EUROPA BUDUJE MOSTY. MY WCIĄŻ SPRAWDZAMY, KTO MA RACJĘ

Warszawa

Historia ma wyjątkowo złośliwe poczucie humoru. Bardzo rzadko przychodzi wtedy, kiedy wszyscy na nią czekają. Nie lubi fanfar, uroczystych przemówień ani pomników odsłanianych przy dźwiękach orkiestry wojskowej. Najczęściej siada gdzieś z boku, podpisuje kilka dokumentów, uruchamia przelewy liczone w miliardach euro i spokojnie idzie dalej. Dopiero po latach okazuje się, że właśnie tamtego dnia świat skręcił w nowym kierunku, choć większość ludzi była zajęta czymś zupełnie innym.

Czwartek był właśnie takim dniem.

Gdańsk stał się na dwa dni stolicą Europy. Nie tej od górnolotnych deklaracji o wspólnych wartościach, których i tak nikt już nie pamięta następnego dnia, lecz Europy bardzo konkretnej. Europy inwestorów, banków, przedsiębiorców, logistyków, inżynierów, producentów stali, cementu, transformatorów, wagonów kolejowych i wszystkiego tego, bez czego nie odbudowuje się kraju zniszczonego wojną.

Ukraine Recovery Conference nie jest kolejnym politycznym zjazdem, na którym uczestnicy wymieniają uściski dłoni i wracają do domów z teczką pełną folderów. To miejsce, w którym zapadają decyzje dotyczące największego programu odbudowy na naszym kontynencie od czasów Planu Marshalla. Według najnowszych szacunków Banku Światowego potrzeby Ukrainy liczone są już w setkach miliardów dolarów, a rachunek rośnie po każdym kolejnym rosyjskim ataku.

To nie są abstrakcyjne liczby. To są tysiące kilometrów dróg, mostów, torów kolejowych, oczyszczalni, elektrowni, szkół, szpitali, magazynów i portów. Ktoś je zaprojektuje. Ktoś wyprodukuje materiały. Ktoś dostarczy maszyny. Ktoś zorganizuje transport. Ktoś na tym zarobi. Historia od czasu do czasu rozdaje takie gospodarcze losy na loterii. Tym razem los padł na kraj leżący tuż obok.

Na Polskę.

Geografia, w przeciwieństwie do polityków, nie zmienia poglądów co cztery lata. Nadal jesteśmy najbliższym zachodnim sąsiadem Ukrainy. Nadal przez nasze porty, drogi i kolej prowadzi najkrótsza droga do Europy. Coraz więcej ukraińskich przedsiębiorstw nie traktuje już Warszawy czy Gdańska jako przystanku w podróży do Berlina lub Paryża. Dla nich Polska staje się adresem biznesowym, miejscem certyfikacji produktów, zakładania spółek i zdobywania zaufania europejskich klientów. To właśnie tutaj chcą budować swoje zaplecze dla całej Unii.

Można powiedzieć, że los podsuwa nam pod nos jedną z największych gospodarczych szans ostatnich dekad.

Tyle tylko, że historia nie rozdaje nagród za samo położenie geograficzne. Trzeba jeszcze umieć po nie sięgnąć. Symbolicznie pokazał to już pierwszy dzień konferencji. Lwów podpisał sześć umów o wartości ponad dwóch i pół miliona euro z partnerami z Czech, Litwy, Szwecji, Francji i Niemiec. Wśród sygnatariuszy zabrakło polskich firm. Nie dlatego, że Polska przestała być ważna, lecz dlatego, że w biznesie sentyment nie zastępuje kontraktu. Kto przyjechał z gotowym projektem, ten usiadł do stołu. Kto przyjechał z przekonaniem, że sama geografia wystarczy, temu pozostało oglądanie podpisywanych dokumentów z widowni.

I właśnie dlatego z takim zdumieniem obserwuję polską debatę.

Bo kiedy Europa rozmawia o tym, jak odbudować Ukrainę, my z uporem godnym archeologów przekopujemy kolejne warstwy własnych sporów. Najpierw dyskusja o UPA. Potem odebranie Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Następnie kolejne konferencje prasowe, oświadczenia, wzajemne pretensje i patriotyczne deklaracje wygłaszane z miną człowieka przekonanego, że właśnie uratował cywilizację.

Aż wreszcie nastąpił moment, który chyba najlepiej oddaje ducha współczesnej polskiej polityki.

W chwili, gdy w Gdańsku rozpoczynała się konferencja poświęcona odbudowie Ukrainy, gdy premierzy, ministrowie, szefowa Komisji Europejskiej, przedsiębiorcy i inwestorzy rozmawiali o przyszłości naszego regionu, Jarosław Kaczyński ogłosił, że zwraca Ukrainie przyznany mu przed laty Order Księcia Jarosława Mądrego.

Oczywiście miał do tego pełne prawo. Każdy może zwrócić otrzymane odznaczenie. W polityce jednak liczy się nie tylko sam gest, ale również chwila, w której zostaje wykonany. A ta została wybrana z precyzją godną szwajcarskiego zegarmistrza.

Gdy Europa próbowała budować mosty, polska polityka ponownie zaczęła liczyć ordery.

Można uznać, że był to wyraz konsekwencji w sporze o politykę historyczną Ukrainy. Można również odnieść wrażenie, że był to przede wszystkim gest skierowany do krajowej publiczności, która od kilku tygodni żyje kolejnymi odsłonami konfliktu wokół UPA. Trudno jednak dostrzec, w jaki sposób taka demonstracja miała poprawić relacje między Warszawą a Kijowem. Jeszcze trudniej nie zauważyć, że z podobnych gestów największą satysfakcję od miesięcy czerpie Kreml.

Rosja od dawna nie musi już wymyślać nowych sposobów dzielenia Europy. Wystarczy cierpliwie obserwować, jak sami podkładamy kolejne historyczne lonty pod własne emocje.

Tymczasem prawdziwy problem jest znacznie bardziej skomplikowany.

Badania pokazują, że zdecydowana większość Ukraińców uważa, iż każde państwo ma prawo do własnej polityki pamięci. W ukraińskich podręcznikach Wołyń zajmuje zaledwie kilka stron. Dla wielu młodych ludzi UPA jest przede wszystkim symbolem walki z Związkiem Radzieckim, a nie zbrodni dokonanej na polskiej ludności cywilnej. Można się z tym głęboko nie zgadzać i trzeba konsekwentnie mówić prawdę o Wołyniu, ale warto również rozumieć, dlaczego po drugiej stronie granicy pamięć historyczna wygląda inaczej. Nie zrozumiemy partnera, jeśli będziemy wyłącznie powtarzać własne argumenty.

To dla Polaków trudne do zaakceptowania, ale obrażanie się na rzeczywistość nigdy jeszcze nie zmieniło rzeczywistości.

Historia nie jest wspólnym podręcznikiem, który dwa narody piszą przy jednym biurku. Każde państwo buduje własną pamięć, własnych bohaterów i własne mity. My również robimy dokładnie to samo. Nie oznacza to, że mamy zrezygnować z prawdy o Wołyniu. Oznacza jedynie, że prawdy historycznej nie da się narzucić konferencją prasową ani odebraniem orderu.

W tym wszystkim najbardziej zdumiewa mnie jeszcze coś innego.

Bo podczas gdy w Gdańsku podpisywane są kolejne porozumienia, a świat zastanawia się, jak odbudować Ukrainę, w Polsce nie schodzi z czołówek afera Szpitala Południowego. Minister zdrowia apeluje o spokój i ocenę autorytetów, politycy już liczą polityczne straty, pojawiają się zapowiedzi referendum w Warszawie, a kolejne konferencje prasowe przykrywają najważniejsze pytanie: jak naprawdę naprawić ochronę zdrowia. Każda systemowa katastrofa błyskawicznie zostaje zamieniona w kampanię wyborczą. Zamiast rozmawiać o pacjentach, rozmawiamy o sondażach. Zamiast reformować szpitale, reformujemy przekaz dnia.

Nie twierdzę, że ta sprawa nie jest ważna. Jest, ale mam wrażenie, że współczesne media coraz częściej przypominają człowieka, który podczas pożaru całej kamienicy z pasją relacjonuje, że ktoś na drugim piętrze źle ustawił doniczkę na parapecie.

Tymczasem świat nie przestaje przypominać, że istnieje poza naszymi politycznymi sporami. W Mińsku Aleksander Łukaszenko spotyka się z wysłannikami Wołodymyra Zełenskiego i rozmawia o wojnie, wymianie jeńców oraz możliwościach porozumienia. Nawet dyktator i państwo prowadzące wojnę utrzymują kanały komunikacji, bo dyplomacja z natury jest bardziej pragmatyczna niż telewizyjne studia. To paradoks naszych czasów: ci, którzy naprawdę prowadzą rozmowy, robią to po cichu. Najgłośniej krzyczą zwykle ci, którzy niczego nie negocjują.

Na drugim końcu świata potężne trzęsienie ziemi pustoszy kolejne regiony Wenezueli. Europa przygotowuje się na rekordową falę upałów, a mieszkańcy Paryża zaklejają okna kocami termicznymi, próbując zatrzymać żar lejący się z nieba. Za chwilę podobne temperatury dotrą także do Polski. Przyroda pozostaje całkowicie obojętna na nasze konferencje prasowe, polityczne gesty i historyczne awantury. Ona nie interesuje się tym, kto komu oddał order. Ma własny kalendarz i własne prawa.

Historia nie czeka. Nigdy nie czekała. Dlatego za dwadzieścia lat nikt nie będzie pamiętał, kto komu oddał order i kto wygrał kolejną konferencję prasową. Będzie natomiast pamiętał, kto budował drogi, mosty, elektrownie i kolej, kto potrafił wykorzystać historyczną szansę i kto miał odwagę patrzeć dalej niż do następnego sondażu.

Historia wyjątkowo rzadko nagradza tych, którzy najgłośniej krzyczą.

Znacznie częściej nagradza tych, którzy w odpowiednim momencie potrafią po prostu zabrać się do pracy.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights