CZWARTEK ZACZĄŁ SIĘ OD ZATRZYMANIA PREZESA. A POTEM BYŁO JUŻ TYLKO BARDZIEJ POLSKO

Warszawa

Czwartek zaczął się w Polsce olimpijsko. Tyle że zamiast hymnu, podium i wzruszonego prezesa mamy zatrzymanie prezesa PKOl Radosława Piesiewicza. Według nieoficjalnych ustaleń Wirtualnej Polski i TVN24 został zatrzymany w Warszawie przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości, działających na zlecenie katowickiego wydziału Prokuratury Krajowej. Sprawa ma związek z aferą Zondacrypto.

To piękny przykład, jak sport potrafi łączyć naród. Dawniej Polacy o siódmej rano pytali: „Ile Małysz skoczył?”. Dzisiaj pytają: „Kogo zatrzymali?”.

Oczywiście zatrzymanie nie jest wyrokiem i Piesiewiczowi należy się domniemanie niewinności. Jest to jednak domniemanie coraz bardziej kosztowne, bo nad całą historią unosi się zegarek, który według medialnych ustaleń miał kosztować około 40 tys. euro, czyli mniej więcej tyle, ile przeciętny Polak wydaje na zegarek, jeśli kupuje go razem z mieszkaniem. Do tego dochodzą opisywane przez media luksusowe wyjazdy i hotele, których finansowanie śledczy mają badać. Piesiewicz zaprzeczał, by otrzymał coś od Przemysława Krala, i mówił, że sam padł ofiarą oszustwa.

Najbardziej podoba mi się, że w aferze kryptowalutowej prezesa Komitetu Olimpijskiego zatrzymuje Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości. Polska wreszcie weszła w XXI wiek. Kiedyś działacza sportowego interesowały talony na benzynę i zagraniczna delegacja. Dzisiaj trzeba mieć token, blockchain, Monako i zegarek, który nie tyle pokazuje godzinę, ile pozycję społeczną.

A przecież jeszcze dwa dni temu Piesiewicz tłumaczył się w Telewizji Republika. Wyciągał dokumenty, przekonywał, zaprzeczał. Teraz dokumentami zapewne zainteresują się także ludzie mniej podatni na argumentację telewizyjną, za to wyposażeni w legitymacje służbowe.

I tu przechodzimy płynnie do Republiki, bo w tej historii wszystko prowadzi do Republiki jak niegdyś wszystkie drogi do Rzymu.

Onet ujawnił dokumenty dotyczące zaawansowanych negocjacji sprzedaży pakietu akcji Telewizji Republika ludziom Zondacrypto. Tomasz Sakiewicz odpowiada, że dokumenty są sfałszowane i że mamy do czynienia wręcz z „aferą Rywina do sześcianu”. Onet z kolei twierdzi, że elektroniczny podpis Sakiewicza pod listem intencyjnym został zweryfikowany, a prawnik Krala potwierdza, że dokument otrzymał od ludzi Republiki.

Powstała zatem sytuacja niezwykle polska.

Jest podpis, ale jakby go nie było.
Są negocjacje, lecz widocznie bez negocjowania.
Są akcje do sprzedania, ale nikt ich nie sprzedawał.
Jest Zondacrypto, tylko najwyraźniej każdy znał Zondacrypto wyłącznie przypadkiem.

Nie wiadomo już, czy to afera Rywina do sześcianu, czy może geometria nieeuklidesowa. W każdym razie w Telewizji Republika muszą obecnie bardzo żałować, że nie pozostali przy tradycyjnym modelu biznesowym: widz wysyła przelew, prezes dziękuje, a nikt nie musi potem tłumaczyć różnicy między listem intencyjnym a intencją bez listu.

Zondacrypto staje się zresztą coraz bardziej podobne do starego polskiego dowcipu o Wąchocku: gdzie człowiek nie zajrzy, tam już byli.

W PKOl — byli.
W Republice — mieli być.
Przy politykach — pojawiają się pytania.
Przy Karolu Nawrockim — PiS zaczyna nerwowo badać własną pamięć.

„Newsweek” pisał już przed zatrzymaniem Piesiewicza, że na Nowogrodzkiej zastanawiają się, kogo mogą objąć informacje przekazywane przez Przemysława Krala i czy cokolwiek może dotknąć samego prezydenta. To oczywiście na razie pytania, a nie odpowiedzi. Ale w polityce najgorszą wiadomością nie jest zwykle odpowiedź. Najgorsze jest pytanie, którego przez kilka tygodni nie da się zdjąć z ekranu.

A tymczasem Karol Nawrocki nadal prowadzi w rankingu zaufania, choć Radosław Sikorski zaczyna mu zaglądać przez ramię. W sierpniowym badaniu IBRiS dla Onetu prezydentowi ufa 50,2 proc. ankietowanych, Sikorskiemu 43,6 proc. Jeszcze w czerwcu dzieliło ich 12,2 punktu procentowego, teraz 6,6. Z pierwszej dziesiątki wypadł natomiast Jarosław Kaczyński.

To ostatnie pokazuje, jak okrutne są sondaże. Człowiek poświęca trzydzieści lat na ustawianie polskiej polityki, a potem ankieter dzwoni i pyta panią Krysię z Pabianic, czy mu ufa.

Pani Krysia odpowiada: „raczej nie”.

I trzy dekady historii państwa lecą o cztery i pół punktu procentowego.

Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy od polityki przechodzimy do pieniędzy. Business Insider obliczył właśnie, ile trzeba zarabiać, żeby w Polsce uchodzić za bogatego. W niektórych gminach wystarczy nieco ponad 10 tys. zł netto miesięcznie. W Warszawie samotny człowiek potrzebuje już ponad 19 tys. zł na rękę, a rodzina z dwojgiem dzieci — przeszło 41 tys. zł netto.

To znakomita wiadomość.

Okazuje się, że człowiek w Polsce może być bogaty, musi tylko odpowiednio wybrać gminę.

Nie należy zatem domagać się podwyżki. Należy się przeprowadzić.

Jeżeli zarabiasz osiem tysięcy i czujesz się biedny, problem może nie leżeć w wynagrodzeniu, tylko w kodzie pocztowym. Być może wystarczy 120 kilometrów samochodem, żeby z finansowego nieudacznika przeistoczyć się w lokalną elitę. Państwo powinno nawet uruchomić program „Bogactwo+”: każdemu, komu brakuje do klasy wyższej, urząd wyznaczy tańszą gminę.

W Warszawie szczególnie ciekawie przedstawia się rodzina 2+1. Z wcześniejszych obliczeń wynikało, że 18 tys. zł netto daje jej raczej pozycję niepewnej klasy średniej niż dobrobyt. Człowiek wraca więc do domu z osiemnastoma tysiącami na rękę i dowiaduje się od ekonomistów, że powinien zachować pokorę. Jeszcze niedawno przy tej sumie rodzina zamawiała katalog Porsche. Dziś pyta, czy w Lidlu zostały kupony.

Żeby jednak nikt nie pomyślał, że państwo zajmuje się wyłącznie cudzymi zegarkami i cudzym bogactwem, Krzysztof Gawkowski zażądał od Komisji Europejskiej miliarda złotych kary dla Mety za nieskuteczne zwalczanie oszukańczych reklam i scamów na Facebooku i Instagramie. Formalnie chodzi o 250 mln euro.

I tu rząd ma moje pełne poparcie. Jeżeli Meta ma płacić miliard za internetowe oszustwa, można nawet stworzyć nowy model finansowania państwa. Facebook finansuje ochronę zdrowia, Instagram edukację, TikTok armię. Budżet bez deficytu, a człowiek po raz pierwszy z radością klika „zgłoś reklamę”.

Na świecie jest niestety mniej zabawnie.

Rosja przeprowadziła nocą kolejny duży atak rakietowy i dronowy na Ukrainę, uderzając między innymi w Kijów, Odessę, Krzywy Róg i Zaporoże. Ukraińskie siły powietrzne informowały o setkach dronów i pociskach; uszkodzona została infrastruktura cywilna i przemysłowa.

Równocześnie dyrektor CIA John Ratcliffe odbył niezwykłą wizytę w Moskwie. Kreml potwierdził rozmowy z rosyjskimi służbami, choć bez spotkania z Putinem; amerykańskie media podają, że jednym z celów wizyty miało być ostrzeżenie Rosjan przed jakąkolwiek agresją wobec państw NATO.

Świat doszedł więc do etapu, w którym dyplomacja polega na tym, że szef CIA jedzie do Moskwy powiedzieć rosyjskim służbom, żeby przypadkiem niczego nie próbowały, a po jego wyjeździe Rosjanie odpalają 258 dronów na Ukrainę.

Postęp jest niezaprzeczalny.

Na szczęście mamy również sport. Nikola Grbić kombinuje, jak zabrać na mistrzostwa Europy dodatkowego siatkarza. Polska piłka klubowa walczy o punkty w rankingu UEFA. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego zaczyna czwartek w zupełnie innych rozgrywkach.

I chyba właśnie tak wyglądamy dziś rano.

Prezes PKOl zatrzymany.
Telewizja Republika walczy z własnym podpisem.
Sikorski goni Nawrockiego.
Kaczyński wypada z pierwszej dziesiątki.
Żeby być bogatym, trzeba przede wszystkim dobrze wybrać gminę.
Minister chce miliarda od Facebooka.
Rosja bombarduje Ukrainę, a CIA osobiście puka do Kremla.

Jest dopiero czwartek.

Aż strach pomyśleć, co zostawili sobie na piątek.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights