
Polska jest dziś zamieszkana przez dwa narody.
Pierwszy uważa, że drugi sprzedał Polskę Niemcom, Brukseli, bankom, ekologom, cyklistom i producentom mleka owsianego. Drugi jest przekonany, że pierwszy oddał ją Rosji, Kościołowi, spółkom Skarbu Państwa, narodowym mediom oraz ludziom, którzy słowo „suwerenność” potrafią wypowiedzieć cztery razy w jednym zdaniu bez utraty oddechu.
Oba narody są całkowicie pewne, że reprezentują większość. Oba czują się prześladowaną mniejszością i oba zgodnie twierdzą, że porozumienie z przeciwnikiem byłoby zdradą narodu, czyli ich samych.
Jest to konstrukcja polityczna tak doskonała, że nie wymaga już zewnętrznego wroga. Wroga produkujemy sami, z krajowych surowców, bez importu, podatku węglowego i udziału chińskich komponentów. Polska samowystarczalność strategiczna zaczyna się od nienawiści.
Dwa narody mieszkają jednak w jednym państwie. Przypomina ono mieszkanie po rozwodzie, którego byli małżonkowie nie mogą sprzedać, bo każde chce udowodnić, że drugie nigdy nie miało do niego prawa. Kuchnia należy do narodu prawdziwego. Salon do narodu demokratycznego. Łazienka jest przedmiotem sporu konstytucyjnego, a piwnicę zajęła komisja śledcza. Na klatce schodowej stoi Unia Europejska i pyta, czy mogłaby odczytać licznik.
— To ingerencja w suwerenność — woła jeden naród.
— Proszę wejść, oni znowu coś ukrywają — odpowiada drugi. Licznik tymczasem kręci się dalej. Państwo płaci rachunek.
W dawnej Polsce mieliśmy liberum veto. Jeden szlachcic mógł przerwać obrady Sejmu, ponieważ uznawano, że wolny człowiek nie powinien być przegłosowany przez przypadkową większość pozostałych wolnych ludzi. Dziś system unowocześniliśmy. Liberum veto może zgłosić każdy obywatel w internecie, o każdej porze dnia i nocy, również po alkoholu. Nie przerywa wprawdzie obrad Sejmu, ale przerywa możliwość myślenia. Wystarczy napisać: „zdrajcy”, „faszyści”, „komuniści”, „Targowica” albo „doczytaj historię”. To ostatnie polecenie najczęściej wydają ludzie, którzy historię poznali z filmu trwającego dziewięć minut, w tym dwie minuty reklamy suplementu na wątrobę.
Dawna szlachta musiała przyjechać do Warszawy, ubrać kontusz i osobiście zerwać Sejm. Dzisiaj wystarczy leżeć na kanapie w podkoszulku. Postęp technologiczny obniżył próg uczestnictwa w anarchii.
Chętnie wytykamy przodkom ich polityczne wady. I Rzeczpospolita upadła przez egoizm elit, prywatę, słabość instytucji oraz niemożność przeprowadzenia reform. II Rzeczpospolita cierpiała na chaos parlamentarny, ostre konflikty partyjne, zamach majowy i przekonanie, że przeciwnika politycznego najlepiej przekonuje się przy pomocy policji albo Berezy Kartuskiej.
My jesteśmy oczywiście mądrzejsi. Egoizm elit nazwaliśmy profesjonalizacją polityki. Prywatę — budowaniem zaplecza. Słabość instytucji — okresem przejściowym. Niemożność reform — koniecznością dalszych konsultacji. Berezę Kartuską zastąpił wieczorny program publicystyczny. Warunki są wygodniejsze, lecz człowiek po godzinie także przyznaje się do wszystkiego.
Największym osiągnięciem ostatnich trzydziestu pięciu lat było przekonanie, że zbudowaliśmy już państwo zachodnie, nowoczesne i dojrzałe. Mamy autostrady, lotniska, biurowce, paczkomaty, aplikacje bankowe, ekspresy do kawy i możliwość kupienia mango przez cały rok. Dojrzałość państwową rozpoznajemy po tym, że obywatel może przez telefon zamówić tajskie jedzenie, choć nadal nie jest w stanie telefonicznie dodzwonić się do przychodni.
Pod względem gospodarczym Polska naprawdę odniosła wielki sukces. Z kraju, w którym szczytem luksusu był kolorowy telewizor, staliśmy się krajem, w którym człowiek ogląda na ekranie 8K debatę o tym, dlaczego państwo nie działa Obraz jest ostry. Problem pozostał nieostry.
Przetrwaliśmy światowy kryzys finansowy, pandemię, wojenne wstrząsy, kryzysy energetyczne i niezliczone reformy systemu podatkowego. To ostatnie najlepiej świadczy o odporności społeczeństwa. Naród, który potrafi przeżyć Polski Ład, nie powinien obawiać się drobnych zawirowań cywilizacyjnych.
Gospodarka rosła nawet wtedy, gdy politycy próbowali jej pomagać. Obywatele otwierali firmy, pracowali, oszczędzali, budowali domy i eksportowali towary. Państwo w tym czasie poprawiało formularze. W efekcie powstał kraj zaskakująco skuteczny na poziomie ludzi i zaskakująco niezdecydowany na poziomie instytucji. Obywatel umie wyremontować mieszkanie, rozwinąć przedsiębiorstwo, znaleźć pracę za granicą i zorganizować leczenie matki przez znajomą kuzyna.
Państwo potrafi powołać zespół. Zespół opracuje diagnozę. Diagnoza stanie się podstawą strategii. Strategia wyznaczy mapę drogową. Mapa drogowa doprowadzi do konsultacji, podczas których okaże się, że poprzedni zespół działał na podstawie nieaktualnego rozporządzenia. Wtedy powoła się nowy zespół. Państwo polskie jest bardzo ruchliwe. Bez przerwy krąży wokół miejsca, w którym powinno stać.
Największymi przegranymi III Rzeczpospolitej okazali się państwowcy, czyli ludzie naiwnie przekonani, że instytucje powinny należeć do państwa. To coraz bardziej ekscentryczny pogląd. Sąd powinien być nasz, ponieważ obcy sąd wydaje niesprawiedliwe wyroki. Prokuratura musi być nasza, żeby skutecznie ścigała ich. Telewizja publiczna powinna mówić prawdę, czyli to, co my mówimy. Dyplomata powinien reprezentować Polskę, a więc naszą interpretację Polski. Szkoła musi wychowywać odpowiednio, ponieważ dzieci mogłyby samodzielnie dojść do poglądów nieodpowiednich.
Każda partia przychodzi do państwa jak nowy lokator do wynajętego mieszkania. Najpierw mówi, że poprzednicy wszystko zniszczyli. Potem wymienia zamki, wyrzuca cudze meble, zatrudnia ekipę znajomych i maluje ściany w barwach partyjnych. Po czterech latach zostawia rachunki następcom i ogłasza, że mieszkanie nigdy nie wyglądało lepiej.
Instytucje nie są już wspólnym wyposażeniem państwa. Są łupem, który należy zdobyć, zanim zdobędzie go wróg. Sąd nie może być po prostu sądem. Musi być pisowski albo antypisowski. Prokurator nie prowadzi śledztwa — wykonuje zamówienie jednej strony albo sabotuje drugą. Nauczyciel nie uczy historii — wychowuje patriotów albo produkuje kosmopolitów. Dziennikarz nie podaje wiadomości — walczy o demokrację albo broni polskości. Nawet prognoza pogody może być podejrzana. Jeżeli telewizja mówi, że będzie gorąco, jedna strona widzi dowód kryzysu klimatycznego, druga ideologię sponsorowaną przez producentów wiatraków. Termometr również zostaje upolityczniony. Trzydzieści siedem stopni w cieniu jest faktem lewicowym. Mróz bywa prawicową polemiką.
Dwa narody różnią się już nie tylko ocenami, ale także faktami. Każdy ma własną historię, własne autorytety, własnych bohaterów, własnych zdrajców, własną telewizję, własnych ekspertów i własne sondaże. Wkrótce będziemy potrzebowali osobnych stref czasowych. W Polsce prawicowej będzie zawsze pięć minut przed ostateczną utratą suwerenności. W Polsce liberalnej — kwadrans przed wyprowadzeniem kraju z Unii Europejskiej. Obydwa zegary będą wskazywały stan alarmowy, więc nikt nie zdąży naprawić kanalizacji.
Polaryzacja ma tę zaletę, że upraszcza życie. Nie trzeba już czytać projektu ustawy. Wystarczy wiedzieć, kto go zgłosił. Jeśli nasi — projekt jest odpowiedzialny, potrzebny i długo oczekiwany. Jeżeli ich — stanowi zamach na demokrację, rodzinę, gospodarkę, prawa człowieka oraz prawdopodobnie polskie lasy. Gdy po wyborach projekt przejmie druga strona, oceny mogą się zmienić bez zmiany tekstu. Polityk jest bowiem podobny do radcy prawnego. Potrafi bronić każdej zasady, pod warunkiem że zlecenie jest aktualne.
Konstytucja jest święta, dopóki pomaga. Prezydenckie weto to bezpiecznik demokracji, gdy prezydent jest nasz, oraz nadużycie władzy, gdy należy do przeciwnika. Referendum jest głosem narodu, jeśli znamy wynik, albo populistyczną manipulacją, jeśli istnieje ryzyko, że naród odpowie niewłaściwie. Naród jest suwerenem. Należy tylko pilnować, żeby suweren rozumiał, czego od niego oczekujemy.
Mówi się, że Polacy mają dość polaryzacji. To możliwe. Mają jej dość tak samo jak ludzie mają dość słodyczy: najczęściej pomiędzy jednym ciastkiem a następnym.
Narzekamy na agresywną politykę, a później klikamy przede wszystkim wiadomości, w których ktoś kogoś zmiażdżył, zaorał, upokorzył albo wyrzucił ze studia.
Rozsądna rozmowa ma w internecie niewielkie szanse. Tytuł „Dwie strony przedstawiły częściowo uzasadnione argumenty” nie przyciągnie nikogo poza autorem oraz jego matką. Znacznie lepiej działa: „Minister zmasakrował opozycję. Zobacz, co stało się potem”. Potem nie dzieje się nic. Ale widz już kliknął, demokracja zarobiła dwa grosze z reklamy, a ojczyzna została uratowana do kolejnego materiału. Politycy nie stworzyli tego mechanizmu sami. Dostarczają towar, na który istnieje popyt.
Wyborca chce wiedzieć, że jest dobry, mądry i patriotyczny, a przeciwnik zły, głupi oraz sterowany z zagranicy. Partia daje mu tę pewność. W zamian wyborca oddaje partii prawo do nieomylności. To korzystna transakcja. Obywatel otrzymuje moralną wyższość. Polityk otrzymuje mandat, stanowiska i budżet. Państwo otrzymuje kolejną reorganizację.
Najbardziej zdumiewające jest to, że oba narody uważają się za jedynych zdolnych do uratowania Polski. Każdy ratuje ją przed drugim tak energicznie, że dla bezpieczeństwa gotów jest rozebrać wszystkie wspólne instytucje. Przypomina to dwóch strażaków, którzy podczas pożaru biją się o węża gaśniczego. Jeden krzyczy, że drugi trzyma go niekonstytucyjnie. Drugi odpowiada, że pierwszy został wybrany przez obce media. Dom płonie, ale spór o standardy gaszenia rozwija się znakomicie. Po wszystkim obaj zorganizują konferencje. Pierwszy oskarży drugiego o zaprószenie ognia. Drugi pokaże wykres dowodzący, że za jego rządów płonęło wolniej. Mieszkańcy zapytają, gdzie mają spać.
— Nie ulegajmy emocjom — odpowie ekspert. — Najpierw musimy przywrócić praworządność w straży pożarnej. Problem polega na tym, że nadchodzą czasy, w których dom może zapalić ktoś z zewnątrz.
Świat staje się mniej cierpliwy, bardziej brutalny i znacznie mniej przywiązany do reguł. Wojna wróciła do Europy, mocarstwa sprawdzają granice cudzej słabości, a sojusze coraz częściej przypominają umowy telefoniczne: wszystkie warunki są korzystne, dopóki nie przeczyta się drobnego druku.
W takim świecie państwo nie może być jedynie dekoracją ustawioną pomiędzy dwiema walczącymi partiami. Armia nie może zmieniać strategii po każdych wyborach. Dyplomacja nie może składać się z ambasadorów uznawanych przez jedną połowę kraju i bojkotowanych przez drugą. Energetyki, obronności, edukacji i bezpieczeństwa nie da się budować w rytmie sondaży publikowanych co dwa tygodnie.
Czołg buduje się dłużej niż koalicję. Elektrownia atomowa wymaga więcej cierpliwości niż konferencja prasowa. Strategia państwa powinna przetrwać przynajmniej jednego ministra, co w polskich warunkach jest już postulatem rewolucyjnym.
Nie chodzi o narodową zgodę w każdej sprawie. Naród zgodny całkowicie, istnieje wyłącznie w propagandzie, na cmentarzu albo podczas meczu reprezentacji, pod warunkiem że akurat wygrywa. Demokracja potrzebuje konfliktu. Bez sporu władza zaczyna uważać się za naturalne zjawisko atmosferyczne, takie jak deszcz albo prezes spółki Skarbu Państwa. Ale istnieje różnica między konfliktem a wojną domową prowadzoną za pomocą komisji, telewizji i postów.
Przeciwnik polityczny to ktoś, z kim spieramy się o podatki, szkołę, energetykę i prawa obywatelskie. Wróg to ktoś, komu odmawiamy prawa do współdecydowania o wspólnym państwie. Kiedy połowa społeczeństwa uważa drugą połowę za obcych, zdrajców lub faszystów, problemem przestaje być temperatura sporu. Problemem staje się brak wspólnego „my”.
Bez niego nie da się prowadzić polityki zagranicznej. Nie można przygotować państwa do kryzysu. Nie da się nawet uczciwie przegrać wyborów, bo zwycięstwo przeciwnika zaczyna wyglądać jak okupacja.
Każda elekcja staje się więc ostatnią bitwą o Polskę. Ostatnie bitwy odbywają się u nas regularnie co kilka lat, co świadczy o wielkiej żywotności ojczyzny, ale fatalnej organizacji kalendarza.
Po wyborach zwycięzcy ogłaszają, że Polska została odzyskana. Przegrani informują, że Polska właśnie przestała istnieć. Potem oba narody jadą rano tym samym autobusem, stoją w tej samej kolejce do lekarza i narzekają na tę samą cenę masła.
Rzeczywistość bezczelnie ich łączy. Okazuje się, że wyborca jednej partii tak samo potrzebuje sprawnego sądu, szkoły, szpitala, pociągu, policji i urzędu jak wyborca drugiej. Rakieta nie pyta o preferencje polityczne. Awaria sieci energetycznej nie sprawdza, którą telewizję oglądamy. Powódź nie zalewa wyłącznie powiatów z niewłaściwym wynikiem wyborczym.
Państwo jest wspólne nawet wtedy, gdy wspólnoty już prawie nie ma. Może dlatego prawdziwy patriotyzm nie polega dziś na głośniejszym śpiewaniu hymnu ani podejrzliwym sprawdzaniu, czy sąsiad stoi wystarczająco prosto. Polega na zgodzie, że pewnych rzeczy nie wolno niszczyć nawet wtedy, gdy przejęli je przeciwnicy. Że sąd powinien działać także dla człowieka, którego poglądami gardzimy. Że szkoła nie może zmieniać historii po każdych wyborach. Że dyplomata reprezentuje państwo, a nie konto ministra w mediach społecznościowych. Że przegrana partii nie oznacza końca narodu.
Silne państwo nie jest państwem, które potrafi zmusić obywatela do posłuszeństwa. Silne państwo to takie, którego nie trzeba budować od początku po każdej zmianie władzy. Do tego potrzebne jest minimum zaufania, odrobina powściągliwości i zdolność zawarcia choćby taktycznego porozumienia z ludźmi, których nie zaprosilibyśmy na imieniny. Nie musimy się kochać. Miłość jest wymaganiem nadmiernym nawet w małżeństwie, a co dopiero w demokracji. Wystarczyłoby uznać, że przeciwnik nie zawsze jest agentem, zdrajcą ani początkiem nowego totalitaryzmu. Czasem jest po prostu człowiekiem, który myli się w inny sposób niż my.
To bardzo trudna myśl. Odbiera przyjemność moralnego zwycięstwa, komplikuje obraz świata i zmusza do rozmowy. Nie można jej zmieścić na transparencie, wykrzyczeć w studiu ani sprzedać jako kubka z patriotycznym napisem. Może jednak uratować państwo, bo jeśli kiedyś nadejdzie prawdziwa próba, nie będziemy mieli czasu ustalać, która połowa Polski jest prawdziwsza. Nieprzyjaciel zewnętrzny nie będzie czekał na prawomocny wyrok, uchwałę Sejmu, opinię komisji ani zakończenie programu publicystycznego.
Wtedy dwa wrogie narody odkryją, że mieszkają pod jednym adresem. Oby nie dopiero wtedy, gdy ktoś obcy zacznie wymieniać zamki.

Dodaj komentarz