DOM SPOKOJNEJ STAROŚCI IM. JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO

Warszawa

Czyli wielka wojna maślarzy, harcerzy i ludzi, którzy od lat krzyczą „jedność!” trzymając nóż za plecami

W PiS wydarzyło się coś absolutnie szokującego. Politycy tej partii pokłócili się publicznie.

Tak, wiem. Trudno uwierzyć. Dotąd przecież panowała tam atmosfera buddyjskiego klasztoru połączonego z chórem gregoriańskim. Nigdy żadnych sporów, żadnych intryg, żadnego lizania klamek przed gabinetem prezesa. Sama miłość, pokora i chrześcijańskie wartości. Aż tu nagle — jak donoszą media — wyjazdowy klub PiS zamienił się w coś pomiędzy rozwodem milionerów a walką kogutów transmitowaną przez TV Republika. 

Jarosław Kaczyński wywiózł posłów autokarami pod Warszawę niczym kierownik kolonii dla sfrustrowanych czterdziesto- i pięćdziesięciolatków, którzy od miesięcy próbują sobie wydrapać oczy przy pomocy przecieków do mediów.

I tam się zaczęło.

Morawiecki miał być blady. Czarnek miał krzyczeć. Witek miała moralizować. A Kaczyński — według relacji uczestników — przemawiał jak zmęczony patriarcha rodu, który właśnie odkrył, że dzieci próbują podzielić majątek jeszcze przed pogrzebem.  Wszystko rozbiło się o… stowarzyszenie. Tak. Nie o program. Nie o wizję państwa. Nie o gospodarkę. Nie o bezpieczeństwo. O stowarzyszenie!

W normalnej partii politycznej powstanie think tanku czy środowiska programowego oznacza zwykle próbę dyskusji o przyszłości. W PiS oznacza próbę pałacowego przewrotu. Jarosław Kaczyński podobno użył wobec inicjatywy Morawieckiego słowa „zamrozić”. To cudowne słowo. Brzmi trochę jak decyzja sanepidu dotycząca kebaba i trochę jak komunikat z Kremla.

— Albo stowarzyszenie, albo Polska. To zdanie przejdzie do historii politycznej groteski. Wyobrażam sobie tę dramatyczną scenę. Polska stoi nad przepaścią. Inflacja. Wojna za granicą. Kryzys geopolityczny. Rozchwiana gospodarka. A Kaczyński z twarzą człowieka walczącego o los cywilizacji mówi:

— Mateusz, oddaj stowarzyszenie.

Cały dramat PiS polega dziś na tym, że partia zaczyna przypominać rodzinny dom opieki, w którym wszyscy już wiedzą, że senior rodu traci kontrolę nad sytuacją, ale nadal boją się powiedzieć to głośno, bo jeszcze wyrzuci ich z testamentu.

Morawiecki wygląda dziś jak były pracownik korporacji, który uwierzył, że po latach donoszenia kawy prezesowi naprawdę zostanie następcą tronu. Tymczasem Kaczyński potraktował go dokładnie tak, jak zawsze traktuje ludzi, którzy zaczynają wierzyć we własną podmiotowość. Czyli jak zagrożenie biologiczne. To zresztą odwieczny mechanizm w PiS.

Partia Kaczyńskiego działa według zasad bardzo starego dworu. Można mieć ambicje. Ale tylko takie, które podobają się prezesowi. Można mieć pomysły. Ale najlepiej identyczne z jego pomysłami. Można mieć charakter. Ale wyłącznie w godzinach nieurzędowych.

I wtedy na scenę wchodzi Przemysław Czarnek. Człowiek, który wygląda i mówi tak, jakby codziennie rano budził się z gotowością do wojny kulturowej z wszystkim, co ma puls, doktorat albo hulajnogę elektryczną. Według relacji miał podnosić głos i oskarżać Morawieckiego o realizowanie „scenariusza Tuska”. 

To w ogóle fascynujące, jak w PiS działa logika zdrady. Jeśli ktoś myśli samodzielnie dłużej niż pięć minut, natychmiast staje się agentem Tuska. Gdyby jutro Morawiecki powiedział, że warto pić wodę, Czarnek prawdopodobnie oskarżyłby go o realizowanie niemieckiego planu osłabienia polskiego mleczarstwa.

