze kilka lat temu był przede wszystkim politycznym wychowankiem Marine Le Pen. Dziś coraz częściej wygląda na człowieka przygotowującego się do przejęcia całego rodzinnego biznesu francuskiej prawicy.
Do Warszawy nie przyjechał jednak po zdjęcia przy Grobie Nieznanego Żołnierza ani po zwiedzanie Sejmu. Przyjechał, ponieważ po politycznym osłabieniu Viktora Orbána europejska prawica szuka nowego centrum ciężkości. Węgierski premier przez lata był nieformalnym patronem całego obozu narodowo-konserwatywnego, człowiekiem, do którego pielgrzymowano po polityczne błogosławieństwo niczym do świeckiej wersji Lourdes. Kiedy jednak jego pozycja zaczęła słabnąć, nagle okazało się, że trzeba szukać nowych liderów, nowych układów i nowych dróg dojścia do władzy.
Program wizyty Bardelli był zresztą bardziej wymowny niż niejedno przemówienie. Spotkał się z prezydentem Karolem Nawrockim, rozmawiał z Jarosławem Kaczyńskim i kierownictwem Prawa i Sprawiedliwości, pojawił się obok Krzysztofa Bosaka i polityków Konfederacji, odwiedził Sejm, złożył kwiaty przy Grobie Nieznanego Żołnierza, oddał hołd pod Pomnikiem Bohaterów Getta i odwiedził warszawską siedzibę Fronteksu. Dla zwykłego obserwatora wyglądało to jak intensywny program dyplomatyczny. Dla polityków była to starannie wyreżyserowana prezentacja przyszłego przywódcy.
Bezpieczeństwo. Granice. Patriotyzm. Migracja. Suwerenność. Wszystkie najważniejsze hasła współczesnej europejskiej prawicy zostały odhaczone niczym punkty obowiązkowe podczas wycieczki po ideologicznym parku rozrywki.
Najciekawsze było jednak nie to, gdzie Bardella się pojawił, ale z kim zaczął się pojawiać. Jeszcze kilka lat temu Prawo i Sprawiedliwość patrzyło na środowisko Marine Le Pen z ogromną podejrzliwością. Jarosław Kaczyński przypominał o rosyjskich kredytach dla francuskiej prawicy, o jej dawnej fascynacji Putinem i o politycznych romansach z Kremlem. Dla partii budującej swoją tożsamość na antyrosyjskości były to grzechy ciężkie.
Dziś ci sami ludzie rozmawiają o wspólnej przyszłości Europy.
Historia polityczna przypomina czasem serial, którego scenarzyści porzucili realizm na rzecz czystej fantazji. Jeszcze wczoraj Le Pen była dla polskiej prawicy niemal symbolem niebezpiecznej pobłażliwości wobec Moskwy. Dziś jej polityczny następca spaceruje po Warszawie jako potencjalny sojusznik.
Ale Bardella nie przyjechał tutaj z sentymentu. Nie szuka przyjaciół. Szuka wpływów.
We Francji trwa już nieformalna kampania prezydencka. Jeśli sąd ostatecznie utrzyma polityczne wyeliminowanie Marine Le Pen, to właśnie Bardella stanie się głównym kandydatem Zjednoczenia Narodowego. Musi więc pokazać Francuzom, że nie jest wyłącznie gwiazdą TikToka, człowiekiem od efektownych nagłówków i internetowych transmisji. Musi wyglądać jak przyszły gospodarz Pałacu Elizejskiego.
Dlatego fotografuje się z głowami państw. Dlatego buduje kontakty w Warszawie, Rzymie i Berlinie. Dlatego mówi o bezpieczeństwie kontynentu. Nie prowadzi kampanii przeciwko Unii Europejskiej. Prowadzi kampanię o władzę w Unii Europejskiej.
I właśnie tutaj kryje się największa ironia współczesnej polityki.
Jeszcze kilka lat temu głównym hasłem europejskich nacjonalistów było ograniczanie wpływów Brukseli. Dziś praktycznie nikt z nich nie mówi już o wyjściu z Unii. Nie mówi o rozmontowywaniu wspólnoty. Nie mówi o opuszczaniu europejskiego stołu.
Wszyscy chcą przy nim siedzieć.
Nie chcą burzyć budynku. Chcą dostać klucze do gabinetu prezesa.
To największa polityczna metamorfoza obecnej dekady. Dawni buntownicy odkryli, że znacznie przyjemniej jest zarządzać systemem niż rzucać w niego kamieniami. Rewolucjoniści dojrzeli. Antysystemowcy zakładają krawaty. Pogromcy elit marzą o własnych limuzynach i własnych szczytach międzynarodowych.
I być może właśnie dlatego wizyta Bardelli w Warszawie jest znacznie ciekawsza, niż mogłoby się wydawać. Nie dlatego, że spotkał Nawrockiego, Bosaka czy Kaczyńskiego. Takie zdjęcia politycy robią codziennie.
Ciekawe jest to, że człowiek, którego środowisko jeszcze niedawno przedstawiano jako zagrożenie dla europejskiego porządku, dziś objeżdża kontynent niczym kandydat na nowego zarządcę tego porządku.
To zresztą znak czasu. Europa weszła w epokę, w której dawni przeciwnicy integracji przestali walczyć z Unią Europejską. Zrozumieli, że znacznie łatwiej jest przejąć stery niż zatapiać statek.
Problem polega na tym, że przejęcie sterów jest znacznie trudniejsze od wygłaszania buntowniczych przemówień. Kiedy kończą się slogany o suwerenności, migracji i narodowej dumie, zaczynają się rachunki, budżety, kryzysy gospodarcze, wojny handlowe i relacje z mocarstwami.
I właśnie wtedy zwykle okazuje się, kto był politykiem, a kto jedynie dobrze sprzedającym się produktem politycznego marketingu.
Jordan Bardella przyjechał do Warszawy, żeby przekonać Europę, że należy do tej pierwszej kategorii.
Za rok lub dwa przekonamy się, czy rzeczywiście buduje nową Europę, czy tylko nową wersję starej iluzji, którą politycy sprzedają wyborcom od stuleci — że tym razem wszystko będzie wyglądało inaczej.
A historia, jak zwykle, siedzi z boku i śmieje się pierwsza.

Dodaj komentarz