CZŁOWIEK W SZPONACH ALGORYTMU, CZYLI JAK INTERNET SPRZEDAŁ NAM WŁASNE EMOCJE

Warszawa

Majowy wieczór pachniał mokrym asfaltem i przekwitającym bzem. Nad blokowiskami wisiało ciężkie niebo, takie trochę zmęczone Polską, trochę zmęczone ludźmi, a trochę może tym, że od rana musiało patrzeć na kolejne polityczne awantury transmitowane przez internet niczym teleturniej dla ludzi o podwyższonym ciśnieniu.

W oknach mieszkań migotały telewizory i telefony. Wszędzie ten sam błękitny blask. Dawniej człowiek wieczorem siadał przy radiu, potem przy telewizorze, a dziś siedzi przy ekranie telefonu jak średniowieczny mnich przed relikwią. Tylko zamiast świętych ogląda influencerów, samozwańczych ekspertów od geopolityki i facetów z TikToka tłumaczących, że Niemcy ukrywają prawdę o cebuli, a Tusk steruje pogodą z Brukseli przy pomocy wiatraków.

I człowiek to ogląda. Nie dlatego, że jest głupi. Choć czasem pomaga. Przede wszystkim dlatego, że internet przestał być biblioteką, a stał się gigantycznym kasynem emocji, w którym algorytm siedzi przy ruletce jak spasiony krupier w czerwonej marynarce i z cynicznym uśmiechem patrzy, jak ludzie przegrywają własny rozsądek.

Ogromna część ludzi nadal wierzy, iż internet pokazuje im świat takim, jaki on jest naprawdę. To bardzo wzruszające. Mniej więcej tak samo wzruszające jak wiara, że parówki mają coś wspólnego z mięsem albo że polityk po przegranych wyborach odchodzi z godnością.

Tymczasem internet niczego nie pokazuje przypadkiem. On wszystko starannie wybiera. Każdy filmik. Każdy nagłówek. Każdą awanturę. Każde oburzenie. Każdą histerię.

To nie jest chaos. To jest biznes. A biznes wygląda dziś tak, że wielkie platformy społecznościowe handlują ludzką uwagą jak dawni cinkciarze dolarami pod Pewexem.

Człowiek przewija ekran, a ktoś po drugiej stronie właśnie zarabia na jego strachu, samotności albo wściekłości. Zuckerberg zarabia, Musk zarabia, reklamodawcy zarabiają, politycy czasem też zarabiają. Tylko obywatel siedzi wieczorem w fotelu i coraz bardziej przypomina chomika, który dobrowolnie wszedł do kołowrotka.

Algorytm bowiem nie kocha prawdy. To trzeba sobie wyryć nad ekranem telefonu złotymi literami. Algorytm kocha emocje. Im bardziej człowiek się wścieka, boi albo oburza, tym lepiej dla platformy. Człowiek spokojny jest dla internetu kompletnie bezużyteczny. Człowiek czytający książkę nie klika reklam. Człowiek spacerujący po lesie nie ogląda piętnastu rolek o zdradzie narodu i tajnym planie rowerzystów z Amsterdamu.

Dlatego algorytmy hodują emocje jak rolnik tuczniki przed świętami. Powoli. Systematycznie. Profesjonalnie.

Wystarczy wejść na Facebooka albo TikToka podczas jakiejś tragedii. Natychmiast pojawiają się samozwańczy detektywi, internetowi prokuratorzy i narodowi jasnowidze. Jeszcze nie ostygnie kawa w komisariacie, a już pół internetu wie, kto jest winny, kto kłamie, kto zdradził ojczyznę i dlaczego odpowiada za to Tusk, Niemcy albo cykliści.

Internet kocha tragedie, bo tragedia przyciąga uwagę jak kebab pijanych studentów o trzeciej nad ranem. Drastyczne zdjęcia. Krzykliwe komentarze. Fałszywe tropy. Teorie spiskowe. To wszystko rozchodzi się po sieci szybciej niż plotka w małym mieście i szybciej niż Czarnek obraża ludzi podczas konferencji prasowej.

Najbardziej bezbronni są przy tym starsi ludzie. To jest trochę smutne, a trochę tragikomiczne. Starszy pan z małego miasta siada wieczorem przed telefonem z takim zaufaniem, z jakim jego pokolenie siadało kiedyś przed Dziennikiem Telewizyjnym. Jeżeli coś jest napisane wielkimi literami i ma trzy wykrzykniki, to dla niego brzmi niemal jak komunikat z Watykanu.

I później taki człowiek kupuje cudowne tabletki z internetu, bo ktoś napisał, że leczą wszystko od reumatyzmu po złamane serce. Albo udostępnia zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję z podpisem: „Warszawa w 1938 roku”. Na zdjęciu widać tramwaj, który wygląda jak statek kosmiczny, ale to nie przeszkadza tysiącom ludzi pisać pod spodem: „PIĘKNE CZASY, NIE TO CO TERAZ”.

Cywilizacja naprawdę zrobiła dziwny zakręt. Człowiek ma w kieszeni największą bibliotekę świata, a używa jej głównie do oglądania kłótni obcych ludzi i sprawdzania, czy celebryta schudł.

Politycy oczywiście szybko zrozumieli, że internet to idealne miejsce do hodowli emocji. Kaczyński pojął to wcześniej niż wielu jego konkurentów. Stary lis z Żoliborza od dawna wiedział, że przestraszony wyborca jest bardziej lojalny niż zakochany. Dlatego przez lata budowano opowieść o oblężonej twierdzy. Niemcy czyhają. Bruksela knuje. Uchodźcy stoją pod lasem. Tusk właśnie wrócił z Berlina z walizką pełną dyrektyw i szparagów.

I miliony ludzi w to wchodziły nie dlatego, że wszystkie były naiwnymi ofiarami propagandy. Raczej dlatego, że algorytmy uwielbiają strach. Strach klika najlepiej. Strach siedzi przed ekranem godzinami. Strach udostępnia posty rodzinie. Strach komentuje wielkimi literami.

Potem przyszła Konfederacja, cały ten internetowy jarmark politycznego stand-upu dla obrażonych chłopców, którzy odkryli ekonomię po dwóch filmikach Mentzena i nagle poczuli się jak Milton Friedman po energetyku.

Mentzen opowiadał o podatkach z miną człowieka, który właśnie odkrył ogień. Bosak wyglądał zawsze tak, jakby za chwilę miał wygłosić wykład o upadku Cesarstwa Rzymskiego i szkodliwości hulajnogi elektrycznej. Braun natomiast od dawna sprawia wrażenie człowieka, który przyszedł do współczesności wyłącznie po to, żeby się na nią obrazić.

Algorytmy ich pokochały. Bo algorytmy kochają skrajności. Spokojny człowiek z umiarkowanymi poglądami jest dla internetu tak atrakcyjny jak gotowana marchewka. Nie ma klików. Nie ma awantury. Nie ma reklam.

Tymczasem demokracja żyje właśnie dzięki ludziom umiarkowanym. Dzięki tym nudnym obywatelom środka, którzy nie chcą wojny domowej o parówki, pomniki i toalety. Dzięki ludziom, którzy potrafią powiedzieć: „nie wiem”, zanim zaczną wrzeszczeć.

Dlatego tak ważne jest dziś krytyczne myślenie. Choć brzmi to jak fraza z nudnego szkolenia organizowanego przez urząd marszałkowski przy herbacie w plastikowych kubkach.

Ale naprawdę doszliśmy do momentu, w którym podstawową kompetencją obywatelską staje się umiejętność zadania sobie prostego pytania: „A może ktoś właśnie próbuje zrobić ze mnie idiotę?”.

To pytanie powinno wisieć wszędzie. W szkołach. W telewizji. Na Facebooku. Może nawet nad mównicą sejmową, choć tam byłoby szczególnie potrzebne.

Bo internet jest dziś wielkim teatrem emocji. Jedni sprzedają strach. Drudzy sprzedają gniew. Trzeci sprzedają poczucie wyjątkowości. A algorytm siedzi nad tym wszystkim jak tłusty dyrygent orkiestry i tylko sprawdza, kto jeszcze kliknie, kto jeszcze się oburzy, kto jeszcze wróci po kolejną dawkę.

I tylko czasem człowiek wychodzi wieczorem na balkon. Patrzy na ciche osiedle. Na świecące okna. Na drzewa poruszane wiatrem. Na zwyczajny świat, który istnieje poza ekranem.

I wtedy nagle dociera do niego coś naprawdę zdumiewającego. Że może największym aktem buntu we współczesnym świecie nie jest już krzyczenie. Nie jest kolejny komentarz. Nie jest polityczna wojna o wszystko.

Może największym buntem jest dziś zwykłe spokojne myślenie.

Co oczywiście dla internetu jest absolutnie nie do zniesienia. Bo człowiek, który myśli spokojnie, jest fatalnym klientem. A współczesny świat bardziej niż obywateli kocha dziś klientów.

Nawet jeśli są trochę przestraszeni, trochę samotni i coraz bardziej zmęczeni własnym telefonem. Tym małym świecącym prostokątem, który miał ludzi połączyć ze światem, a coraz częściej przypomina elektroniczną smycz dla emocji.

Piękna epoka. Naprawdę. Człowiek jeszcze nigdy nie miał tyle wiedzy pod ręką i jednocześnie nigdy tak łatwo nie dawał sobie wmówić kompletnej bzdury.

Postęp technologiczny przypomina dziś luksusowego mercedesa prowadzonego przez małpę po autostradzie we mgle. I wszyscy siedzimy w środku. Zapięci pasami. Patrzymy w ekran. I jeszcze się kłócimy, kto ma lepszą playlistę na katastrofę.


  1. Zbigniew Kędzierski

    Życie staje się snem nie mającym nic wspólnego z jawą. Niestety.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights