
Czwartek rozpoczął się od oczekiwania na spotkanie ostatniej szansy Jarosława Kaczyńskiego z Mateuszem Morawieckim, a zakończył spotkaniem ostatniej szansy, po którym obie strony mają jeszcze mniej szans niż przed spotkaniem. Rozmowa trwała trzy godziny. Morawiecki przyniósł dwadzieścia jeden propozycji kompromisu. Kaczyński przyniósł jedną odpowiedź.
— Nie.
Była to nierówna walka intelektualna. Morawiecki miał dwadzieścia jeden punktów, opinie prawne, stanowisko Państwowej Komisji Wyborczej, pomysł odbudowy zaufania i zapewne prezentację z animowanym wykresem. Kaczyński miał monosylabę. Monosylaba wygrała.
Na rozmowę dwóch polityków doproszono Jacka Sasina i Piotra Milowańskiego, nazywanego cieniem Kaczyńskiego. Sam udział Sasina był sygnałem, że kompromis nie będzie łatwy. Jeśli do gaszenia konfliktu zaprasza się Jacka Sasina, należy wcześniej ubezpieczyć konflikt, budynek oraz budżet państwa.
Sasin miał podobno mówić to, czego Kaczyńskiemu nie wypadało. Pełnił więc funkcję prezesa do zadań brudnych, mokrych i maślanych. Kaczyński mógł siedzieć dostojnie, słuchać i od czasu do czasu marszczyć brwi, a Sasin tłumaczył na język partyjny:
— Pan prezes bardzo ceni pana premiera, dlatego oczekuje, że pan premier natychmiast rozwiąże swoje stowarzyszenie, wyrzeknie się ludzi, podpisze lojalkę i podziękuje za okazaną różnorodność.
Rozmowy określono jako „konstruktywne”, choć niczego nie skonstruowano. W polskiej polityce słowo „konstruktywny” oznacza spotkanie, podczas którego nie rzucono krzesłem, ponieważ krzesła wcześniej przykręcono.
Morawiecki nie zgodził się zlikwidować Rozwoju Plus. Kaczyński nie zgodził się zaakceptować Rozwoju Plus. Obaj zapewnili, że zależy im na jedności. Jedność w PiS polega obecnie na tym, że każdy pragnie połączyć partię pod warunkiem usunięcia drugiej połowy.
To nie było jednak prawdziwe spotkanie ostatniej szansy. Było to przedstawienie pod tytułem „Zrobiłem wszystko, ale ten drugi oszalał”.
Morawiecki potrzebował spotkania, aby później powiedzieć:
— Chciałem porozumienia. Przyniosłem dwadzieścia jeden propozycji, kwiaty, wyniki sondaży i regulamin grilla, a oni przynieśli Sasina.
Kaczyński potrzebował spotkania, aby powiedzieć:
— Dałem Mateuszowi ostatnią szansę. Potem jeszcze jedną ostatnią, a następnie trzy godziny ostatnich szans szczegółowych. Nie skorzystał.
Były premier buduje więc legendę wypędzonego reformatora. Prezes buduje legendę zdradzonego ojca. Obaj kłamią przede wszystkim sobie. Morawiecki nie jest niewinnym chłopcem wyrzuconym z harcerstwa za nadmierny patriotyzm. Od miesięcy tworzy własną strukturę, gromadzi ludzi, organizuje imprezy i mierzy sondażowe poparcie. Kaczyński nie jest natomiast zaskoczonym opiekunem, który nagle odkrył, że w jego domu mieszka buntownik. Sam przez lata hodował ambicję Morawieckiego, dopóki była skierowana przeciwko komuś innemu.
Orzeł wylądował, grill jest rozpalony, kiełbasa jeszcze surowa, ale partia już pachnie dymem.
Ciekawe, że wydarzeniem dnia stał się spór o stowarzyszenie, podczas gdy kilku polityków dawnego obozu władzy miało w czwartek znacznie bardziej konkretne problemy niż członkostwo w klubie dyskusyjnym.
Prokurator generalny Waldemar Żurek wystąpił o uchylenie immunitetu Łukaszowi Mejzie. Chodzi o podejrzenie oszustwa, poświadczenia nieprawdy i wyłudzenia dotacji związanych ze szkoleniami internetowymi. Prokuratura mówi o stratach liczonych w dziesiątkach tysięcy złotych.
Łukasz Mejza jest politykiem o rzadkim talencie. Gdziekolwiek się pojawia, natychmiast powstaje pytanie o immunitet, oświadczenie majątkowe albo fakturę. Nie uprawia polityki. On uruchamia procedury.
Mejza już wcześniej usłyszał zarzuty dotyczące oświadczeń majątkowych. Teraz pojawia się kolejny wniosek. Zwykły człowiek zbiera znaczki, magnesy z wakacji albo punkty na stacji benzynowej. Mejza zbiera postępowania. Gdy uzbiera dziesięć, jedenaste przesłuchanie otrzyma zapewne bez kolejki.
Do Sejmu trafił także wniosek o zgodę na zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie Michała Wosia do prokuratury. Śledczy twierdzą, że były wiceminister celowo utrudnia postępowanie i nie stawia się na wezwania.
Woś odpowiada zgodnie z tradycją swojego środowiska, że to prześladowanie polityczne. W PiS wezwanie do prokuratury staje się prześladowaniem natychmiast po zapisaniu na nim nazwiska polityka PiS. Gdy wezwanie dotyczy przeciwnika, jest triumfem praworządności. Gdy dotyczy swojego, papier zmienia skład chemiczny i zaczyna wydzielać stalinizm.
Minister Żurek musi więc prosić Sejm o pozwolenie, aby poseł łaskawie udał się tam, dokąd zwykły obywatel idzie po pierwszym wezwaniu. Immunitet miał chronić parlamentarzystę przed polityczną zemstą. Z czasem część polityków zaczęła traktować go jak kartę „Nie idziesz do prokuratury” w grze Monopoly.
Jednocześnie Jarosław Kaczyński nie będzie ścigany w sprawie „dwóch wież”. Prokuratura umorzyła śledztwo, uznając, że nie doszło do czynu zabronionego, bo austriacki biznesmen powinien był prowadzić negocjacje z zarządem spółki Srebrna, a nie opierać się na rozmowach z Kaczyńskim.
To ważna decyzja i trzeba ją przyjąć do wiadomości. Państwo prawa ma tę irytującą właściwość, że czasami nie potwierdza naszych przekonań. Jeśli prokuratura uznaje, że nie ma znamion przestępstwa, nie wolno dopisywać wyroku w felietonie.
Polityczna groteska pozostaje jednak nietknięta. Miały powstać dwie wieże. Nie powstała żadna. Zostały nagrania, pełnomocnictwa, faktury, spory i przekonanie kolejnych pokoleń Polaków, że każda wielka inwestycja związana z PiS-em najlepiej rozwija się w czasie przyszłym.
Kaczyński nie będzie więc ścigany za wieże, których nie zbudowano. Morawiecki walczy o partię, której jeszcze nie założył. Sasin broni stowarzyszenia, które już rozwiązał. Całe środowisko osiągnęło stan polityki kwantowej: wszystko jednocześnie istnieje, nie istnieje i oczekuje na subwencję.
Na chwilę opuśćmy Nowogrodzką, bo świat również pracował w czwartek nad własną katastrofą.
Ropa Brent przekroczyła sto dolarów za baryłkę. Huti zaatakowali dwa saudyjskie tankowce na Morzu Czerwonym, jeden z nich stanął w ogniu, a rynki uznały, że to doskonały moment, aby przypomnieć kierowcom, iż geopolityka ostatecznie zawsze spotyka ich przy dystrybutorze.
Baryłka ropy jest dziś najskuteczniejszym komentatorem politycznym. Nie wygłasza przemówień, nie bierze udziału w panelach i nie publikuje oświadczeń. Po prostu drożeje o siedem procent i natychmiast przekonuje miliony ludzi, że konflikt w odległej cieśninie dotyczy ich osobiście.
Donald Trump zapowiedział ukaranie Hutich i Iranu. Trump rozwiązuje problemy międzynarodowe podobnie jak Kaczyński problemy partyjne: stawia ultimatum, obraża się na kompromis i zwołuje ludzi, którzy mają potwierdzić, że jego poprzednie ultimatum było jeszcze bardziej ostateczne.
Jeśli eskalacja będzie trwała, ropa może dojść do stu dwudziestu dolarów. Wtedy Morawiecki zapewne przedstawi program „Tania benzyna Plus”, Mentzen wyjaśni, że rynek sam wyreguluje kolejkę do dystrybutora, a Obajtek podpisze jednocześnie deklarację poparcia dla ropy taniej i lojalności wobec ropy drogiej.
Na Wall Street drożejąca ropa pomogła przecenić akcje. Tesla spadła mocno, Alphabet także dostał po kursie, bo inwestorzy odkryli, że sztuczna inteligencja poza tworzeniem filmów z papieżem na deskorolce potrafi też pochłaniać prawdziwe miliardy dolarów.
Każda rewolucja technologiczna wygląda tak samo. Najpierw wszyscy krzyczą, że zmieni świat. Potem księgowi pytają, ile kosztuje prąd.
Samsung pokazał nowe składane smartfony napędzane sztuczną inteligencją. Najwięcej emocji wzbudziły jednak ceny. To naturalne. Telefon coraz lepiej tłumaczy rozmowy, poprawia zdjęcia, streszcza wiadomości i przewiduje potrzeby użytkownika. Nadal nie potrafi odpowiedzieć na najważniejsze pytanie:
— Dlaczego kosztuję tyle co używany samochód?
Składany smartfon jest idealnym urządzeniem naszych czasów. Ekran można złożyć na pół, rachunek rozłożyć na raty, a zdrowy rozsądek schować do pudełka. Samsung sprzedaje przyszłość, w której telefon zna użytkownika lepiej niż jego rodzina, ale rodzina przestaje się odzywać, gdy dowiaduje się, ile kosztował.
W Japonii do wyburzenia przeznaczono słynny „solarny wieżowiec”, symbol technologicznej nowoczesności. Budynek miał pokazywać przyszłość architektury, ale przyszłość nadeszła, obejrzała konstrukcję i zamówiła koparkę.
To bardzo morawiecki wieżowiec. Miał być symbolem postępu, został symbolem kosztownego rozbierania tego, co wcześniej z wielkim rozmachem ogłoszono. Polska zna tę technologię z Ostrołęki. Najpierw budujemy pomnik nowoczesności, potem odkrywamy, że nowoczesność zmieniła zdanie, a na końcu płacimy za demontaż wizji.
W Ukrainie nowym naczelnym dowódcą armii został generał Mychajło Drapaty. Zastąpił Ołeksandra Syrskiego po protestach i kryzysie wywołanym zmianami personalnymi Zełenskiego. Drapaty jest doświadczonym dowódcą frontowym, kojarzonym z nowocześniejszym podejściem i większym szacunkiem dla żołnierzy.
Nie ma jednak komfortu pierwszych stu dni. Rosyjska armia nie przestrzega okresu wdrożeniowego, nie czeka na audyt i nie wysyła ankiety satysfakcji. Nowy dowódca ma niewiele czasu przed rosyjską ofensywą.
Zmiany dokonano w najgorszym możliwym momencie, czyli zgodnie z ogólnoświatową zasadą polityki kadrowej. Dobrego dowódcę zmienia się wtedy, gdy sytuacja jest spokojna. W czasie kryzysu zmienia się go dopiero po protestach, konflikcie z prezydentem i kilku tygodniach chaosu, żeby następca od początku rozumiał, że łatwo nie będzie.
Ukraina przynajmniej dokonuje zmiany w armii walczącej o przetrwanie państwa. W Polsce największa partia opozycyjna dokonuje zmiany frakcyjnej, aby ustalić, kto będzie miał lepsze miejsce na liście. Skala dramatów jest nieporównywalna, choć poziom używanego patosu bardzo podobny.
Ukraińskie drony uderzyły tymczasem w centra logistyczne Wildberries, rosyjskiego odpowiednika Amazona. Platforma miała stracić równowartość całego rocznego zysku. Wojna uderzyła w rosyjski handel internetowy, a wraz z nim w tysiące sprzedawców, którzy mogą nie otrzymać odszkodowań.
Putin obiecywał Rosjanom odbudowę imperium. Na razie odbudowy wymaga magazyn z chińskimi kapciami.
Rosyjski konsument znosi sankcje, mobilizację i propagandę z godnością obywatela, któremu telewizja wyjaśniła, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Ale gdy aplikacja pisze „przesyłka opóźniona bezterminowo”, pojawia się pierwsze prawdziwe pytanie o stan państwa.
Imperium może nie mieć wolności. Może nie mieć praworządności. Może nawet nie mieć paliwa w osiemdziesięciu regionach. Ale jeśli nie dostarczy paczki do paczkomatu, system zaczyna tracić legitymację.
W Niemczech AfD po raz pierwszy wyszła na prowadzenie w sondażu dotyczącym Berlina. Jeszcze niedawno stolica uchodziła za miejsce tak liberalne, że nawet pies sąsiada miał własną tożsamość polityczną. Dzisiaj pierwsze miejsce zajmuje skrajna prawica.
To nie stało się dlatego, że Berlin nagle pokochał ekstremizm. Stało się dlatego, że partie demokratyczne przez lata zakładały, iż wyborca będzie je popierał z wdzięczności za to, że nie są AfD. Wyborca tymczasem chciał jeszcze sprawnego transportu, mieszkań, bezpieczeństwa i poczucia, że ktoś słucha go również między wyborami.
Demokracja nie umiera zawsze przy huku przewrotu. Czasami zasypia podczas zebrania koalicji, na którym wszyscy zapewniają, że sondaże są przejściowe.
W Wielkiej Brytanii nowym szefem dyplomacji został Ed Miliband. Jego matkę podczas Holokaustu ocalili Polacy. Nie doczekała nominacji syna o niespełna dwa miesiące.
To jedna z tych informacji, przy których dowcip powinien na chwilę usiąść i przestać się popisywać. Historia nie jest dekoracją do przemówień ani biało-czerwoną pałką do bicia sąsiadów. Składa się z konkretnych ludzi, którzy w czasie terroru ryzykowali własne życie, aby uratować cudze.
Politycy lubią mówić o narodowej dumie. Najuczciwsza duma nie potrzebuje jednak megafonu. Ma imiona ludzi, którzy otworzyli drzwi prześladowanym, choć mogli za to zapłacić życiem. Oby pamięć matki Eda Milibanda pomogła mu prowadzić dyplomację z większą empatią niż ta, którą świat zwykle pokazuje, gdy po raz kolejny przekracza sto dolarów za baryłkę.
W Warszawie natomiast rano płonął warsztat i salon samochodowy na Targówku. Nad miastem unosiły się kłęby czarnego dymu. Strażacy gasili prawdziwy pożar, podczas gdy kilkanaście kilometrów dalej politycy PiS rozpalali własny i nazywali go rozmową o jedności.
Różnica była zasadnicza. Straż pożarna przyjechała, aby ogień ugasić. Sasin przyjechał na Nowogrodzką. Czwartek zakończył się więc światem poskładanym z charakterystycznych obrazów. Kaczyński odrzuca dwadzieścia jeden propozycji kompromisu i nadal zapewnia, że chce jedności. Morawiecki przygotowuje grill, na którym zamierza upiec własną legendę politycznego męczennika. Mejza broni immunitetu. Woś broni się przed doprowadzeniem do prokuratury. Prokuratura nie znajduje przestępstwa w sprawie dwóch wież, których nigdy nie wybudowano. Ropa przekracza sto dolarów, bo tankowce płoną na Morzu Czerwonym. Ukraina zmienia dowódcę tuż przed ofensywą. AfD prowadzi w Berlinie. Rosyjski Amazon idzie z dymem. Japończycy burzą dawny symbol przyszłości. Samsung składa telefon na pół i mnoży cenę przez dwa.
Jedynie Lotnicze Pogotowie Ratunkowe próbuje kupić pięć nowych śmigłowców. Polityk PiS alarmuje, że specyfikacja wyklucza polskiego producenta, eksperci odpowiadają, że ratownictwo potrzebuje maszyn dopasowanych do istniejącej floty i całodobowych zadań. Wreszcie spór, w którym chodzi o urządzenia mogące rzeczywiście latać, a nie o prom Morawieckiego, który najlepiej poruszał się między slajdami.
I może właśnie śmigłowiec LPR najlepiej nadaje się na symbol czwartku. Powinien przylecieć nad Nowogrodzką, opuścić linę i ewakuować wszystkich obecnych z ich własnej politycznej katastrofy. Najpierw Kaczyńskiego, bo starszy. Potem Morawieckiego, bo pilnie potrzebuje kontaktu z rzeczywistością. Na końcu Sasina, pod warunkiem że nie powierzono mu organizacji lądowiska. Reszta Polski nie wymaga transportu. Musi tylko przeżyć rachunek za paliwo, ratę za składany telefon, kolejny sondaż AfD, wiadomości z frontu oraz nocne komunikaty o jedności partii, która właśnie rozchodzi się w przeciwnych kierunkach.
Taki był czwartek. Świat płonął, drożał, zbroił się, burzył i składał. PiS robił wszystko naraz.

Dodaj komentarz