
Prezydent dostał świadectwo z paskiem, Kaczyński ogłosił ojcostwo sukcesu, prokuratura zajęła się „sprawiedliwymi sądami”, Rosja wróciła do paliwa sprzed dwóch dekad, a Trump rozwiązał problem braku amunicji, grożąc więzieniem temu, kto o nim wspomni.
Czwartek był dniem wystawiania ocen. Karol Nawrocki obchodził pierwszą rocznicę prezydentury, więc naród dostał do ręki dzienniczek i został poproszony o wpisanie stopnia.
Ponad połowa ankietowanych postawiła prezydentowi co najmniej czwórkę. Dokładnie 52,6 procent uznało, że Nawrocki zasłużył na ocenę dobrą, bardzo dobrą albo celującą. Co piąty badany wystawił mu jedynkę, ale w polskiej szkole politycznej ucznia nie promuje rada pedagogiczna, tylko własny elektorat, a ten najwyraźniej lubi chłopców, którzy dużo krzyczą, nie odrabiają prac domowych i regularnie wyrywają kartki z ustaw.
Prezydent dostał więc czwórkę za rok, w którym zawetował 41 ustaw i ustanowił rekord III Rzeczypospolitej. To mniej więcej tak, jakby uczeń otrzymał wysoką ocenę z matematyki, ponieważ czterdzieści jeden razy nie dopuścił nauczyciela do tablicy.
Nawrocki potrafił jednak zamienić hamowanie państwa w pokaz sprawności. Weto w jego wykonaniu nie jest odmową współpracy. Jest pompką na oczach klasy. Prezydent bierze ustawę, napina prerogatywę, patrzy w kamerę i odkłada dokument z miną człowieka, który właśnie uratował Polskę przed kolejnym rozporządzeniem dotyczącym kanalizacji.
Według wyliczeń opartych na danych Ministerstwa Finansów prezydenckie weta i wnioski do Trybunału mogły pozbawić budżet centralny około 7,3 miliarda złotych, a razem z pieniędzmi, które miały trafić do NFZ — około 8,2 miliarda.
To wysoka cena, lecz silny przywódca kosztuje. Ludwik XIV miał Wersal. Trump ma pola golfowe. Nawrocki ma rachunek, którego nie podpisuje.
Osiem miliardów wystarczyłoby na szpitale, świadczenia, inwestycje albo sporą liczbę specjalnych okularów pozwalających obywatelom zobaczyć troskę prezydenta o finanse publiczne. Z punktu widzenia Pałacu pieniądze nie zostały jednak utracone. Pozostały suwerennie niewpłacone.
Najcelniej pierwszy rok Nawrockiego podsumował Michał Szułdrzyński: dla samego prezydenta był dobry, dla Polski — niekoniecznie. Osobista pozycja głowy państwa urosła, lecz państwo od tego nie stało się sprawniejsze ani bezpieczniejsze.
Jest to osiągnięcie typowe dla współczesnej polityki. Polityk rośnie dokładnie wtedy, gdy instytucje maleją. Im słabsza partia, tym większy lider. Im większy chaos, tym bardziej potrzebny jego autor. Im trudniej państwu działać, tym łatwiej przekonać ludzi, że potrzebuje ono jeszcze więcej człowieka, który mu przeszkadza.
Jarosław Kaczyński natychmiast oznajmił, że prezydentura Nawrockiego jest triumfem PiS. Podkreślił przy tym, że jego własna rola nie jest ważna, po czym szczegółowo wyjaśnił, jak partia wyłoniła kandydata, zorganizowała kampanię, stworzyła komitet i doprowadziła go do zwycięstwa.
Skromność prezesa ma bardzo szczególną budowę. Najpierw usuwa własne nazwisko ze sztandaru. Potem stoi pod nim przez godzinę, wskazując palcem miejsce, z którego je usunął. Kaczyński przypomina dziś wynalazcę potwora, który chwali się, że osobiście dobrał śruby, gdy stwór właśnie mierzy jego gabinet i pyta o termin wyprowadzki.
Komentatorzy coraz częściej uznają Nawrockiego, a nie Kaczyńskiego, za głównego przywódcę prawicy. Prezydent ma patronować podzielonym formacjom, spotykać się zarówno z PiS, jak i z Rozwojem Plus, a ostatecznie stać się zwornikiem przyszłej koalicji.
Kaczyński może więc mówić, że to jego triumf. Hodowca również może być dumny z byka, dopóki nie zauważy, że zwierzę przestało rozróżniać właściciela od przeszkody.
Na rocznicę Senat zrobił Nawrockiemu drobny prezent i odrzucił jego wniosek o referendum w sprawie Zielonego Ładu. Prezydent chciał zapytać obywateli o unijną politykę klimatyczną, lecz większość senatorów nie wyraziła zgody na głosowanie.
Był to tort jubileuszowy bez świeczek. Pałac chciał rozpalić wielkie narodowe ognisko przeciwko Zielonemu Ładowi, ale Senat zakręcił gaz przed pierwszym przemówieniem.
Nie należy jednak lekceważyć pomysłu. Referendum klimatyczne pasuje do prezydenckiej wizji świata: skoro nie możemy unieważnić temperatury, należy przynajmniej zapytać naród, czy wyraża na nią zgodę.
W następnej kolejności można zorganizować plebiscyt w sprawie zachodów Słońca, kierunku wiatru i zakazu występowania suszy bez kontrasygnaty.
Czwartek przyniósł także kolejną odsłonę sprawy Polskiej Fundacji Narodowej i kampanii „Sprawiedliwe Sądy”. Prokuratura zabezpieczyła część majątku dwóch byłych członków władz fundacji, podejrzanych między innymi o sfinansowanie kampanii oraz nielegalne wspieranie PiS i Solidarnej Polski. Podejrzani nie przyznają się do winy, a zabezpieczenia mogą zostać zaskarżone.
Nazwa „Sprawiedliwe Sądy” po latach nabrała pełni znaczenia. Najpierw pieniądze państwowych spółek miały tłumaczyć społeczeństwu, że sądy trzeba naprawić. Teraz sądy będą ustalać, czy sposób finansowania tej naprawy był zgodny z prawem.
To samonapędzający się mechanizm edukacyjny: państwo płaci za kampanię o niesprawiedliwych sądach, a następnie sprawiedliwy sąd bada, czy państwowe pieniądze wydano niesprawiedliwie.
Polska Fundacja Narodowa miała promować dobry wizerunek Polski za granicą, lecz najtrwalszy ślad zostawia w krajowych prokuraturach. Zbudowała jacht, kampanie, umowy i archiwum tak bogate, że archeolodzy państwa prawa będą mieli zajęcie na całe pokolenie.
Sprawiedliwość w Polsce porusza się powoli, lecz wykazuje wytrwałość ślimaka, który odkrył dostęp do ksiąg wieczystych.
W Rosji tymczasem historia zaczęła cofać się także na stacjach benzynowych. Ukraińskie ataki i problemy rafinerii zmusiły Kreml do obniżenia norm jakości paliwa do standardu Euro 2, wycofanego w wielu krajach przed laty. Osiemnaście rosyjskich rafinerii nie pracuje z pełną mocą, a w części regionów pojawiają się kilometrowe kolejki po benzynę.
Putin zdołał więc przywrócić Rosji dawną wielkość. Wróciły represje, imperializm, kult wodza, kłamstwa urzędowe, kolejki i paliwo pamiętające pierwszą kadencję Łukaszenki.
Euro 2 doskonale pasuje do rosyjskiego modelu rozwoju. Samochód jedzie, silnik cierpi, powietrze gęstnieje, a telewizja ogłasza sukces suwerenności technologicznej.
Ukraińcy nie zamierzają ułatwiać Kremlowi modernizacji. W czwartek Wołodymyr Zełenski poinformował o atakach na rafinerie, jednostki wojskowe i statki rosyjskiej floty cieni. Jeden z trafionych obiektów leży ponad 1300 kilometrów od linii frontu.
Rosja od czterech lat żąda, by Ukraina wybrała pokój poprzez kapitulację. Ukraina najwyraźniej postanowiła dostarczyć formularz wyboru bezpośrednio do rafinerii.
Dron stał się współczesnym listem poleconym. Nie wymaga podpisu odbiorcy, trafia także w weekendy i wyjaśnia bardzo precyzyjnie, że wojna może przekroczyć granicę państwa, które ją rozpoczęło.
Na tym tle Donald Trump zaprezentował amerykańską metodę rozwiązywania problemów logistycznych. Zapewnił, że Stany Zjednoczone mają ogromne zapasy amunicji, a osobom ujawniającym informacje o ich uszczupleniu zagroził wieloletnim więzieniem. Wcześniej media informowały, że niedobory zaawansowanych pocisków i rakiet przechwytujących mogły wpłynąć na ograniczenie planów dalszych uderzeń przeciwko Iranowi. Pentagon zaprzecza doniesieniom o wewnętrznych sporach i brakach.
Trump po raz kolejny dowiódł, że najskuteczniejszym sposobem uzupełnienia magazynu jest opróżnienie redakcji. Amunicja istnieje w ogromnych ilościach. Brakuje jej wyłącznie tym, którzy ją liczą. Jeżeli liczby nadal będą niekorzystne, zawsze można aresztować matematykę.
Amerykańskie zapasy znajdują się obecnie w stanie kwantowym: są jednocześnie ogromne i uszczuplone, dopóki Donald Trump nie otworzy magazynu. Każdy, kto zajrzy wcześniej, może trafić do więzienia za zamach na pełność skrzynki.
Na szczęście dzień zakończył Christopher Nolan. Jego „Odyseja” wywołała boom na kina IMAX; tysiące widzów podróżują nawet do innych krajów, by obejrzeć film w formacie 70 mm, a spółka IMAX notuje rekordowe wyniki.
Ludzie jadą setki kilometrów, żeby zobaczyć historię człowieka, który przez lata próbuje wrócić do domu, pokonując potwory, burze, bogów i własną pychę.
W Polsce podobny spektakl odbywa się codziennie bez biletu. Jarosław Kaczyński próbuje wrócić do władzy. Mateusz Morawiecki próbuje odpłynąć od Kaczyńskiego. Karol Nawrocki zmierza do systemu prezydenckiego. Donald Tusk usiłuje przeprowadzić państwo między Scyllą weta a Charybdą Trybunału. Polska Fundacja Narodowa płynie jachtem ku prokuraturze.
A naród siedzi w pierwszym rzędzie, chrupie popcorn i wystawia czwórkę aktorowi, który najbardziej przekonująco blokuje akcję.
Tak minął czwartek.
Nawrocki świętował rok, budżet policzył straty, Kaczyński ogłosił cudzy sukces własnym triumfem, Senat zgasił referendum, prokuratura zajęła się „sprawiedliwymi sądami”, Rosja zatankowała przeszłość, Ukraina wysłała pokój dronem, Trump uzupełnił amunicję groźbami, a Nolan przypomniał, że każda odyseja powinna kiedyś prowadzić do domu.
Polska polityka nie prowadzi. Krąży i jeszcze każe sobie wystawić ocenę.

Dodaj komentarz