
Czwartek przyniósł Polakom wiadomość znakomitą: jesteśmy bogaci.
GUS ogłosił rano, że przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w lipcu 9509 zł i 2 grosze brutto. Nie wiem, kto dostał te dwa grosze, ale gratuluję, bo bez nich cały komunikat wyglądałby podejrzanie. Pensje wzrosły rok do roku o 6,8 procent, znacznie szybciej niż ceny, więc ekonomicznie rzecz biorąc, obywatel powinien dzisiaj chodzić po ulicy sprężystym krokiem człowieka, któremu właśnie poprawił się dobrobyt.
Jeżeli ktoś tego dobrobytu nie zauważył na swoim koncie, powinien pamiętać, że statystyka jest nauką cierpliwą. Być może jego dziewięć i pół tysiąca znajduje się chwilowo u prezesa, leśnika z premią albo kolegi z działu sprzedaży, ale średnio wszystko się zgadza.
Ledwie jednak GUS pozwolił nam poczuć się zamożnymi, rząd przypomniał starą polską zasadę gospodarczą, według której każda dobra wiadomość finansowa powinna mieć z tyłu fiskusa.
Donald Tusk i Andrzej Domański chcą ulżyć części klasy średniej w PIT, ale jednocześnie podnieść CIT największym firmom, daninę solidarnościową najbogatszym oraz bardzo mocno obniżyć limit umożliwiający przedsiębiorcom korzystanie z ryczałtu — z 2 mln euro do 250 tys. euro rocznego przychodu. Minister finansów zapewnia, że cała operacja się bilansuje i deficytu nie zwiększy.
To zdanie powinno właściwie wisieć nad wejściem do każdego ministerstwa finansów na świecie:
„Operacja się bilansuje”.
Oznacza ono zazwyczaj, że skoro komuś dajemy, to znaleźliśmy już kogoś, komu zabierzemy.
Polski fiskus przypomina pod tym względem iluzjonistę. Pokazuje klasie średniej monetę, wyciąga ją zza ucha i mówi: „Proszę, 3600 zł rocznie”. Publiczność klaszcze. Tymczasem asystent z Ministerstwa Finansów chodzi już między rzędami i sprawdza kieszenie przedsiębiorców.
Najbardziej zagrożeni są ryczałtowcy z większymi przychodami, którzy po obniżeniu limitu mogą zostać zmuszeni do przejścia na skalę albo podatek liniowy, wraz z odpowiednio mniej przyjemną składką zdrowotną. Eksperci cytowani przez „Rzeczpospolitą” znaleźli oczywiście rozwiązanie: można podzielić biznes.
To jest właśnie geniusz polskiego systemu podatkowego. Państwo tworzy przepis, podatnik zaczyna kombinować, jak dostosować do niego firmę, doradca podatkowy wystawia fakturę, księgowy kupuje większy segregator i PKB rośnie.
Wszyscy wygrywają. Z wyjątkiem człowieka prowadzącego firmę.
Polacy zresztą najwyraźniej oczekiwali od Tuska czegoś innego. W sondażu SW Research dla „Rzeczpospolitej” na pierwszy plan wyszła obietnica podniesienia kwoty wolnej do 60 tys. zł, której realizację premier właśnie odsunął poza najbliższe półtora roku.
Czyli politycznie mamy sytuację trochę jak na urodzinach. Solenizant obiecał rower, przyniósł hulajnogę i jest zdziwiony, że dziecko nie krzyczy z zachwytu.
Ale dość podatków. Dzisiaj ciekawszy od PIT-u okazał się znaczek pocztowy.
Marcin Romanowski nadal gdzieś jest. To jedyna pewna informacja. „Rzeczpospolita” ustaliła natomiast, że na liście wysłanym 25 lipca z Tyraspola do polskiego sądu znaleziono biologiczne ślady byłego wiceministra sprawiedliwości. Problem w tym, że służby podejrzewają, iż Romanowski wcale nie musiał być w Tyraspolu; mógł przygotować list, a ktoś inny wysłał go z Naddniestrza specjalnie po to, żeby polskich śledczych wyprowadzić na geopolityczny spacer.
Zaczyna się z tego robić polska wersja Johna le Carré, tylko trochę bardziej pocztowa.
Mamy poszukiwanego byłego ministra, prorosyjską separatystyczną republikę, tajemniczy list, DNA ze śliny, służby kilku państw, zakonników zaprzeczających udziałowi i kamerę na poczcie w Tyraspolu.
Jeszcze brakuje gołębia.
Romanowski najwyraźniej doszedł do niezwykle współczesnego wniosku, że w epoce cyfrowej najlepiej ukrywać się analogowo. Telefon zdradza lokalizację, karta bankowa zostawia ślad, komputer ma adres IP, ale znaczek pocztowy nadal posiada romantyzm XIX wieku.
W dodatku ślina na kopercie dowodzi tylko tego, że człowiek ją polizał. Nie dowodzi, gdzie lizał. I oto polskie państwo stanęło przed zagadką, której nie przewidział żaden podręcznik postępowania karnego: ustalić miejsce pobytu obywatela na podstawie geografii jego języka.
Służby przyznają już, że znalezienie Romanowskiego stało się sprawą ambicjonalną, bo poszukiwany „gra im na nosie”. To także bardzo polskie. Najpierw jest postępowanie. Potem poszukiwania. Następnie robi się z tego honor. Jeszcze miesiąc i komendant osobiście pojedzie do Tyraspola z lupą.
Tymczasem Karol Nawrocki kontynuował dziś działalność Wetomatu 3000, o którym już pisałem. Ustawę o transporcie zbiorowym zawetował, a „lex szarlatan” skierował do Trybunału Konstytucyjnego. Ta druga ustawa miała dać Rzecznikowi Praw Pacjenta mocniejsze narzędzia do walki z pseudomedycyną, natomiast Pałac uznał, że zaproponowane środki mogą być zbyt szerokie i zapowiedział własne rozwiązanie karne wobec ludzi, którzy dla zysku świadomie odciągają chorych od terapii zgodnej z wiedzą medyczną.
Mam więc tylko jedną prośbę: niech szarlatani nie odkryją, że można leczyć ustawę wahadełkiem. Patrząc na polski proces legislacyjny, mogą mieć szanse.
Jeszcze ciekawiej zrobiło się wokół Pyszne.pl. Państwowa Inspekcja Pracy przedłużyła kontrolę platformy, a w tle jest spór o status tysięcy kurierów. Pyszne.pl zrezygnowało wcześniej z bezpośrednich umów zlecenia z około 4,6 tys. osób i przeszło na współpracę przez zewnętrznych partnerów. Według nieoficjalnych informacji opisywanych przez „Rzeczpospolitą” PIP może dążyć do uznania, że kurierzy powinni pracować na etatach. Biznes ostrzega przed lawiną pozwów, wzrostem kosztów dostaw i efektem domina w całej gig economy.
Nazwa Pyszne.pl może więc niedługo wymagać korekty. Drogo.pl byłoby bardziej informacyjne.
Spór jest zresztą poważny, bo dotyka fundamentalnego pytania naszej epoki: czy człowiek, który jeździ osiem godzin dziennie według zasad ustalanych przez aplikację, jest przedsiębiorcą pełnym wolności, czy pracownikiem, któremu wolność polega głównie na tym, że sam kupił rower.
Na razie jednak biznes ostrzega przed „śmiercią cywilną platform”.
W Polsce wszystko ostatnio umiera cywilnie. Najpierw rosyjscy dysydenci, teraz aplikacje dowożące pizzę. Do końca tygodnia prawdopodobnie zagrożony będzie ekspres do kawy.
Warszawa także miała swój piękny czwartek. Była wiceprezydent Aldona Machnowska-Góra opowiedziała o kulisach swojej lipcowej dymisji po aferze w Szpitalu Południowym. Według jej relacji Rafał Trzaskowski powiedział jej w gabinecie, że trzeba „wziąć odpowiedzialność”, a gdy zaznaczyła, że nie czuje się winna, miał odpowiedzieć: „Aldona, miałaś pecha, że byłaś w radzie nadzorczej”. Sama Machnowska-Góra określa się dziś jako „koza ofiarna”.
To jest znakomita definicja odpowiedzialności politycznej. Nie jesteś winny. Masz pecha, ale potrzebujemy dymisji przed konferencją o standardach.
W państwie i samorządzie odpowiedzialność często przypomina grę w krzesła. Dopóki gra muzyka, wszyscy siedzą w radach nadzorczych. Kiedy muzyka cichnie, okazuje się, że jedno krzesło było elektryczne.
Na szczęście Ministerstwo Klimatu dało nam wieczorem temat pogodniejszy. System kaucyjny podobno bije rekordy: do końca lipca zebrano 3,2 miliarda opakowań, działa ponad 60 tysięcy punktów zbiórki i 17,5 tysiąca automatów. Resort rozważa teraz objęcie systemem również jednorazowych szklanych butelek po alkoholu, czyli między innymi popularnych „małpek”.
To może być największa ekologiczna reforma polskiego krajobrazu od wynalezienia kosza na śmieci. Jeżeli kaucja obejmie małpki, człowiek kupujący rano setkę wiśniówki otrzyma wreszcie program lojalnościowy państwa.
Wypij odpowiedzialnie. Oddaj butelkę. Odbierz kaucję. Powtórz cykl. Gospodarka zamkniętego obiegu osiągnie pełnię.
Dobrą wiadomość dostały również dzieci, choć jeszcze o tym nie wiedzą. W pierwszej połowie roku najpopularniejszymi imionami były Zofia i Nikodem. Dalej mamy Antoniego, Jana, Leona, Franciszka, Zuzannę, Maję i Hannę.
Polacy najwyraźniej po latach eksperymentów postanowili wrócić do imion, które można bez problemu zawołać z balkonu. To rozsądne. W niepewnych czasach człowiek chce mieć przynajmniej pewność, że kiedy krzyknie „Nikodem, obiad!”, nie odezwie się Siri.
Za to internet dostał dziś swoje pięć minut w sporze o pamięć historyczną. W akcji „Ambasadorowie Powstania Warszawskiego”, organizowanej przez Stowarzyszenie Warszawa 44 i objętej honorowym patronatem Ministerstwa Kultury, pojawiła się Monika Laskowska, aktywna również na OnlyFans. Ministerstwo szybko wyjaśniło, że nie finansowało ani organizacyjnie nie wspierało projektu, a lista ambasadorów nie była z nim konsultowana.
I tutaj internet zrobił to, co internet potrafi najlepiej: w ciągu kilku godzin ustalił, kto ma moralne prawo pamiętać o Powstaniu Warszawskim.
Ja jestem ostrożniejszy. Powstanie należy do pamięci wszystkich, nie tylko ludzi posiadających profil zawodowy zaakceptowany przez komisję historyczno-obyczajową. Można natomiast rozsądnie pytać, czy organizatorzy dobrze dobierają ambasadorów i czy patronat państwa nie powinien oznaczać choć minimalnego zainteresowania tym, komu się go faktycznie użycza.
Ale pomysł, że człowieka automatycznie pozbawia się prawa do pamięci historycznej z powodu tego, czym zajmuje się poza nią, pachnie już nie patriotyzmem, lecz komisją kwalifikacyjną do polskości.
Na koniec wiadomość z Nowego Jorku, która dowodzi, że istnieją jeszcze samorządy mające pomysły tak dziwaczne, że aż sympatyczne. Burmistrz Zohran Mamdani uruchomił pilotażowy „Wieczór dla rodziców”: dzieci na kilka godzin trafiają pod opiekę miejskich centrów rekreacyjnych, a rodzice dostają wolny wieczór.
W Polsce podobny program zapewne natychmiast wywołałby debatę o kosztach, ideologii, kompetencjach samorządu, wpływie na demografię oraz pytanie Przemysława Czarnka, kto właściwie pilnuje tych dzieci i czy posiada stosowny światopogląd.
Po trzech latach konsultacji program ruszyłby pilotażowo w jednej gminie. W godzinach od 17.15 do 17.45. Za zgodą kuratora.
I tak kończy się czwartek. Statystycznie zarabiamy ponad dziewięć i pół tysiąca, podatkowo mamy dostać ulgę, ale ktoś inny musi za nią zapłacić, przedsiębiorca może ratować ryczałt dzieląc firmę, Romanowski wysyła DNA pocztą, kurier może zostać pracownikiem, aplikacja może umrzeć cywilnie, były wiceprezydent Warszawy został kozą, szarlatan czeka na Trybunał, a małpka być może wkrótce stanie się pełnoprawnym uczestnikiem gospodarki obiegu zamkniętego.
Patrząc na cały dzień, dochodzę do wniosku, że Polska działa. Tylko każdy jej element działa w inną stronę. Obywatelowi pozostaje więc tradycyjny zestaw zachowań obronnych: pilnować portfela, zachować paragon, nie lizać cudzych znaczków i nie wyrzucać małpki.
Nigdy nie wiadomo, co jutro stanie się dowodem, kosztem albo przedmiotem kaucji.

Dodaj komentarz