
Czwartek był dniem, w którym świat postanowił jednocześnie urządzić mundial, grozić wojną na Bliskim Wschodzie, debatować o kryptowalutach, zachwycać się architekturą Gaudíego i prowadzić polską politykę w jej tradycyjnej formule, czyli jak skrzyżowanie operetki z awarią kanalizacji. Oto Podsumowanie dnia.
Mój czwartek zaczął się od mundialu. I już to powinno wzbudzić niepokój. Nie dlatego, że piłka nożna jest groźna. Piłka nożna sama w sobie jest niewinna jak labrador. Problem pojawia się wtedy, gdy wokół niej zaczynają krążyć politycy, działacze, sponsorzy, lobbyści, handlarze biletami, eksperci od wizerunku narodowego i ludzie przekonani, że mecz Meksyk–RPA zmieni geopolitykę świata.
Mistrzostwa Świata miały być triumfalnym pokazem amerykańskiej potęgi. Miały być stadionowym odpowiednikiem lotniskowca. Wielkim festiwalem sukcesu kraju, który od dekad sprzedaje światu marzenie o sobie samym.
Tymczasem zanim padł pierwszy gwizdek, zaczęły padać pierwsze złudzenia.
Najpierw zdziwili się spekulanci. Ludzie, którzy kupowali bilety nie po to, żeby oglądać mecze, ale po to, żeby oglądać wykresy cen biletów. Przez wiele miesięcy żyli w przekonaniu, że znaleźli finansowy Święty Graal. Potem FIFA otworzyła kolejne pule wejściówek i nagle okazało się, że ich genialny plan inwestycyjny przypominał kupowanie łopat podczas suszy z nadzieją na nadejście epoki kopania rowów.
Potem zdziwili się kibice.
Przez lata słyszeli, że futbol jest uniwersalnym językiem ludzkości. Że sport łączy. Że stadion nie zna granic. A następnie odkryli, że do Stanów Zjednoczonych łatwiej dostać się czasem rakiecie balistycznej niż obywatelowi niektórych państw.
Administracja Donalda Trumpa uczyniła bowiem z procedur wizowych coś pomiędzy egzaminem na astronautę a castingiem do filmu szpiegowskiego. Mundial miał otwierać świat. Tymczasem wielu ludzi najpierw musiało udowodnić, że nie planują obalenia rządu USA przy pomocy szalika reprezentacji Ghany.
Najbardziej zdziwiony może jednak okazać się sam Donald Trump. Mundial miał być kolejnym dowodem, że Ameryka wróciła na tron. Tymczasem coraz częściej przypomina ogromne centrum handlowe, w którym połowa klientów nie może znaleźć wejścia, druga połowa nie może znaleźć wyjścia, a ochroniarze są przekonani, że wszyscy coś kombinują.
Szczególnie że równolegle prezydent zapewniał Amerykanów, iż inflacja wygląda znakomicie. To zawsze fascynujący moment w polityce, gdy przywódca kraju patrzy na rosnące ceny i ogłasza, że są świetne. To trochę tak, jakby kapitan Titanica spojrzał na wodę wlewającą się do kajut i stwierdził, że statek osiągnął wyjątkowo dobre wyniki w zakresie wentylacji.
Trump zapewniał, że uwielbia najnowsze dane gospodarcze. Być może rzeczywiście je uwielbia. Miłość bywa ślepa.
Tymczasem świat poza stadionami zachowywał się równie niespokojnie. Rosja zanotowała największe załamanie inwestycyjne od siedemnastu lat. To wiadomość, która nie wywołała specjalnej sensacji, ponieważ gospodarka rosyjska od dłuższego czasu przypomina człowieka, który próbuje przebiec maraton po wypiciu dwóch litrów benzyny. Przez chwilę wydaje się, że wszystko działa. Potem pojawia się fizyka.
Na Bliskim Wschodzie Donald Trump groził Iranowi kolejnymi uderzeniami i przejęciem infrastruktury naftowej. W takich chwilach człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego ceny ropy mają charakter bardziej emocjonalny niż ekonomiczny. Wystarczy kilka zdań wypowiedzianych przez polityków i natychmiast pół świata zastanawia się, ile będzie kosztować tankowanie samochodu.
W Polsce natomiast wszystko przebiegało zgodnie z tradycją. Karol Nawrocki znów zawetował ustawę o rynku kryptoaktywów. Po raz trzeci. To już nie jest decyzja legislacyjna. To hobby.
Ustawa wraca do Pałacu Prezydenckiego częściej niż boomerang wraca do Australijczyka. Różni się detalami, poprawkami, przecinkami i przypisami, ale efekt pozostaje ten sam. Prezydent patrzy na dokument, marszczy brwi, po czym wykonuje swój ulubiony numer estradowy – weto.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że Karol Nawrocki traktuje podpisywanie ustaw jak kot traktuje kąpiel. Teoretycznie rozumie, że istnieje taka możliwość. Praktycznie uważa ją za zamach na podstawowe prawa człowieka.
Jeszcze ciekawsze jest jednak pytanie, które coraz częściej zadają sobie politycy i komentatorzy. Dlaczego właśnie kryptowaluty wywołują w prezydencie tak niezwykłe emocje?
Można nie lubić regulacji. Można mieć zastrzeżenia. Można proponować poprawki. Ale trzykrotne blokowanie niemal tej samej ustawy zaczyna przypominać sytuację, w której ktoś codziennie odmawia wejścia do tego samego autobusu, tłumacząc, że nie odpowiada mu odcień lakieru na drzwiach.
Na razie odpowiedzi nie ma. Są tylko pytania i coraz więcej zdziwionych ludzi.
Na szczęście nie wszystko tego dnia było absurdalne. Po stu czterdziestu czterech latach ukończono Sagradę Famílię. Sto czterdzieści cztery lata. To piękna perspektywa.
W epoce polityków, którzy nie potrafią wytrzymać czterdziestu czterech minut bez konferencji prasowej, znalazł się budynek, który cierpliwie czekał niemal półtora wieku.
Gaudí nie doczekał końca budowy. Nie doczekali go królowie Hiszpanii, dyktatorzy, republiki, papieże, generałowie, premierzy, bankruci, milionerzy i tysiące architektów.
A jednak budowla powstała. Może właśnie dlatego jest najciekawszą wiadomością tego czwartku. Przypomina bowiem, że nie wszystko musi być natychmiastowe. Nie wszystko musi być krzykiem. Nie wszystko musi być wetem. Nie wszystko musi być kampanią. Nie wszystko musi być wpisem na portalu społecznościowym. Niektóre rzeczy można po prostu budować. Czasami przez sto czterdzieści cztery lata i osiągnąć więcej niż cały jeden dzień polityki.

Dodaj komentarz