
Sierpień wszedł do Europy bez pukania, za to z kanistrem benzyny.
Płonęła Grecja, paliły się Francja i Hiszpania, wysychała Anglia, a w Polsce Mateusz Morawiecki nadal stał przy grillu, najwyraźniej przekonany, że skoro kontynent zamienia się w palenisko, to ktoś powinien przynajmniej dopilnować kiełbasy.
Europa wyglądała w sobotę jak wspólnota mieszkaniowa, w której zapalił się dach, pękła rura, sąsiad z parteru barykaduje wejście, a zarząd odpowiada, że sprawa zostanie omówiona na najbliższym zebraniu, pod warunkiem osiągnięcia kworum.
W Grecji wybuchały kolejne pożary. Ogień podchodził pod Ateny, wiatr rozdmuchiwał płomienie z szybkością godną kampanii wyborczej, a ludzi ewakuowano z zagrożonych miejscowości. Francuzi gasili okolice Bordeaux, Hiszpanie walczyli z własnym żywiołem, a polscy i ukraińscy strażacy jechali pomagać.
Unia Europejska po raz kolejny dowiodła, że najlepiej funkcjonuje wtedy, kiedy przyjeżdża wozem strażackim. W sprawach strategicznych potrzebuje szczytu, konsultacji, wspólnego stanowiska i tłumaczenia na dwadzieścia cztery języki. Kiedy płonie las, wystarczy człowiek z wężem.
Dotychczas symbolem Europy były gwiazdy na niebieskim tle. Obecnie bardziej pasowałaby czerwona kropka na mapie pożarowej z komunikatem: „Proszę odświeżyć stronę. Sytuacja jest już gorsza”.
Anglia wysycha. Rzeki mają coraz mniej wody, rolnicy wcześniej zbierają plony, trawniki przybierają barwę dojrzałego liberalizmu, a na wyschniętych boiskach nadal gra się w krykieta. Brytyjczycy są bowiem narodem, który nawet koniec świata potrafi rozegrać przez pięć dni, z przerwą na herbatę i regulaminowym zdziwieniem, że Imperium nie dostarczyło deszczu.
Morze Śródziemne płonęło, Anglia schła, lecz prawdziwe europejskie piekło otworzyło się w Ceucie. Dziesiątki tysięcy migrantów próbowały przedostać się z Maroka do hiszpańskiej enklawy. Ludzie ginęli w wodzie, byli tratowani przy ogrodzeniach, zawracani i odsyłani. Hiszpania wzmacniała granicę, Włochy domagały się ograniczeń w Schengen, Francja pilnowała własnych przejść, a państwa europejskie zgodnie uznały, że potrzebna jest wspólna odpowiedź.
Po czym każde zaczęło zamykać własne drzwi.
To najbardziej trwała postać europejskiej solidarności. Wszyscy razem stwierdzają, że problem należy rozwiązać wspólnie, a następnie każdy indywidualnie zasuwą rygluje wejście.
Unijni ministrowie zapowiedzieli nadzwyczajne spotkanie. Nie natychmiast, oczywiście. We wtorek. Tragedia tragedią, ale kalendarz ma swoją godność, a europejski urzędnik nie będzie ratował świata bez wcześniej rozesłanego porządku obrad.
Migracja jest w Unii dyskutowana od lat z elegancją gości restauracji, którzy poczuli zapach dymu.
Jedni chcą otworzyć wszystkie drzwi.
Drudzy chcą je zamurować.
Trzeci proponują powołanie zespołu ekspertów do spraw opracowania wspólnego standardu klamki.
W tym czasie ludzie naciskają na granice, przemytnicy zarabiają, rządy przesuwają odpowiedzialność, a Morze Śródziemne wykonuje pracę, której żaden demokratyczny gabinet nie chciałby wpisać do programu wyborczego.
Od dawna wiadomo, że zmiany klimatyczne będą zwiększać presję migracyjną z Afryki. Im bardziej wysychają pola na południu, tym wyższe płoty rosną na północy. Europa zamierza najwyraźniej walczyć z temperaturą wysokością ogrodzenia.
W Polsce też było gorąco, choć bardziej lokalnie i z musztardą.
Mateusz Morawiecki nadal podgrzewał prawicę po swoim piątkowym grillu. Jego Rozwój Plus wygląda coraz mniej jak stowarzyszenie ekspertów, a coraz bardziej jak partia, która jeszcze nie wie, że jest partią, choć ma już przywódcę, posłów, program, ambicje i rachunek za kiełbasę.
Prawie czterdzieści procent Polaków uważa, że ewentualna partia Morawieckiego mogłaby wejść do Sejmu. To wynik imponujący, zwłaszcza że ugrupowania formalnie jeszcze nie ma. Polacy tradycyjnie najbardziej lubią partie przed ich powstaniem. Są wtedy świeże, uczciwe, kompetentne i nie zdążyły jeszcze zatrudnić krewnych.
