DZIECI W KASKACH Z LEGO

Warszawa

Kiedy patrzę na dzisiejszych dwudziestolatków, przypominam sobie pewną osobliwą obietnicę, którą świat złożył im jeszcze przed narodzinami. Nie była spisana w żadnej konstytucji ani wyryta w marmurze na frontonach parlamentów. Unosiła się jednak nad Europą niczym ciepłe powietrze nad rozgrzanym asfaltem i wydawała się czymś równie naturalnym jak wschód słońca. Obietnica brzmiała prosto: będzie już tylko lepiej.

Mieli być pierwszym pokoleniem Polaków, które na dobre zamieszka na Zachodzie, nawet jeśli geografia uparcie twierdziła coś innego. Nie mieli pamiętać kolejek po mięso, kartek, pustych półek ani tego szczególnego rodzaju strachu, który przez dekady był stałym lokatorem polskich mieszkań. Historia miała wreszcie przejść na emeryturę. Dziadkowie mieli opowiadać o wojnach. Rodzice mieli opowiadać o transformacji. A oni mieli opowiadać głównie o wakacjach.

Świat przygotował dla nich zupełnie inny scenariusz. Zamiast karabinów wręczył im smartfony. Zamiast wojskowych hełmów dał słuchawki bezprzewodowe. Zamiast schronów zaoferował platformy streamingowe, tanie linie lotnicze i przekonanie, że największym dramatem przyszłości będzie zbyt wolny internet podczas oglądania serialu.

Przez chwilę rzeczywiście wydawało się, że tak właśnie będzie wyglądało życie. Polska rosła. Miasta piękniały. Autostrady przecinały kraj jak nowe żyły w młodym organizmie. Coraz więcej ludzi latało samolotami, coraz mniej zastanawiało się nad granicami, a słowo „wojna” brzmiało jak określenie z podręcznika historii, mniej więcej tak aktualne jak wojny punickie albo spór o to, kto powinien odziedziczyć tron Austro-Węgier.

Potem przyszedł Putin.

Historia wróciła wtedy do Europy jak pijany krewny wyrzucony z wesela, który po godzinie wspina się przez okno i oznajmia, że zabawa jeszcze się nie skończyła. Nagle okazało się, że czołgi nadal istnieją, rakiety również, a granice nie są dekoracją na mapie, tylko linią oddzielającą bezpieczeństwo od katastrofy.

I właśnie w tym momencie pokolenie wychowane do życia zostało zmuszone do myślenia o przetrwaniu.

Starsi patrzą na nich często z pobłażliwym uśmiechem. Mówią o „płatkach śniegu”, o pokoleniu nadwrażliwców, które rzekomo rozpada się psychicznie po pierwszej życiowej trudności. To bardzo wygodna opowieść, zwłaszcza dla ludzi, którzy kupowali mieszkania za równowartość dzisiejszego używanego samochodu i rozpoczynali dorosłość w świecie, gdzie człowiek po studiach mógł jeszcze wierzyć, że za kilka lat będzie go stać na własne cztery ściany.

Tymczasem młodzi nie wyglądają na rozpieszczonych. Wyglądają na zmęczonych.

Zmęczonych światem, który każdego ranka wysyła im sprzeczne komunikaty. Słyszą, że mają być ambitni, ale jednocześnie dowiadują się, że wiele zawodów zniknie szybciej, niż zdążą zdobyć doświadczenie. Słyszą, że powinni zakładać rodziny, ale ceny mieszkań przypominają dziś numery telefonów. Słyszą, że przyszłość należy do nich, choć coraz częściej wygląda ona jak nieruchomość wystawiona na sprzedaż, której i tak nigdy nie będą mogli kupić.

Nie dziwi mnie więc, że coraz częściej nie wierzą politykom. Jedni obiecują im wielką narodową dumę. Drudzy wielkie europejskie projekty. Trzeci wielkie wolnorynkowe cuda. Tymczasem młody człowiek siedzi wieczorem w wynajmowanym pokoju, patrzy na wysokość czynszu i dochodzi do wniosku, że najchętniej kupiłby trochę zwyczajnej normalności.

I być może właśnie tutaj kryje się największe nieporozumienie naszych czasów. Starsze pokolenia są przekonane, że młodzi chcą więcej. Tymczasem oni coraz częściej chcą dokładnie tego samego, co mieli ich rodzice. Stabilności. Bezpieczeństwa. Przewidywalności. Przyszłości, która nie przypomina codziennego spaceru po polu minowym.

To nie jest wygórowane marzenie. To jest minimum.

A kiedy minimum zaczyna wyglądać jak luksus, społeczeństwo wcześniej czy później wpada w kłopoty.

Najbardziej wzrusza mnie jednak coś zupełnie innego.

Przez ostatnie trzydzieści lat Polska przypominała rodzinę, która właśnie wprowadziła się do nowego domu. Wszyscy byli zmęczeni przeprowadzką, ściany wymagały malowania, dach przeciekał, instalacja elektryczna budziła pewne obawy, ale każdy miał poczucie, że najgorsze jest już za nami. Trzeba było tylko pracować, urządzać pokoje, kupować meble i spokojnie żyć.

Taką opowieść słyszały dzieci.

Rodzice mówili im, żeby się uczyły języków, podróżowały, były otwarte na świat i nie powtarzały błędów poprzednich pokoleń. Mieliśmy być pierwszym pokoleniem normalności. To była chyba największa ambicja III Rzeczypospolitej. Nie wielkość. Nie mocarstwowość. Nie imperialne marzenia. Normalność. Słowo nudne jak instrukcja obsługi pralki, a jednocześnie piękne jak spokojny sen po ciężkim dniu.

Normalność oznaczała, że dzieci nie będą musiały wiedzieć, czym jest mobilizacja. Nie będą rozumiały różnicy między alarmem przeciwlotniczym a alarmem przeciwpożarowym. Nie będą zastanawiały się, czy ich kraj za dziesięć lat nadal będzie bezpieczny.

I właśnie dlatego tak wielu starszych ludzi nie potrafi zrozumieć dzisiejszych młodych. Patrzą na nich i widzą ludzi, którzy dostali wszystko. Młodzi patrzą na starszych i widzą ludzi, którzy dostali przyszłość. To nie jest to samo.

Młody człowiek może mieć smartfon kosztujący kilka tysięcy złotych i jednocześnie nie mieć najmniejszego pojęcia, czy będzie go kiedyś stać na mieszkanie. Może mieć dostęp do całej wiedzy ludzkości i nie wiedzieć, czy za pięć lat sztuczna inteligencja nie zabierze mu zawodu. Może codziennie oglądać świat przez ekran telefonu i jednocześnie czuć się bardziej samotny niż jego dziadek w małym miasteczku pół wieku temu.

To jest właśnie ta dziwna bieda współczesności. Nie bieda rzeczy. Bieda pewności. Brak przekonania, że jutro będzie choć odrobinę podobne do dzisiaj.

Kiedy słucham polityków opowiadających młodym o patriotyzmie, często mam ochotę zapytać ich o rzecz banalną. Czy naprawdę sądzicie, że człowiek bardziej pokocha państwo dlatego, że usłyszy jeszcze jedno przemówienie? Państwo kocha się łatwiej wtedy, gdy można w nim znaleźć lekarza, mieszkanie i poczucie bezpieczeństwa. Patriotyzm jest trochę jak małżeństwo. Bardzo trudno przekonać kogoś do wierności, jeśli codziennie zastanawia się, czy starczy mu do pierwszego.

Dlatego nie wierzę ani w opowieści o rozpieszczonych płatkach śniegu, ani w bajki o pokoleniu leniwych egoistów. Widzę raczej ludzi, którzy od dziecka słyszeli, że wszystko zależy od nich, a potem weszli w dorosłość i odkryli, że bardzo wiele zależy od cen mieszkań, algorytmów, geopolityki, demografii, wojny i decyzji podejmowanych przez miliarderów, których nigdy nie spotkają.

To musi być frustrujące.

A mimo to każdego ranka wstają, idą do pracy, studiują, zakładają firmy, próbują się zakochiwać i planować przyszłość. Próbują żyć.

I tutaj dochodzimy do najbardziej polskiego elementu całej tej historii.

Przez dwa stulecia wychowywaliśmy kolejne pokolenia w cieniu powstań, klęsk, zaborów, okupacji i wielkich narodowych dramatów. Polska literatura pełna jest bohaterów, którzy gdzieś maszerują, walczą, giną albo przynajmniej przygotowują się do heroicznej porażki. Romantyzm tak głęboko wszedł nam pod skórę, że czasami odnoszę wrażenie, iż część rodaków uważa spokojne życie za pewną formę moralnego uchybienia.

Tymczasem młodzi ludzie nie chcą być bohaterami pomników. Nie marzą o tym, by ktoś za sto lat nazwał ich imieniem rondo w średniej wielkości mieście. Chcą żyć długo, spokojnie i zwyczajnie. Chcą wracać wieczorem do domu, planować wakacje, wychowywać dzieci, narzekać na pogodę i martwić się rzeczami tak banalnymi, że aż pięknymi.

I może właśnie w tym tkwi największa zmiana, jaka dokonuje się dziś w Polsce.

Być może po raz pierwszy od bardzo dawna dorasta pokolenie, które nie uważa poświęcenia za najwyższą formę obywatelskiej cnoty. Które bardziej od romantycznego gestu ceni sprawnie działające państwo. Które bardziej od historycznej legendy ceni przewidywalne jutro. Które zamiast umierać za ojczyznę, chciałoby po prostu dobrze w niej żyć.

Powiem więcej. Być może właśnie tego rodzaju patriotyzm będzie w XXI wieku najcenniejszy.

Bo kraj nie rozwija się dzięki ludziom, którzy marzą o bohaterskiej śmierci. Kraj rozwija się dzięki ludziom, którzy chcą zostać, pracować, zakładać rodziny, płacić podatki i mieć poczucie, że ich wysiłek ma sens.

A jeśli kiedyś przyjdzie im bronić tego świata, zrobią to nie dlatego, że przeczytali odpowiednią liczbę patriotycznych wierszy. Zrobią to dlatego, że będą mieli czego bronić.

I być może właśnie na tym polega cała tajemnica nowego pokolenia. Nie na jego słabości. Nie na jego rzekomej roszczeniowości. Nie na wszystkich tych etykietach wymyślanych przez starszych komentatorów.

Tylko na tym, że po raz pierwszy od bardzo dawna młodzi Polacy nie chcą umierać za Polskę.

Chcą w niej żyć.

A to, wbrew pozorom, jest ambicja znacznie trudniejsza.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights