CZWARTEK RANO: ZONDA CHCIAŁA KUPIĆ KADRĘ, ROSJA NIE ŚPI, A SEJM JUŻ WSTAŁ

Warszawa

Czwartek, 3 września. Człowiek jeszcze nie zdążył ustalić, czy chce kawę z mlekiem, a świat już zdążył poinformować, że w nocy Rosjanie znowu bombardowali Ukrainę, ropa nadal kosztuje tyle, żeby kierowca przy dystrybutorze rozwijał zainteresowania metafizyczne, a Zondacrypto chciała zostać sponsorem reprezentacji Polski.

Ta ostatnia wiadomość jest właściwie najweselsza, choć konkurencja jest silna.

Onet ustalił, że jesienią ubiegłego roku Przemysław Kral spotkał się w Bergamo z Cezarym Kuleszą, sekretarzem generalnym PZPN Łukaszem Wachowskim i człowiekiem od marketingu sportowego. Rozmawiano o sponsoringu reprezentacji.

Zondacrypto proponowała 10 milionów złotych rocznie. PZPN nie był zachwycony. I bardzo dobrze, bo dzięki temu polska piłka zachowała reputację. Naprawdę nieczęsto mogę napisać takie zdanie.

Nie chodziło jednak — przynajmniej według relacji rozmówców Onetu — o gwałtowne moralne olśnienie działaczy. Dziesięć milionów było po prostu kwotą za małą na ekspozycję marki, jakiej oczekiwała Zonda. Orlen dawał PZPN cztery czy pięć razy więcej.

Czyli problem nie polegał na tym, kto daje pieniądze, tylko ile daje. To jest podejście do etyki bardzo nowoczesne. Cennikowe.

Zonda ostatecznie trafiła do PKOl, gdzie sprawa skończyła się znacznie ciekawiej, niż przewidywał dział marketingu. Dzisiaj prokuratura bada przepływy pieniędzy, zatrzymuje kolejne osoby, zabezpiecza majątek i dokumenty, a nazwisko sponsora sportu coraz częściej pojawia się nie w tabeli wyników, tylko w komunikatach śledczych.

Sport rzeczywiście zbliża ludzi. Czasami także prokuratora z podejrzanym.

W tle pojawia się jeszcze biznesmen Radosław Tadajewski, który według PZPN miał pośredniczyć w nawiązaniu kontaktu. Sam zdecydowanie temu zaprzecza i twierdzi, że wręcz ostrzegał przed Kralem. Dostaliśmy więc klasyczną polską sytuację biznesową: spotkanie się odbyło, ludzie na nim byli, tylko właściwie nikt nie wie, kto je zorganizował.

Jeszcze dwa takie zeznania i okaże się, że Bergamo samo zaprosiło PZPN.

Tymczasem w nocy Rosja kontynuowała bardziej tradycyjny model działalności. Nad ranem rosyjski atak na Odessę zranił 17 osób, w tym troje dzieci, i uszkodził 21-piętrowy budynek mieszkalny. Kijów również kolejny dzień żyje z alarmami i nalotami.

Warto o tym pamiętać, kiedy znowu ktoś zacznie nam tłumaczyć, że należy Putina „zrozumieć”, „nie prowokować” i „dać mu możliwość wyjścia z twarzą”.

Putin ma możliwość wyjścia z twarzą codziennie. Wystarczy przestać bombardować cudze miasta. Najwyraźniej twarz nie chce.

Równocześnie Rosja prowadzi z Zachodem coś w rodzaju wojny na nerwy. Niemcy zamykają rosyjski konsulat w Bonn po kolejnych podejrzeniach dotyczących rosyjskiej działalności hybrydowej, Kreml nazywa to absurdem, a w Europie mnożą się sabotaże, drony, podpalenia, uszkodzenia infrastruktury i incydenty, które pojedynczo są zagadką, a razem zaczynają wyglądać jak plan zajęć.

Onet pisze również o ponad dwudziestu ręcznie skonstruowanych rakietach odnalezionych niedaleko polskiej granicy i o rosyjskiej strategii straszenia Zachodu.

To rozsądna strategia. Rosja nie musi pokonać NATO. Wystarczy, że dostatecznie wielu obywateli NATO przekona, iż najlepiej nie robić nic, żeby przypadkiem Rosji nie zdenerwować.

Władimir Putin od lat pracuje więc nad szczególnym rodzajem pokoju. My mamy się bać, a on ma mieć spokój.

Od dziewiątej zaczyna obrady Sejm. Na początek pytania w sprawach bieżących, później informacja bieżąca, Prawo wodne, odnawialne źródła energii i projekt utworzenia Uniwersytetu Mazowieckiego w Płocku.

Brzmi nudno. I bardzo dobrze. Po ostatnich dniach luksusowych zegarków, kryptowalut, zaginionych milionerów, sabotażu, polityków wyjaśniających NATO oraz prezydenta prowadzącego osobistą politykę historyczną odrobina Prawa wodnego może działać uspokajająco.

Chociaż rano sejmowa Komisja Sprawiedliwości zajmuje się jeszcze kandydatami do Trybunału Konstytucyjnego. Czyli nie przesadzajmy z tym spokojem.

Na szczęście GUS przyniósł wiadomość pogodną. Okazuje się, że najlepiej zarabiającym miejscem w Polsce jest obecnie Podkowa Leśna, gdzie mediana wynagrodzenia sięga około 9,5 tysiąca złotych brutto. Warszawa została pokonana również przez niewielką Jerzmanową.

To wspaniała wiadomość dla stolicy. Po latach słuchania, że cała Polska pracuje na Warszawę, Warszawa może wreszcie spokojnie odpowiedzieć: nieprawda, pracujemy na Podkowę Leśną.

Sama Podkowa jest zresztą idealnym symbolem polskiego sukcesu. Mała, zielona, zamożna, blisko Warszawy, ale dostatecznie daleko, żeby nie trzeba było codziennie patrzeć na Sejm.

I właściwie tutaj moglibyśmy zakończyć poranek.

Zondacrypto nie zasponsorowała piłkarzy, ale sponsoruje dziś wiadomości. Rosja nie wygrała wojny, ale skutecznie produkuje strach. Sejm wrócił do pracy. Warszawa straciła mistrzostwo Polski w zarabianiu.

A jest dopiero rano. Czwartek ma więc wszystkie warunki, żeby jeszcze coś zepsuć.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights