
Polska polityka przypomina czasem stary sklep zoologiczny po awarii ogrzewania. W akwarium pływa już tylko jeden ospały karaś, papuga powtarza od sześciu lat słowo „konstytucja”, chomik zdechł jeszcze za pandemii, ale właściciel nadal stoi za ladą i przekonuje klientów, że sytuacja jest pod kontrolą. Tak właśnie wygląda dziś polski wymiar sprawiedliwości po latach rządów PiS. Wszystko jeszcze stoi. Drzwi się otwierają. Pieczątki działają. Ludzie chodzą po korytarzach z teczkami. Tylko państwo zaczyna coraz bardziej przypominać dekorację teatralną podpartą od tyłu kijem od szczotki.
Krajowa Rada Sądownictwa miała być przecież czymś śmiertelnie nudnym. Organem tak ekscytującym jak instrukcja BHP przy wymianie gaśnicy. Tymczasem PiS przez lata zrobił z niej polityczny warzywniak, w którym awanse sędziowskie rozdawano z wdziękiem i subtelnością kierownika GS-u po trzech setkach. Najpierw partia Kaczyńskiego rozmontowała dawną KRS, potem stworzyła własną, a następnie zaczęła opowiadać narodowi, że wszystko odbywa się w obronie demokracji. PiS od dawna bowiem przypomina człowieka, który podpala mieszkanie, po czym z powagą strażaka tłumaczy sąsiadom, że walczy z ogniem.
I oto teraz ten cały misterny pałac z kartonu zaczyna się sypać. Do nowej KRS weszli w większości sędziowie niezależni, wybrani przez środowiska sędziowskie. Na salę wróciła nawet flaga Unii Europejskiej, wcześniej usunięta przez ludzi PiS-u z takim triumfem, jakby wygnali stamtąd samego Belzebuba w granatowym garniturze z Brukseli. Sam powrót tej flagi miał w sobie coś symbolicznego. Jakby po latach okupacji świetlicy osiedlowej przez koło miłośników teorii spiskowych nagle wrócili bibliotekarze.
I wtedy odezwała się Dagmara Pawełczyk-Woicka, była przewodnicząca KRS, jedna z tych postaci, które w historii polskiego sądownictwa zapiszą się jako polityczny odpowiednik tapicerki z papierosowym odorem. Jej wpis o tym, że nowa KRS została wybrana „z naruszeniem prawa”, miał w sobie majestat obrażonej kasjerki zamykającej kiosk ruchu po przegranej awanturze. Człowiek czytał te groźby i miał przed oczami minę kogoś, kto przez lata siedział na zapleczu sklepu, rozdawał klucze kolegom, a teraz nagle odkrył, że właściciel wymienił zamki.
Cała zabawa polega bowiem na tym, że Trybunał Konstytucyjny — ten osobliwy kabaret prawny przypominający zebranie wspólnoty mieszkaniowej połączone z rekonstrukcją stanu wojennego — wydał zabezpieczenie mające zablokować wybór nowej KRS. Problem polega na tym, że ten sam PiS wcześniej dwa razy wybierał KRS dokładnie według tych samych przepisów i wtedy jakoś nikomu nie przeszkadzały. To jest właśnie cały geniusz polityczny tej formacji. PiS przypomina człowieka, który przez osiem lat grał w pokera znaczonymi kartami, a kiedy wreszcie przegrał rozdanie, nagle odkrył, że hazard jest nielegalny.
Najbardziej groteskowa w tym wszystkim pozostaje jednak postać Małgorzaty Manowskiej. Pierwsza prezes Sądu Najwyższego od dawna sprawia wrażenie ciotki z prowincjonalnego wesela, która wszystkim opowiada, że „jest apolityczna”, po czym po północy śpiewa pieśni ku czci gospodarza i wynosi do domu półmisek schabu. Manowska została przecież wyniesiona przez system stworzony przez PiS, publicznie opowiadała o przyjaźni z Dudą, a teraz stoi przed wyborem, czy uznać nową KRS, czy dalej brnąć w obronę politycznego projektu Kaczyńskiego.
