
Czwartek nie miał ambicji zapisania się w historii. Nie było przewrotu, nie upadł żaden rząd, nikt nie ogłosił końca demokracji ani początku nowej epoki. Nawet pogoda zachowywała się z godnością, jakby sama doszła do wniosku, że nie warto dokładać ludziom kolejnych powodów do narzekania. A jednak wystarczyło kilka godzin, by po raz kolejny przekonać się, że Polska jest krajem, w którym zwyczajny dzień potrafi być bardziej absurdalny od najlepiej napisanej satyry.
Największym problemem nie jest już bowiem to, że politycy popełniają błędy. Błędy są wpisane w ten zawód równie mocno jak mikrofony, limuzyny i konferencje prasowe z obowiązkową szklanką wody. Problem zaczyna się wtedy, gdy politycy przestają rozumieć, dlaczego ludzie się z nich śmieją.
Bo śmiech jest najokrutniejszą formą politycznej kary. Można przeżyć najgorszy sondaż. Można przetrwać komisję śledczą. Można nawet przeczekać aferę, licząc, że przyjdzie następna i przykryje poprzednią. Ale kiedy człowiek staje się internetowym memem, pozostaje już tylko modlitwa o krótką pamięć wyborców.
Tak narodził się nowy bohater polskiej polityki. Jeszcze w środę niewielu wiedziało, kim jest Piotr Matan. W czwartek znała go cała Polska. Nie dlatego, że przygotował znakomitą ustawę, wygłosił błyskotliwe przemówienie albo uratował komuś życie. Zapamiętano go z jednego pytania, które w polskiej polityce powraca regularnie niczym bociany na wiosnę.
– Ty wiesz, kim ja jestem?
Pytanie stare jak III Rzeczpospolita. Wypowiadane przez ludzi przekonanych, że legitymacja służbowa jest czymś pomiędzy koroną królewską a przepustką do innego wymiaru. Tym razem padło z ust radnego powiatu jędrzejowskiego, pełnomocnika wojewody i asystenta posła. Tytuł długi niczym średniowieczne nazwisko hiszpańskiego arystokraty, a efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego.
Bo ukraiński kierowca taksówki, do którego skierowano to pytanie, odpowiedział z zimną krwią człowieka, który najwyraźniej nie zamierzał uczestniczyć w spektaklu lokalnej wielkości.
– W moim aucie.
Jedno zdanie. Krótka riposta i cały nadmuchany balon politycznej próżności uszedł z sykiem. Przyznam, że dawno żaden dialog nie powiedział o polskiej polityce więcej niż setki sejmowych debat. W jednym samochodzie spotkały się dwa światy. Jeden przekonany, że stanowisko daje szczególne prawa. Drugi przypominający, że kierownica nie rozpoznaje tytułów, tylko pasażerów.
Koalicja Obywatelska zareagowała błyskawicznie. Radny stracił funkcje szybciej, niż internet zdążył wyprodukować wszystkie memy. I bardzo dobrze. Tak właśnie powinno wyglądać państwo, które potrafi odróżnić odpowiedzialność od zamiatania spraw pod dywan. Tyle że ta historia ma jeszcze drugie dno. Matan nie spadł z Księżyca. Nie wyrósł spod kamienia. Nie pojawił się nagle niczym polityczny meteoryt.
Jest produktem atmosfery, która od kilku lat gęstnieje nad polską polityką. Atmosfery, w której coraz łatwiej mówi się o ludziach niż z ludźmi. W której narodowość staje się argumentem, a pogarda zaczyna udawać odwagę.
Najbardziej paradoksalne jest to, że cała historia wydarzyła się w momencie, gdy stosunki polsko-ukraińskie przeżywają najtrudniejszy okres od początku rosyjskiej inwazji. Spór o historię, o symbole, o decyzje Kijowa dotyczące UPA i pamięci narodowej jest prawdziwy i potrzebuje spokojnej rozmowy. Tymczasem lokalny polityk postanowił dołożyć do niego własny spektakl, zamieniając poważny problem dyplomatyczny w uliczną awanturę o to, kto jest bardziej u siebie.
Największym zwycięzcą tej historii okazał się… taksówkarz. Nie dlatego, że wygrał kłótnię. Dlatego, że przypomniał politykom rzecz najprostszą z możliwych.
Władza kończy się dokładnie tam, gdzie zaczynają się cudze drzwi, a samochód, nawet jeśli stoi na polskiej ulicy, nadal pozostaje samochodem kierowcy, a nie pełnomocnika wojewody i chyba właśnie dlatego pół Polski śmiało się nie z kierowcy. Śmiało się z polityka, a to już dla polityka wiadomość znacznie groźniejsza niż najgorszy sondaż.