Morawiecki zapowiedział podobno niższe składki członkowskie. Polska prawica wkroczyła więc w epokę wojny cenowej.
PiS oferuje tradycję, prezesa i bezpłatne poczucie oblężenia.
Konfederacja dorzuca młodość, internet i możliwość obrażenia dowolnej grupy społecznej przed śniadaniem.
Morawiecki odpowiada promocją: drugi konserwatysta za pół ceny, przy przejściu całego koła poselskiego grill gratis, a dla pierwszych stu członków prezentacja o demografii.
Jarosław Kaczyński stosuje metodę przeczekania. Sprawdzała się wobec Gowina, Ziobry, Morawieckiego, wyborców, biologii i upływu czasu. Prezes wierzy zapewne, że buntownicy w końcu zatęsknią, wrócą i przeproszą, ponieważ człowiek wychowany w PiS powinien wiedzieć, że wolność jest chwilowym zaburzeniem dyscypliny.
Problem w tym, że na prawicy pojawił się również Karol Nawrocki, który w sondażach zaczął wyprzedzać Kaczyńskiego jako potencjalny przywódca obozu. Różnica była niewielka, ale polska polityka potrafi z sześciu dziesiątych punktu procentowego zbudować zmianę epoki, sukcesję dynastyczną i specjalne wydanie telewizji informacyjnej.
Kaczyński pozostaje królem.
Nawrocki jest królem sondażowym.
Morawiecki rozpala ognisko koronacyjne.
Czarnek czeka w zbroi.
Konfederaci sprawdzają, czy tron da się sprzedać w internecie.
A wyborca próbuje ustalić, kto pilnuje kiełbasy.
Najzabawniejsze, że największa grupa ankietowanych uznała, iż prawica nie ma żadnego lidera. Jest ich tylu, że statystycznie wyszedł brak kierownictwa. To trochę jak w polskim wojsku przed reformą: generałów dużo, ale nikt nie wie, kto ma mapę.
O siedemnastej wydarzyło się jednak coś, czego polska polityka zazwyczaj nie potrafi zrobić.
Zamilkła.
W osiemdziesiątą drugą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego zawyły syreny, stanęły samochody, tramwaje i autobusy. Przez minutę Warszawa nie była scenografią partyjnego sporu, nie należała do prezesa, prezydenta, premiera ani komentatorów. Należała do zmarłych.
W dniu, gdy znów płonęła Europa, Warszawa wspominała własny pożar.
Tu żart rzeczywiście powinien na chwilę zamilknąć.
Za zbiorczymi liczbami ofiar trzeba widzieć twarze konkretnych ludzi. Słusznie przypominano o zamordowanych mieszkańcach Woli, o niemieckim zezwierzęceniu i o sprawcach, którzy po wojnie uniknęli odpowiedzialności.
Szkoda tylko, że politycy tak rzadko potrafią patrzeć równie konkretnie na tragedie współczesne.
Ofiary w Ceucie także miały twarze.
Strażacy ginący podczas gaszenia europejskich lasów nie są rubryką w klimatycznym raporcie.
Ludzie uciekający przed suszą, wojną i głodem nie zamieniają się na granicy w pojęcie „presja migracyjna”. Nadal są ludźmi, choć europejska administracja woli rzeczowniki abstrakcyjne, bo nie płaczą i nie trzeba ich pochować.
Pamięć nie powinna być usługą czynną wyłącznie w rocznicę.
Na koniec sobota przyniosła wiadomość naprawdę pocieszającą. Z wraku żaglowca, który zatonął w kanale La Manche w XIX wieku, wydobyto butelkę piwa leżącą pod wodą od około stu sześćdziesięciu lat.
Butelka przeżyła dwie wojny światowe, upadek imperiów, narodziny Unii Europejskiej, komunizm, brexit, globalne ocieplenie, wszystkie wersje Jarosława Kaczyńskiego i większość programów Mateusza Morawieckiego.
Nie zmieniła partii.
Nie zwołała konferencji prasowej.
Nie założyła stowarzyszenia.
Nie domagała się uszczelnienia Schengen.
Nie wydała oświadczenia o wartościach.
Leżała spokojnie na dnie.
Być może właśnie dlatego zachowała zawartość.
Tak minęła pierwsza sobota sierpnia. Europa płonęła, Hiszpania stawiała zapory, Anglia wysychała, Morawiecki grillował przyszłość, Nawrocki wyprzedzał Kaczyńskiego o grubość kartki papieru, Warszawa na minutę zatrzymała się dla swoich zmarłych, a z dna kanału La Manche wydobyto piwo starsze i prawdopodobnie dojrzalsze od całej europejskiej klasy politycznej.
Naukowcy chcą sprawdzić, czy nadal nadaje się do picia.
W przypadku polityki europejskiej podobne badanie byłoby już tylko okrucieństwem wobec laboratorium.

Dodaj komentarz