
Polska od blisko dwóch lat przypomina kamienicę po wyjątkowo złośliwym lokatorze. Wyprowadził się, ale zanim oddał klucze, zalał betonem zamki, poprzyklejał meble do podłogi, przeciął przewody elektryczne i zostawił kartkę z niewinnym napisem: „Powodzenia z przywracaniem normalności”. Nowi gospodarze weszli do środka z entuzjazmem ludzi przekonanych, że wystarczy otworzyć okna, przewietrzyć mieszkanie i nastawić kawę. Bardzo szybko odkryli, że remont państwa nie przypomina programu telewizyjnego, w którym po godzinie ekipa uśmiechniętych fachowców odsłania odnowiony salon. Bardziej przypomina próbę naprawienia silnika samolotu podczas lotu, kiedy pasażerowie siedzą już zapięci w fotelach, stewardesy rozdają kawę, a połowa załogi uważa, że najlepiej byłoby jednak wrócić do poprzedniego mechanika.
Jesienią 2023 roku wydawało się, że wszystko jest proste. Frekwencja przekroczyła 74 procent – najwyższa od 1989 roku – a trzy partie demokratycznej opozycji zdobyły łącznie ponad 53 procent głosów. W Europie otwierano szampany. Polska miała wrócić do liberalnej demokracji, praworządności, europejskiego mainstreamu i wszystkich tych pięknych słów, które świetnie wyglądają w przemówieniach i fatalnie w instrukcji obsługi państwa. Donald Tusk odbierał nagrody za przywracanie demokracji jeszcze zanim zdążył ją przywrócić, Komisja Europejska odblokowała miliardy euro z KPO, zachodnie media pisały o „powrocie Polski do Europy”, a liberalni komentatorzy od Lizbony po Helsinki zachowywali się tak, jakby właśnie odnaleziono lekarstwo na populizm.
Problem polegał na tym, że wybory zmieniły rząd, ale nie zmieniły państwa. To dwie zupełnie różne rzeczy. Można wymienić premiera szybciej niż prezesa telewizji publicznej, prokuratora krajowego, sędziów Trybunału Konstytucyjnego, członków Krajowej Rady Sądownictwa czy prezydenta dysponującego wetem. W Polsce po 2023 roku powstała sytuacja niemal podręcznikowa. Parlament należał do nowej większości, ale ogromna część instytucji nadal funkcjonowała według reguł ustanowionych przez poprzednią władzę. W efekcie nowy rząd dostał samochód z nowymi tablicami rejestracyjnymi, lecz pod maską nadal pracował silnik skonstruowany przez poprzedniego właściciela.
Każdy rząd próbujący naprawić demokrację po okresie jej demontażu może wybrać najwyżej dwa z trzech celów. Może działać szybko i skutecznie, lecz wtedy ryzykuje łamanie procedur. Może działać skutecznie i zgodnie z prawem, ale będzie to trwało latami. Albo może działać szybko i legalnie, lecz efekty okażą się symboliczne. Innymi słowy – można mieć szybkość, legalność albo skuteczność, ale kompletu nikt nie sprzedaje. To trochę jak w biurze podróży: tanio, wygodnie i egzotycznie jednocześnie nie istnieje. Zawsze ktoś dopisuje małym drukiem, że lot odbywa się z przesiadką w Mińsku, a hotel znajduje się osiem kilometrów od morza.
Donald Tusk wybrał drogę środka, która w polityce zazwyczaj okazuje się najgorsza. Chciał pokazać zdecydowanie, ale jednocześnie nie chciał zostać oskarżony o stosowanie metod PiS. Dlatego już po kilkunastu dniach od objęcia władzy zdecydowano o błyskawicznej wymianie władz mediów publicznych. Z politycznego punktu widzenia trudno było się dziwić. TVP w ostatnich latach przestała być telewizją publiczną, a stała się całodobowym kanałem partyjnym, którego głównym zadaniem było przekonywanie widzów, że opozycja składa się z agentów Berlina, Brukseli, Moskwy i zapewne również Atlantydy. Jednak sposób przejęcia mediów wywołał natychmiastowy spór prawny. Nawet Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która przez lata należała do najostrzejszych krytyków PiS, zgłaszała poważne wątpliwości dotyczące zastosowanych metod. Sąd rejestrowy zakwestionował część decyzji ministra kultury. Rząd znalazł więc rozwiązanie, wprowadzając spółki mediów publicznych w stan likwidacji. Cel został osiągnięty, lecz pytanie o procedurę pozostało.
I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy dramat liberalnej demokracji. Bo jeśli demokraci zaczynają tłumaczyć, że tym razem procedury można nagiąć dla dobra demokracji, to mimowolnie korzystają z argumentów, które jeszcze chwilę wcześniej uznawali za śmiertelnie niebezpieczne. Oczywiście różnica między PiS a obecnym rządem pozostaje zasadnicza. Jedni chcieli podporządkować instytucje państwa swojej trwałej dominacji politycznej, drudzy próbują odwrócić skutki tamtych działań. Intencje są więc odmienne. Problem polega na tym, że instytucje nie potrafią czytać intencji. Prawo nie rozpoznaje dobrych chęci. Procedura nie pyta, kto jest sympatyczniejszy. Albo obowiązuje wszystkich, albo wcześniej czy później przestaje obowiązywać kogokolwiek.
Historia demokracji pełna jest takich chwil, kiedy ludzie przekonani o własnej moralnej racji dochodzili do wniosku, że zasady można zawiesić tylko na moment. Kłopot polega na tym, że w polityce prowizorki mają wyjątkową zdolność zamieniania się w trwały system. Każda kolejna władza z zachwytem odkrywa bowiem, że skoro poprzednicy mogli zrobić wyjątek, to dlaczego ona miałaby być gorsza.
Jest w tym wszystkim pewna przewrotna ironia, której autorzy opracowania nie wypowiadają wprost, ale która przebija z każdej strony tekstu. Donald Tusk wygrał wybory jako człowiek, który miał przywrócić państwo prawa. Nie obiecywał przecież nowej rewolucji, tylko koniec rewolucji. Zapowiadał powrót do normalności, odbudowę instytucji, naprawę mechanizmów demokratycznych i zakończenie epoki, w której polityczna większość uznawała, że skoro wygrała wybory, to wygrała również Konstytucję. Problem polega na tym, że kiedy wszedł do tego państwa, zastał je w takim stanie, jak hydraulik zastaje mieszkanie po amatorze remontów oglądającym filmiki na YouTubie. Formalnie wszystko istnieje: rury są, przewody są, ściany stoją. Tyle tylko, że odkręcenie zimnej wody powoduje zwarcie w instalacji elektrycznej, a włączenie światła uruchamia spłuczkę.
Przez osiem lat PiS konsekwentnie przebudowywał instytucje państwa według własnej logiki politycznej. Trybunał Konstytucyjny utracił autorytet arbitra i stał się uczestnikiem politycznego sporu. Krajowa Rada Sądownictwa została zakwestionowana przez europejskie trybunały. W Sądzie Najwyższym pojawiły się izby, których legalność była podważana przez inne sądy. W mediach publicznych propaganda osiągnęła skalę niespotykaną od czasów, gdy Dziennik Telewizyjny tłumaczył obywatelom, że ocet jest przejawem dobrobytu, a kolejki przed sklepami świadczą o sukcesie gospodarczym. Państwo zaczęło przypominać organizm, który formalnie żyje, ale poszczególne narządy przestały ze sobą współpracować.
I właśnie wtedy okazało się, że odbudowa demokracji jest znacznie trudniejsza niż jej psucie.
Liberalna demokracja posiada bowiem pewną wadę konstrukcyjną – jest skomplikowana. Opiera się na procedurach, wzajemnej kontroli, cierpliwości i kompromisie. Autorytaryzm takich problemów nie ma. On działa szybko. Nie prowadzi wielomiesięcznych konsultacji. Nie zastanawia się, czy wypada. Po prostu podejmuje decyzję. Demokracja przypomina chirurga operującego z mikroskopem. Populizm działa jak drwal z piłą spalinową. Efekt osiąga szybciej, choć zwykle zostawia po sobie znacznie większy bałagan.
Donald Tusk bardzo szybko przekonał się, że nie istnieje magiczny przycisk z napisem „przywróć ustawienia fabryczne państwa”. Kiedy jego rząd postanowił przejąć media publiczne, wykorzystano przepisy Kodeksu spółek handlowych. Gdy odwoływano kierownictwo prokuratury, również sięgnięto po rozwiązania, które część konstytucjonalistów uznała za co najmniej dyskusyjne. Zwolennicy rządu odpowiadali, że nie było innego wyjścia. Przeciwnicy twierdzili, że właśnie oglądają powtórkę metod, przeciwko którym jeszcze kilka miesięcy wcześniej protestowano na ulicach.
I tutaj pojawia się najniebezpieczniejszy moment.
Bo jeżeli uznajemy, że wyjątkowa sytuacja usprawiedliwia wyjątkowe środki, to natychmiast trzeba odpowiedzieć na pytanie, kto będzie decydował, kiedy sytuacja przestaje być wyjątkowa. Historia uczy, że politycy wyjątkowo niechętnie oddają instrumenty, które raz uznali za konieczne. Carl Schmitt, ulubiony filozof wszystkich autokratów XX wieku, twierdził, że suwerenem jest ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym. Problem polega na tym, że stan wyjątkowy bywa dla władzy równie uzależniający jak władza sama.
Badania opinii publicznej wskazują, że znaczna część wyborców Koalicji Obywatelskiej zaakceptowałaby działania balansujące na granicy prawa, jeśli tylko prowadziłyby do szybkiego rozliczenia PiS. Ponad połowa badanych nie miała większych zastrzeżeń do sposobu przejęcia mediów publicznych, mimo że wielu prawników zgłaszało poważne wątpliwości konstytucyjne. To oznacza, że nawet elektorat deklarujący przywiązanie do praworządności zaczyna uznawać, iż czasami prawo może zostać odłożone na chwilę do szuflady, byle tylko osiągnąć polityczny cel.
To jest właśnie moment, w którym demokracja zaczyna przegrywać.
Nie dlatego, że wygrywają populiści. Oni zawsze będą istnieć. Demokracja zaczyna przegrywać wtedy, gdy demokraci dochodzą do wniosku, że skoro przeciwnik faulował przez osiem lat, to oni również mogą przez chwilę grać łokciami. Sędzia historii nie zapisuje, kto zaczął. Zapisuje jedynie, że wszyscy przestali przestrzegać zasad.
Dlatego zwycięstwo Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich nie jest wyłącznie osobistą porażką Rafała Trzaskowskiego ani politycznym niepowodzeniem Donalda Tuska. Jest przede wszystkim sygnałem, że cierpliwość wyborców ma swoje granice. W październiku 2023 roku rekordowa frekwencja była wyrazem ogromnej nadziei. W czerwcu 2025 roku wielu tych samych ludzi zaczęło zadawać pytanie, którego politycy nie znoszą najbardziej: „No dobrze, ale co właściwie się zmieniło?”. Wyborca nie analizuje subtelnych sporów konstytucyjnych ani nie śledzi debat o legalności poszczególnych uchwał. On widzi, czy państwo działa sprawniej, czy sądy orzekają szybciej, czy urzędy funkcjonują lepiej i czy obietnice zaczynają zamieniać się w rzeczywistość. Jeżeli zamiast efektów słyszy kolejne wyjaśnienia, że sytuacja jest skomplikowana, prędzej czy później zaczyna szukać kogoś, kto obieca rozwiązania prostsze.
Na tym polega największe zwycięstwo populizmu. Nie wtedy, kiedy populiści wygrywają wybory. Oni wybory raz wygrywają, raz przegrywają – taka jest natura demokracji. Ich prawdziwy triumf następuje dopiero wtedy, gdy wszyscy pozostali zaczynają grać według narzuconych przez nich reguł. Kiedy kolejne ekipy uznają, że instytucje są tylko przeszkodą, procedury zbędnym luksusem, a prawo elastycznym narzędziem do realizacji słusznych celów. Wtedy zmieniają się już nie rządy. Zmienia się filozofia państwa.
I być może właśnie dlatego ten tekst nie jest wyłącznie analizą Polski. Jest ostrzeżeniem dla całej Europy. Liberalnej demokracji nie zabija pojedynczy zamach stanu. Zabija ją tysiąc drobnych wyjątków od reguły. Jedna ustawa podpisana „na szybko”. Jedna procedura pominięta „tym razem”. Jeden precedens uzasadniony „wyjątkowymi okolicznościami”. Potem drugi. Trzeci. Dziesiąty. W końcu wszyscy przestają pamiętać, gdzie właściwie przebiegała granica, której przecież nigdy nie wolno było przekroczyć.
A demokracja? Ona nie umiera z hukiem. Nie wychodzi z gmachu parlamentu trzaskając drzwiami. Umiera po cichu, niemal niezauważalnie, wśród coraz liczniejszych wyjątków od własnych zasad. I to jest chyba najbardziej gorzka lekcja polskiej polityki ostatniej dekady.
Na tym tle pojawia się nowy prezydent i wszystko staje się jeszcze bardziej skomplikowane. Nie dlatego, że prezydent ma w Polsce władzę większą niż premier. Nie ma. Polski ustrój nie jest systemem prezydenckim, lecz parlamentarno-gabinetowym. Prezydent dysponuje jednak instrumentem, który w czasach głębokiej polaryzacji urasta do rangi politycznej broni masowego rażenia. Tym instrumentem jest weto.
Konstytucja przewiduje je jako bezpiecznik. Ma chronić państwo przed pochopnym stanowieniem prawa i zmuszać większość parlamentarną do szukania kompromisu. W normalnie funkcjonującej demokracji prezydent korzysta z niego wtedy, gdy rzeczywiście uważa, że ustawa narusza konstytucję, interes państwa albo prawa obywateli. W atmosferze permanentnej wojny politycznej weto przestaje jednak być wyjątkiem. Zaczyna pełnić funkcję politycznej zapory, której celem jest nie tyle poprawianie prawa, ile uniemożliwianie przeciwnikom realizacji programu.
Karol Nawrocki jeszcze przed objęciem urzędu nie ukrywał, że zamierza być prezydentem bardzo aktywnym i konsekwentnie przeciwstawiającym się rządowi Donalda Tuska. Z punktu widzenia demokracji nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Prezydent ma prawo reprezentować własną wizję państwa. Problem zaczyna się wtedy, gdy logika współpracy zostaje całkowicie wyparta przez logikę politycznej konfrontacji, a każda decyzja rządu staje się automatycznie decyzją wymagającą zablokowania.
To oznacza, że Polska może wejść w okres przypominający nie tyle współrządzenie dwóch ośrodków władzy, ile nieustanny mecz, w którym jedna drużyna nie próbuje już strzelać bramek, lecz przede wszystkim uniemożliwić grę przeciwnikowi. Obywatele bardzo szybko przestają wtedy odróżniać, kto za co odpowiada. Widzą tylko, że państwo porusza się coraz wolniej.
W ostatnich miesiącach widać było również coś jeszcze bardziej niepokojącego. Coraz częściej pojawiały się sugestie, że prezydent powinien odgrywać rolę nie tylko strażnika konstytucji, ale wręcz głównego ośrodka kierowania polityką państwa. Tymczasem polska Konstytucja nie pozostawia w tej kwestii większych wątpliwości. To Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną państwa, odpowiada za administrację i ponosi odpowiedzialność przed parlamentem. Prezydent posiada ważne prerogatywy, ale nie zastępuje rządu. Nie tworzy własnego gabinetu cieni. Nie kieruje ministrami. Nie jest politycznym nadpremierem.
To rozróżnienie wydaje się dziś banalne, ale właśnie ono stanowi fundament ustroju III Rzeczypospolitej. Każda próba przesuwania środka ciężkości wyłącznie dlatego, że aktualny układ polityczny komuś nie odpowiada, prowadzi do erozji konstytucyjnych reguł. Konstytucja nie jest bowiem menu, z którego wybiera się przepisy odpowiadające bieżącej sytuacji politycznej.
Donald Tusk znalazł się więc w położeniu wyjątkowo niewdzięcznym. Z jednej strony ciąży na nim odpowiedzialność za naprawę państwa pozostawionego po ośmiu latach głębokich zmian instytucjonalnych. Z drugiej – każda większa reforma może zostać zatrzymana przez prezydenckie weto. Trudno odbudowywać sądownictwo, media publiczne czy prokuraturę, kiedy wiadomo, że ostatni podpis może nigdy nie zostać złożony.
Łatwo powiedzieć: „niech rządzi skuteczniej”. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, jak rządzić skutecznie wtedy, gdy większość parlamentarna nie dysponuje większością pozwalającą odrzucać prezydenckie weta. Konstytucja wymaga do tego trzech piątych głosów w Sejmie. Koalicja rządząca takiej większości nie posiada. Każde weto może więc oznaczać definitywny koniec wielomiesięcznej pracy legislacyjnej.
To oczywiście nie oznacza, że rząd jest zwolniony z odpowiedzialności. Donald Tusk będzie rozliczany z efektów, a nie z trudności. Tak działa demokracja. Wyborcy nie wystawiają ocen za stopień skomplikowania zadania. Interesuje ich rezultat. Problem polega na tym, że rezultat zależy dziś od współdziałania instytucji, które coraz częściej traktują się jak przeciwnicy, a nie elementy jednego państwa.
Największym paradoksem współczesnej Polski jest więc to, że niemal wszyscy deklarują przywiązanie do Konstytucji, a jednocześnie niemal wszyscy próbują odczytywać ją w sposób maksymalnie korzystny dla własnego obozu politycznego. Konstytucja staje się narzędziem walki zamiast wspólnego zbioru reguł. A przecież sens ustawy zasadniczej polega właśnie na tym, że obowiązuje także wtedy, gdy akurat utrudnia realizację naszych politycznych marzeń.
Może właśnie dlatego największym zagrożeniem dla polskiej demokracji nie jest dziś ani Donald Tusk, ani Karol Nawrocki. Największym zagrożeniem jest przyzwyczajenie. Przyzwyczajenie do myśli, że permanentny konflikt jest czymś naturalnym, że instytucje państwa mają przede wszystkim przeszkadzać przeciwnikom politycznym, a sukces jednej strony musi oznaczać całkowitą klęskę drugiej. Demokratyczne państwo nie zostało jednak wymyślone po to, by jedna połowa obywateli mogła bez końca triumfować nad drugą. Zostało stworzone po to, by obie mogły żyć pod tym samym dachem, nawet jeśli od czasu do czasu mają ochotę trzasnąć drzwiami.
Jeżeli o tym zapomnimy, to za kilka lat nie będziemy już spierali się o to, kto wygrał kolejne wybory. Będziemy się zastanawiali, dlaczego państwo, które miało być wspólnym domem, coraz bardziej przypomina blok mieszkalny, w którym każdy lokator z zapałem wymienia zamki w drzwiach, ale nikt nie zauważa, że od dawna pali się piwnica.

Dodaj komentarz