Wyborca może wiele wybaczyć, aczkolwiek rzadko wybacza śmieszność.
Ta historia byłaby tylko zabawnym internetowym filmikiem, gdyby nie wydarzyła się w wyjątkowo niefortunnym momencie dla Koalicji Obywatelskiej. Bo partia Donalda Tuska od kilku tygodni przypomina właściciela eleganckiego domu, który z dumą pokazuje gościom świeżo odmalowaną elewację, podczas gdy z piwnicy coraz głośniej dochodzi odgłos pękających rur. Sam budynek jeszcze stoi, ale wszyscy słyszą, że coś zaczyna niepokojąco trzeszczeć.
Afera wokół Szpitala Południowego nie chce umrzeć śmiercią naturalną. Miała zniknąć po kilku dniach, przykryta kolejnymi wydarzeniami, jak to zwykle w polityce bywa. Tymczasem żyje własnym życiem i z każdym tygodniem znajduje nowe korytarze, nowe gabinety i nowych bohaterów. Kiedy wydawało się, że sprawa dotyczy wyłącznie jednego lekarza i jednego konkursu, nagle pojawiły się informacje o kolejnych nieprawidłowościach, zwolnieniach i kontrolach. To już nie jest pojedyncza rysa na ścianie. To zaczyna przypominać pęknięcie fundamentów.
Największy problem polega jednak na czymś innym. Wyborców nie interesują już szczegóły procedur ani liczba komisji kontrolnych. Oni bardzo szybko budują własne opowieści. A ta jest wyjątkowo prosta. W ich wyobraźni zderzyły się dwa światy. Z jednej strony człowiek, który miesiącami czeka na wizytę u specjalisty, odkłada pieniądze na prywatne badania i z pokorą siedzi na plastikowym krześle w szpitalnym korytarzu. Z drugiej strony młody działacz, dobre znajomości, szybka kariera i przekonanie, że pewne drzwi otwierają się same.
Polityka nie znosi takich obrazów. Bo z obrazami nie da się wygrać konferencją prasową.
Donald Tusk najwyraźniej doskonale to rozumie. Dlatego zrzekł się immunitetu w sprawie związanej z pozwem dotyczącym finansowania Instytutu Polski Suwerennej. W normalnie funkcjonującym państwie byłaby to wiadomość na kilkanaście sekund serwisu informacyjnego. Polityk mówi: „Nie potrzebuję immunitetu, będę odpowiadał jak każdy obywatel”. Koniec historii.
Ale Polska od dawna nie jest krajem zwyczajnych politycznych gestów. Tutaj nawet oddychanie jest interpretowane jako strategia wyborcza.
Jedni natychmiast uznali decyzję premiera za dowód pewności siebie i szacunku wobec państwa. Inni zobaczyli w niej wyłącznie zabieg wizerunkowy. Czasem odnoszę wrażenie, że gdyby którykolwiek polityk uratował tonące dziecko, następnego dnia połowa komentatorów debatowałaby, czy wskoczył do wody odpowiednio spontanicznie.
Na Węgrzech skończył się tymczasem pewien polityczny rozdział. Nowy rząd Pétera Magyara cofnął ochronę, którą gabinet Viktora Orbána wcześniej przyznał Zbigniewowi Ziobrze, jego żonie i Marcinowi Romanowskiemu. Jeszcze kilka miesięcy temu Budapeszt przedstawiano jako bezpieczną przystań dla ludzi przekonanych, że polityczne burze omijają ich szerokim łukiem. Okazało się jednak, że nawet najbardziej wygodny parasol przestaje chronić, kiedy zmienia się właściciel domu.
To bardzo pouczająca lekcja. Politycy często zachowują się tak, jakby wybory dotyczyły wyłącznie ich przeciwników. Jakby zmiana władzy była zjawiskiem atmosferycznym występującym wyłącznie za granicą. Tymczasem demokracja jest niezwykle złośliwą maszyną. Regularnie przypomina wszystkim, że gabinety mają drzwi obrotowe. Jedni właśnie wchodzą. Drudzy są przekonani, że zostaną tam na zawsze. Historia z nieukrywaną satysfakcją co kilka lat udowadnia, jak bardzo się mylą.
W Pałacu Prezydenckim także nie brakowało emocji. Karol Nawrocki zawetował ustawę o prawach i obowiązkach ucznia, tłumacząc decyzję obroną praw rodziców i sprzeciwem wobec rozszerzania kompetencji szkoły. Polska edukacja od lat przypomina stary autobus, którego kolejni kierowcy z zapałem wymieniają kierownicę, nie zauważając, że silnik od dawna wymaga kapitalnego remontu. Każda nowa ekipa zapowiada wielką reformę. Każda twierdzi, że tym razem będzie inaczej. A uczeń nadal nosi plecak cięższy od własnych marzeń, nauczyciel coraz częściej przypomina księgowego walczącego z biurokracją, a rodzice od września do czerwca żyją w przekonaniu, że szkoła powinna jednocześnie wychowywać, uczyć, pilnować, leczyć kryzysy społeczne i jeszcze zdążyć przygotować dzieci do świata, którego dorośli sami już przestają rozumieć.
Z politycznego punktu widzenia znacznie ciekawsze od prezydenckiego weta było jednak to, co działo się po cichu, z dala od kamer. Polskie Stronnictwo Ludowe znowu zaczęło rozglądać się za sojusznikami. W polityce ludowcy przypominają starego gospodarza, który przeżył wszystkie powodzie, susze i zmiany granic działki. Kiedy inni z hukiem budują nowe partie, oni cierpliwie sprawdzają, skąd wieje wiatr. Kiedy jedni ogłaszają polityczne rewolucje, oni przesuwają krzesła przy stole i zastanawiają się, z kim wypada dziś wypić kawę.
Pojawiły się więc spekulacje o ponownym zbliżeniu z ludźmi Szymona Hołowni. Jeszcze niedawno wszyscy zapewniali, że wspólna droga dobiegła końca, że każdy pójdzie własnym szlakiem i że rozstanie było definitywne. W polskiej polityce słowo „definitywnie” ma jednak mniej więcej taką samą wartość jak obietnica, że to już ostatnia rekonstrukcja rządu. Mija kilka miesięcy, zmieniają się sondaże i nagle dawni partnerzy odkrywają, że jednak mają ze sobą więcej wspólnego, niż im się wydawało.
To zresztą jedna z najbardziej niedocenianych cech polskiej sceny politycznej. Ideologie zmieniają się wolniej niż koalicje. Programy wyborcze starzeją się szybciej niż polityczne przyjaźnie. Najtrwalsze pozostaje przekonanie, że warto być blisko władzy, niezależnie od tego, kto akurat siedzi za biurkiem.
Kiedy w Warszawie liczono możliwe sejmowe układanki, za naszą wschodnią granicą znów liczono rakiety. Rosja przeprowadziła kolejny zmasowany atak na Kijów i inne ukraińskie miasta. Polska, jak wielokrotnie w ostatnich latach, poderwała myśliwce, zabezpieczając własną przestrzeń powietrzną. To już niemal rutyna. I właśnie to słowo brzmi najbardziej niepokojąco.
Rutyna. Można przyzwyczaić się do korków. Można przyzwyczaić się do drogiego masła. Można nawet przyzwyczaić się do polityków, którzy co tydzień ogłaszają koniec świata. Nie wolno przyzwyczajać się do wojny, bo każda noc, w której nad Kijowem wyją syreny alarmowe, jest nocą, w której tysiące ludzi schodzi do schronów, dzieci budzą się z płaczem, a rodzice po raz kolejny próbują udawać, że wszystko będzie dobrze. My słyszymy komunikat o poderwaniu polskich samolotów i po kilku minutach wracamy do codziennych zajęć. Oni wracają do mieszkań dopiero wtedy, gdy przestają spadać rakiety.
Rosja zresztą sama dostarczyła w czwartek materiału na polityczną groteskę. Coraz większe problemy z zaopatrzeniem w paliwo sprawiają, że na stacjach ustawiają się już nie tylko samochody, ale również maszyny rolnicze. Widok kombajnów czekających na olej napędowy przypomina sceny z kronik schyłkowego Związku Radzieckiego. Imperium, które od trzech lat przekonuje świat o swojej niezwyciężonej potędze militarnej, coraz częściej przegrywa z własną logistyką. To jedna z największych ironii tej wojny. Państwo dysponujące arsenałem nuklearnym ma problem z zatankowaniem traktora.
Historia uwielbia takie żarty. Napoleon nie przegrał dlatego, że zabrakło mu odwagi. Hitler nie przegrał dlatego, że brakowało mu przemówień. Wielkie mocarstwa częściej potykają się o własne zaplecze niż o siłę przeciwnika. Wojny wygrywa się nie tylko czołgami, ale również cysternami, magazynami i koleją. Tego nie pokazują propagandowe kroniki. To jednak właśnie logistyka bardzo często pisze ostatni rozdział historii.
Na drugim końcu świata Amerykanie już zastanawiają się, kto po Donaldzie Trumpie i jego epoce permanentnego spektaklu będzie próbował przekonać wyborców, że polityka może wyglądać inaczej. Coraz częściej pojawia się nazwisko Jona Ossoffa z Georgii – młodego senatora, którego część demokratów widzi jako jednego z kandydatów w wyborach prezydenckich w 2028 roku. Trudno dziś powiedzieć, czy rzeczywiście stanie się nową twarzą amerykańskiej polityki. Pewne jest natomiast jedno.
Po latach polityki prowadzonej niczym telewizyjne reality show coraz więcej ludzi zaczyna tęsknić za kimś, kto potrafi mówić normalnym głosem. To zaskakujące, jak bardzo świat zatęsknił za zwyczajnością. Jeszcze kilka lat temu wydawała się śmiertelnie nudna. Dzisiaj zaczyna przypominać dobro luksusowe.
Na zdjęciu dnia pojawił się Ai Weiwei. Chiński artysta pozował na tle swojej instalacji „Historia bomb”. Pomyślałem wtedy, że to chyba najbardziej trafna fotografia całego czwartku.
Bo bomby wcale nie muszą wybuchać. Niektóre eksplodują słowami. Inne pychą. Jeszcze inne zwyczajną głupotą. Jedne zostawiają po sobie lej w ziemi. Drugie tylko kompromitację, która bywa równie trwała. Człowiekowi wydaje się, że wypowiedział jedno zdanie, zrobił jeden gest, wrzucił jeden wpis do internetu, a potem przez wiele miesięcy chodzi za nim huk tej małej eksplozji.
Czwartek był właśnie takim dniem. Niby nic wielkiego się nie wydarzyło. Nie zmieniły się granice państw. Nie upadły rządy. Nie ogłoszono końca świata, a jednak co chwilę coś wybuchało. Najpierw polityczna próżność w taksówce. Potem kolejne odpryski afery w Szpitalu Południowym. Dalej weto prezydenta, które bardziej przypomina początek następnego sporu niż jego zakończenie.
Na Węgrzech historia dopisała kolejny rozdział, przypominając politykom, że azyl polityczny trwa dokładnie tak długo, jak długo trwa rząd, który go przyznał. W Rosji kombajny zaczęły ustawiać się po paliwo niczym statyści z filmu o schyłku imperium. Nad Kijowem znów zawyły syreny, przypominając wszystkim, że wojna nie bierze urlopu tylko dlatego, że zaczął się lipiec i chyba właśnie to jest najbardziej niepokojące. Przywykliśmy do alarmów, do kolejnych afer, do sondaży zmieniających się jak prognoza pogody, do polityków, którzy codziennie odkrywają nowy powód, by obrazić przeciwnika, do internetu, który każdą tragedię potrafi przerobić na mem, a każdą głupotę na całodobowy spektakl.
Żyjemy w epoce permanentnego hałasu. Wszystko dzieje się jednocześnie. Rakiety lecą nad Ukrainą, Sejm produkuje kolejne awantury, eksperci komentują ekspertów, a algorytmy cierpliwie karmią nas następną porcją oburzenia. Świat przypomina wielkie targowisko, na którym każdy krzyczy coraz głośniej, bo tylko wtedy ma nadzieję, że ktoś go usłyszy.
Przecież największe rzeczy zwykle dzieją się po cichu. Po cichu ludzie tracą zaufanie do państwa. Po cichu politycy zaczynają wierzyć, że stanowisko jest ważniejsze od przyzwoitości. Po cichu rodzi się zmęczenie, które później niespodziewanie zamienia się w wyborczą lawinę.
Historia rzadko przychodzi z fanfarami. Znacznie częściej siada cicho na ławce, zapala papierosa i cierpliwie notuje. Notuje każde niepotrzebne słowo. Każdy wybuch pychy. Każde zlekceważenie ludzi, a kiedy przychodzą wybory, tylko zamyka notes i z lekkim uśmiechem wystawia rachunek.
Chyba dlatego warto od czasu do czasu wyłączyć ten wszechobecny hałas. Nie po to, żeby przestać interesować się światem. Tylko po to, żeby znowu usłyszeć, co naprawdę ma nam do powiedzenia. Największym zagrożeniem dla demokracji nie jest krzyk. Najgroźniejsza jest chwila, w której przestajemy go w ogóle zauważać.

Dodaj komentarz