I tutaj robi się naprawdę zabawnie. Gdyby Manowska odmówiła zwołania pierwszego posiedzenia nowej KRS, moglibyśmy mieć w Polsce dwie równoległe rady. Dwa KRS-y. Dwie grupy ludzi przekonanych, że to oni są prawdziwym sądownictwem. To byłby już nie kryzys konstytucyjny. To byłby odcinek brazylijskiej telenoweli pisany przez Kafkę po spożyciu dopalaczy.
Wyobraźmy sobie ten krajobraz. Jedna rada obraduje legalnie. Druga udaje, że nadal istnieje. Jedni sędziowie uznają jednych nominowanych, drudzy innych. Państwo działałoby wtedy jak restauracja, w której są dwie konkurencyjne kuchnie, trzech kierowników sali i jeden kucharz przekonany, że jest Napoleonem.
Najpiękniejsze jest jednak to, że PiS sam zostawił furtkę umożliwiającą obejście takiej blokady. Kiedy w 2017 roku demolowali KRS, bali się Małgorzaty Gersdorf. Obawiali się, że nie zwoła posiedzenia ich nowej rady. Wymyślili więc przepis awaryjny, według którego po miesiącu może zrobić to najstarszy stażem członek nowej KRS. Innymi słowy — sami rozsadzili drzwi dynamitem, a dziś są oburzeni, że przeciąg hula po mieszkaniu.
To jest w ogóle fundamentalny problem obozu Kaczyńskiego. Oni przez osiem lat byli przekonani, że władza będzie trwała wiecznie. Zachowywali się jak turyści demolujący wynajęty apartament, bo przecież rachunek zapłaci ktoś inny. Niszczyli instytucje z radosną beztroską ludzi, którzy myślą wyłącznie o następnym dniu sondaży. Trybunał Konstytucyjny zamienili w polityczny automat do wydawania korzystnych decyzji. KRS zamienili w urząd awansów dla lojalnych. Telewizję publiczną w megafon. Prokuraturę w polityczną pałkę.
A teraz nagle odkrywają, że państwo ma pamięć. Że przepisy zostają. Że mechanizmy działają także wtedy, gdy przestaje się siedzieć przy stole prezydialnym. PiS wygląda dziś trochę jak człowiek, który przez lata pił wódkę na kredyt, a teraz jest oburzony, że ktoś przyniósł rachunek.
Waldemar Żurek ma rację, kiedy mówi o cyrku. To rzeczywiście jest cyrk. Tyle że bardzo drogi i utrzymywany z pieniędzy podatników. W tym cyrku klauni noszą togi, treserzy powołują się na konstytucję, a lwy dawno uciekły przez dziurę w płocie. Zostały już tylko stare transparenty o praworządności i grupa ludzi, którzy próbują wmówić społeczeństwu, że wszystko odbywa się zgodnie z procedurami.
Tymczasem zwykły człowiek patrzy na to wszystko z rosnącym zmęczeniem. Ludzie chcieliby po prostu państwa, które działa. Sądu, który wydaje wyrok przed emeryturą powoda. Instytucji, które nie przypominają politycznego domu wariatów po awarii prądu. Chcieliby normalności. Ale normalność w Polsce od dawna jest towarem luksusowym. Czymś jak spokojny weekend albo uczciwy hydraulik.
I może dlatego ten cały polski dramat jest jednocześnie tak śmieszny i tak smutny. Bo pod grubą warstwą ironii kryje się państwo zmęczone własnym chaosem. Państwo, które od lat żyje w niekończącym się remoncie ustrojowym. Wszędzie stoją rusztowania, wszędzie ktoś coś poprawia, wszędzie ktoś krzyczy, że teraz będzie naprawdę dobrze. A obywatel siedzi na taborecie pośrodku tego bałaganu, pije zimną herbatę i zastanawia się, czy ten sufit spadnie mu na głowę jeszcze przed wakacjami.

Dodaj komentarz