
W polityce, podobnie jak w telenoweli z dużym budżetem i kiepskim scenariuszem, nic nie dzieje się przez przypadek, a jeśli już – to tym gorzej. Właśnie obejrzeliśmy odcinek specjalny: „Prezydent Nawrocki odbiera słuchawkę, premier Tusk odbiera cios, a Donald Trump odbiera wszystkich jak leci”.
Na początek – mała poprawka emocjonalna. Donald Tusk, niezależnie od tego, co sądzą jego oponenci (lub co podpowiadają im algorytmy), od lat prowadzi politykę proeuropejską, przewidywalną i w miarę sensowną, co w tej okolicy świata kwalifikuje go niemal do nagrody Nobla z kategorii “próba zachowania powagi w cyrku”. I co dostaje w zamian? Telefon, który zamiast do niego, trafia do nowego prezydenta, Karola Nawrockiego. Tusk zresztą zachował się z klasą – nie obraził się, nie rzucił krzesłem, nie ogłosił dymisji przez X. Po prostu – poprosił o spotkanie z prezydentem. Czyli zrobił coś, co normalnie w polityce nie istnieje: zachował się jak dorosły człowiek.
PRZEKAZ DNIA: UŚMIECHAJ SIĘ DO TRUMPA, MOŻE ODDZWONI
Karol Nawrocki dostał od losu (i ambasady USA) prezent: bezpośredni kontakt z Donaldem Trumpem, który przy całym swoim nonsensie i wiecznym zdziwieniu światem nadal rozdaje polityczne karty. Nawrocki – choć ledwo co wprowadził się do Pałacu – już sięga po pionki z planszy Tuska. Przekonuje, że jego wizja Ukrainy jest „bardziej realistyczna”, czyli mniej entuzjastyczna i bardziej kompatybilna z poglądem Trumpa, że wojna to kosztowny kłopot, który można rozwiązać handlowo – jakby chodziło o nieruchomość w Miami, a nie suwerenne państwo.
Trump, jak wiadomo, ma pamięć do dwóch rzeczy: kto go obraził i kto go chwali. Tusk, niestety, w 2018 roku popełnił błąd mówienia prawdy – że Trump powinien szanować sojuszników. No i teraz… karma wraca, jak niezapłacony rachunek z Trump Tower.
UKRAINA JAK ŻETON W ROZGRYWCE WIELKICH
Złudne są nadzieje, że politykę wobec Ukrainy da się prowadzić w dwóch równoległych narracjach: jedna z Brukselą, druga z Waszyngtonem. To nie Netflix – tu nie ma opcji „oglądaj równolegle na dwóch ekranach”. Obóz Tuska wspiera Zełenskiego i opowiada się za pełnym członkostwem Ukrainy w NATO i UE. Obóz prezydencki flirtuje z koncepcją „zamrożenia konfliktu” i „zachowania dystansu”. Zestawienie tych dwóch podejść prowadzi do chaosu, który nie jest już dyplomacją wielotorową, tylko jazdą po pijaku po mapie geopolitycznej.
W efekcie Ukraina coraz częściej słyszy o sobie, zamiast uczestniczyć w rozmowach. Spotkanie Trump–Putin na Alasce było tego idealnym symbolem: dwóch panów rozmawiających o pokoju, który nie należy do nich. Gdyby nie było to takie poważne, można by uznać, że to reboot Jałty – tylko tym razem z mniejszymi kompetencjami i większym ego.
KOORDYNACJA CZY KOZIOŁ OFIARNY?
Tusk w tej układance wygląda jak ktoś, kto próbuje grać w szachy, ale przeciwnicy bez przerwy podmieniają mu bierki na plastikowe figurki z Kinder Niespodzianki. Gdy wybucha afera z dotacjami z KPO – wszyscy biegną do niego z ogniem w oczach. Gdy Trump dzwoni, Nawrocki odbiera. Gdy trzeba koordynować politykę zagraniczną – mówi się o „współpracy”, a potem rozdaje nominacje jak cukierki przed wyborami. W tym wszystkim Tusk staje się głosem rozsądku w chaotycznym chórze solistów – i właśnie dlatego jego polityka, choć nieefektowna, jest skuteczna. Jak aspiryna: nie pachnie, nie błyszczy, ale działa.
PREZYDENCKIE KARTY, GENERAŁOWIE I WYCISZENI DYREKTORZY
Oczywiście w tle trwa klasyczna gra o wpływy: BBN rozgrywa swoje nominacje, wojsko dostaje generałów, Macierewicz – swojego człowieka w pałacowej kuchni. A premier? Próbuje nie spaść z roweru, którym jedzie po linie, zawieszonej między potrzebą spójności a koalicją rozdartą między Hołownią a potrzebą PR-owych korekt.
Na koniec dnia, najbardziej gorzkie zdanie nie padło w żadnym komunikacie prasowym. Najbardziej bolesne jest to, że Ukraina – prawdziwa ofiara tej wojny – coraz częściej służy za tło dla personalnych ambicji, politycznych gierek i prób zadowolenia wyborców, którzy chcą „normalności”, czyli świętego spokoju bez odpowiedzialności.
PUENTA, KTÓREJ NIKT NIE ZAMAWIAŁ, ALE WSZYSCY POTRZEBUJĄ
Kiedy jeden Donald wycina drugiego, a trzeci rozdaje role, trudno nie mieć wrażenia, że świat znowu przesiadł się do politycznego escape roomu. Tylko że zagadki są głupsze, wyjście zabarykadowane, a prowadzący mówi przez megafon: „Dalej! Macie 30 minut, zanim wszystko się zawali”.
I w tym wszystkim – cichy, cierpliwy Donald Tusk próbuje trzymać kierownicę, podczas gdy reszta pasażerów rzuca się po kabinie, bawiąc się klaksonem i otwierając drzwi w trakcie jazdy.
Chwała mu za to. Bo ktoś musi próbować.

Dodaj komentarz