Czarnek jest zresztą politykiem idealnym dla obecnego PiS. Ma energię człowieka, który przez całe życie kłócił się z internetem. To kandydat na premiera, który sprawia wrażenie, jakby każdą debatę zaczynał od zdania:

— A teraz państwu wyjaśnię, dlaczego średniowiecze miało jednak swoje zalety.

I właśnie ten człowiek ma dziś ratować PiS przed odpływem młodych wyborców. To mniej więcej tak, jakby ratować Titanika przy pomocy wykładu o wyższości kotwicy nad GPS-em.

Wszyscy w PiS nadal udają, iż chodzi o „jedność”. Kaczyński nawołuje do jedności. Witek nawołuje do jedności. Czarnek nawołuje do jedności. Wygląda to trochę jak terapia małżeńska prowadzona przez ludzi rzucających w siebie talerzami.

Elżbieta Witek podobno wygłosiła przemówienie o lojalności wobec prezesa i przypominała Morawieckiemu, że Beata Szydło potrafiła ustąpić.

To zresztą bardzo charakterystyczne dla PiS. Partia od lat funkcjonuje jak korporacja motywacyjna prowadzona przez feudalnego księcia. Lojalność jest tam ważniejsza od kompetencji. Pokora ważniejsza od talentu. A największym marzeniem polityka pozostaje umrzeć politycznie dokładnie wtedy, kiedy życzy sobie tego prezes.

W tle całej tej awantury unosi się jeszcze duch Zbigniewa Ziobry, który — według medialnych doniesień — uciekł z Węgier do USA i którego Kaczyński kazał publicznie bronić.  To już jest poziom absurdu, którego nie powstydziłby się Bareja po trzech energetykach.

Partia, która przez lata opowiadała o twardym państwie, odpowiedzialności i walce z elitami, dziś tłumaczy własnych polityków uciekających przed wymiarem sprawiedliwości. Brakuje tylko konferencji prasowej, na której ktoś powie:

— Zbigniew Ziobro nie uciekł. On odbywa patriotyczną delegację zagraniczną.

Najbardziej fascynujące jest jednak coś innego. Jeszcze kilka lat temu taki bunt w PiS byłby niemożliwy. Kaczyński trzymał partię żelazną ręką. Politycy bali się kaszlnąć bez zgody Nowogrodzkiej. A dziś?Dziś Morawiecki otwarcie mówi, że „nie da się wypchnąć”. Media rozpisują się o możliwym rozłamie. Eksperci mówią o kryzysie przywództwa. A sam Kaczyński coraz częściej przypomina cesarza, który jeszcze siedzi na tronie, ale połowa dworu już po cichu mierzy zasłony do własnego gabinetu.

I może właśnie dlatego ten cały spektakl jest tak komiczny, bo PiS przez lata budował własny mit partii żelaznej dyscypliny. Partii patriotycznej. Partii wartości. Partii wielkiej historycznej misji. A dziś wygląda jak skłócona spółdzielnia mieszkaniowa walcząca o pilota do telewizora.

Morawiecki chce być nowoczesny. Czarnek chce być ideologiczny. Ziobryści chcą przetrwać. Kaczyński chce zatrzymać czas. A wyborcy prawicy patrzą na to wszystko jak pasażerowie autobusu, którzy nagle odkryli, że kierowca i mechanik biją się o kierownicę podczas jazdy.

PiS nadal wierzy, iż odzyska władzę. Partia po ośmiu latach rządów, dziesiątkach afer, wojnach frakcyjnych i wewnętrznym kabarecie nadal zachowuje się tak, jakby była ostatnią nadzieją narodu. Tymczasem coraz bardziej przypomina grupę ludzi zamkniętych w escape roomie, którzy od trzech godzin nie potrafią znaleźć klucza, ale są przekonani, że to wina Tuska.

I może właśnie dlatego ta historia jest jednocześnie śmieszna i smutna. PiS od dawna nie wygląda już jak partia przyszłości. Wygląda jak polityczny dom wczasowy dla ludzi, którzy nie zauważyli, że świat poszedł dalej. Teraz siedzą pod Warszawą, kłócą się o stowarzyszenia i próbują przekonać samych siebie, że nadal kontrolują sytuację.

Trochę jak orkiestra na Titanicu, tylko bardziej obrażona. I znacznie głośniejsza, czyli klasyczna polska prawica: dużo patriotyzmu, mało terapii grupowej.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights