DEMOKRACJA W CZASACH LUDZI, KTÓRZY CHCIELIBY MIEĆ WŁASNĄ GILOTYNĘ

Warszawa

Wiosna przyszła do Polski jak urzędnik skarbówki do baru mlecznego. Niby zrobiło się jaśniej, niby drzewa puściły pąki, niby ludzie zaczęli siedzieć na ławkach z kawą w papierowych kubkach, ale pod tym całym ciepłem nadal czuć było dziwny chłód. Taki polityczny przeciąg. Jakby ktoś zostawił otwarte drzwi do piwnicy pełnej starych lęków, narodowych uraz i internetowych krzykaczy, którzy marzą o silnym państwie pod warunkiem, że będzie ono waliło pałką wyłącznie sąsiada.

Polska od kilku lat żyje bowiem w osobliwym eksperymencie psychologicznym. Miliony ludzi codziennie deklarują miłość do demokracji, po czym natychmiast dodają, że demokracja byłaby jeszcze lepsza, gdyby zamknąć mordy połowie obywateli, wyrzucić niezależnych sędziów przez okno i pozwolić jakiemuś surowemu ojcu narodu walić pięścią w stół jak kierownik kolonii karnej po awarii kotleta.

Nowe badania opisujące stosunek Polaków, Hiszpanów i Brytyjczyków do demokracji są fascynujące właśnie dlatego, że pokazują rzecz bardzo niewygodną. Liberalna demokracja wcale nie umiera od wielkiego wybuchu. Nie przyjeżdża po nią czołg. Nie spada z nieba czarna flaga. Ona rozpuszcza się powoli. Jak tabletka aspiryny wrzucona do szklanki pełnej frustracji, polaryzacji i internetowego bełkotu.

Najciekawsze jest to, że większość ludzi nadal uważa wolne wybory, prawa obywatelskie i wolność za coś ważnego. Problem polega na tym, że coraz mniej osób rozumie, po co te wszystkie zabezpieczenia istnieją. Demokracja zaczyna być traktowana jak stary dom po dziadkach. Ludzie lubią salon i balkon, ale ściany nośne wydają im się zbędnym wymysłem architektów.

I oto nagle okazuje się, że młodzi Polacy — wychowani już po komunizmie, karmieni Netflixem, TikTokiem i wiecznym wrzaskiem politycznych influencerów — coraz słabiej odróżniają demokrację od jej karykatury. Nie dlatego, że wszyscy marzą o dyktaturze. To byłoby nawet prostsze. Oni po prostu coraz częściej traktują wolność jak aplikację w telefonie. Ma działać szybko, wygodnie i bez irytujących regulaminów. A jeśli nie działa, to może trzeba ją usunąć i zainstalować coś bardziej radykalnego.

To jest zresztą największy paradoks współczesnej Polski. Pokolenie, które nie zaznało cenzury, milicji i strachu przed państwem, coraz częściej flirtuje z politycznymi hochsztaplerami opowiadającymi o „silnym przywództwie”. Człowiek patrzy na tych chłopców z Konfederacji, tych internetowych libertarian od siedmiu podatków i jednego neuronu, i ma wrażenie, że obserwuje ludzi zachwyconych własnym odbiciem w szybie autobusu. Mentzen opowiada im bajki o prostym świecie bez ograniczeń, Bosak wygląda jak starszy prefekt z katolickiego internatu, a Braun sprawia wrażenie człowieka, który najchętniej cofnąłby Polskę do epoki świec, szabel i publicznego palenia astronomów.

PiS przez lata robił dokładnie to samo, tylko w bardziej cepowatym wydaniu. Kaczyński zbudował politykę opartą na najstarszym paliwie świata — strachu. Straszył Niemcami, uchodźcami, gejami, Brukselą, Tuskiem, rowerzystami i prawdopodobnie także hydrologami. Każdy dzień jego politycznej działalności przypominał komunikat proboszcza ostrzegającego przed szatanem ukrytym w dekoderze telewizji kablowej.

I właśnie dlatego tak ważny pozostaje dziś spór o praworządność, sądy i granice demokracji. Bo PiS przez osiem lat próbował wmówić obywatelom, że skoro wygrał wybory, to może zrobić wszystko. Że większość parlamentarna jest czymś w rodzaju średniowiecznego glejtu pozwalającego wymieniać sędziów, podporządkowywać media i traktować konstytucję jak ulotkę z marketu budowlanego.

Tymczasem liberalna demokracja działa dokładnie odwrotnie. Ona nie została wymyślona po to, żeby większość mogła robić wszystko. Została wymyślana właśnie po to, żeby większość nie mogła robić wszystkiego. To system bezpieczników. Hamulców. Ograniczeń. Bo historia Europy nauczyła ludzi jednej bardzo brutalnej prawdy — tłum bywa równie niebezpieczny jak tyran.

Dlatego tak śmiesznie brzmią dziś zawodzenia polityków PiS, którzy opowiadają o „łamaniu demokracji”, kiedy obecna władza próbuje odkręcać ich własne polityczne majsterkowanie przy państwie. To trochę tak, jakby złodziej samochodów skarżył się policji, że ktoś naruszył jego prawo do prowadzenia cudzej toyoty.

Donald Tusk, ze swoim chłodnym pragmatyzmem starego lisa z brukselskiego lasu, doskonale rozumie, że stawką nie jest dziś już tylko kolejny sondaż. Chodzi o odbudowanie samego pojęcia państwa. O przywrócenie sytuacji, w której obywatel nie musi codziennie sprawdzać, czy kolejny minister nie wpadł właśnie na pomysł podporządkowania sobie sądu, telewizji albo prognozy pogody.

Ale problem jest głębszy. Bo demokracja liberalna przegrywa dziś nie tylko z populistami. Ona przegrywa także z ludzkim zmęczeniem. Ludzie są wyczerpani ciągłym konfliktem. Inflacją emocji. Krzykiem. Smartfonowym obłędem. Chcieliby prostych odpowiedzi. A prostych odpowiedzi zawsze najwięcej mają polityczni kuglarze.

Dlatego młodzi ludzie coraz częściej mówią: „może potrzebny jest ktoś, kto zrobi porządek”. To zdanie brzmi niewinnie. Tak samo niewinnie brzmi zdanie „może trzeba ograniczyć trochę wolności dla bezpieczeństwa”. Historia Europy pokazuje jednak, że właśnie od takich zdań zaczynają się później bardzo ciemne rozdziały.

Najbardziej ironiczne jest to, że demokrację najczęściej niszczą ludzie przekonani, że jej bronią. Trump wrzeszczał o wolności, a zachowywał się jak obrażony cesarz kasyna w Atlantic City. Orbán mówi o narodzie, a buduje system dla swoich oligarchów. Putin opowiada o tradycji, podczas gdy jego państwo przypomina już bardziej mafijny bunkier niż cywilizowane mocarstwo.

A Polska stoi dziś gdzieś pomiędzy. Nadal po europejskiej stronie stołu. Nadal z niezależnymi mediami, wyborami i społeczeństwem obywatelskim. Ale jednocześnie z ogromną grupą ludzi, którzy coraz słabiej rozumieją, po co właściwie istnieją te wszystkie nudne instytucje, procedury i ograniczenia.

Bo demokracja liberalna jest nudna. I to jest jej największa wada marketingowa. Nie ma w niej wodza na koniu. Nie ma pochodni. Nie ma dramatycznych przemówień z balkonów. Jest za to niezależny sąd, rzecznik praw obywatelskich i komisja licząca głosy do trzeciej nad ranem. Czyli rzeczy śmiertelnie nieatrakcyjne dla człowieka wychowanego na polityce robionej jak gala freak fightów.

A jednak właśnie te nudne instytucje oddzielają Europę od świata, w którym o wszystkim decyduje siła, krzyk i strach. I może warto o tym pamiętać właśnie teraz, kiedy tyle osób marzy o silnej ręce. Bo silna ręka bardzo rzadko kończy na poklepaniu obywatela po ramieniu. Zwykle wcześniej czy później zaczyna go dusić.

Wieczorem miasta znów cichną. Tramwaje jadą przez mokre ulice. Ludzie wracają z pracy zmęczeni własnym życiem i własnym krajem. W oknach świecą telewizory. W internecie trwa kolejna awantura o wszystko. A demokracja siedzi gdzieś pośrodku tego hałasu jak stary, cierpliwy dozorca kamienicy. Trochę zmęczony. Trochę zrezygnowany. Ale nadal pilnujący, żeby lokatorzy nie spalili budynku podczas kolejnej narodowej kłótni o to, kto ma prawo trzymać zapałki.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights