
Muszę przyznać, że dawno nie widziałem polityka równie szczęśliwego, choć najzabawniejsze jest nie to, czy Nawrocki rozmawiał z Trumpem 80 sekund, osiem minut czy osiem godzin. Najzabawniejsze jest to, że cała opowieść zaczyna przypominać historię wędkarza, który wrócił znad jeziora bez ryby, bez zdjęcia ryby, bez świadków złowienia ryby, ale za to z bardzo szczegółowym opisem jej rozmiarów.
Nie chodzi nawet o Donalda Trumpa, który potrafi cieszyć się z własnego odbicia w lustrze, z entuzjazmem nastolatka oglądającego pierwsze zdjęcie swojej fryzury. Chodzi o naszego prezydenta Karola Nawrockiego, który wrócił z Ameryki w stanie przypominającym człowieka, który właśnie został przyjęty do ekskluzywnego klubu fanów samego siebie.
Polska od kilku dni żyje bowiem wydarzeniem o znaczeniu historycznym. Karol Nawrocki rozmawiał z Donaldem Trumpem. Tak przynajmniej twierdzi Karol Nawrocki i jego współpracownicy. Oraz współpracownicy jego współpracowników.
Dowodów wprawdzie nie ma, ale za to entuzjazmu wystarczyłoby na oświetlenie połowy Mazowsza. Najpierw wszyscy zobaczyli słynne osiemdziesiąt sekund podczas gali UFC. To była rozmowa tak krótka, że przeciętny Polak dłużej wybiera ketchup na stacji benzynowej.
Ale później nastąpił cud. Następnego dnia okazało się, że była jeszcze rozmowa druga. Dłuższa. Poważniejsza. Historyczna. Wręcz geopolityczna. Tak przynajmniej wynika z relacji ludzi Nawrockiego. Problem polega jedynie na tym, że nie ma zdjęcia. Nie ma nagrania. Nie ma nawet przypadkowego kelnera, który powiedziałby: „Tak, widziałem, siedzieli obok siebie”.
Jest tylko opowieść, a opowieść staje się z każdą godziną coraz piękniejsza. Najpierw była rozmowa. Potem okazało się, że była długa rozmowa. Potem że głównym rozmówcą Trumpa był właśnie Nawrocki. Jeszcze kilka dni i dowiemy się zapewne, że Donald Trump przez dwie godziny siedział zasłuchany, robił notatki i pytał Karola Nawrockiego o sens życia, przyszłość NATO oraz przepis na bigos.
Cała sytuacja przypomina mi pewnego znajomego emeryta z mojego osiedla. Twierdził kiedyś, że przyjaźni się z Czesławem Niemenem. Kiedy ktoś pytał o szczegóły, odpowiadał, że raz stał obok niego na dworcu w Olsztynie. Z każdym rokiem historia stawała się coraz bogatsza. Po pięciu latach wspólnie komponowali. Po dziesięciu grali koncerty. Po piętnastu Niemen podobno konsultował z nim repertuar. Podejrzewam, że za kolejne pięć lat zostaliby braćmi.
Podobny proces obserwujemy obecnie w Pałacu Prezydenckim. Współpracownicy prezydenta zachowują się jak rodzina człowieka, który właśnie wrócił z pielgrzymki i twierdzi, że rozmawiał z archaniołem. Im mniej dowodów, tym większa wiara.
Najbardziej urzekło mnie jednak coś innego. Otóż Pałac nie tylko ogłosił sukces. Pałac ogłosił triumf. To już nie była zwykła wizyta. To była wizyta, po której wszyscy sceptycy mieli podobno zapaść się pod ziemię ze wstydu. Ludzie prezydenta zaczęli wytykać palcami dziennikarzy, komentatorów i polityków, którzy wcześniej żartowali z wyjazdu.
Nagle okazało się, że uczestniczymy nie w dyplomacji, lecz w wielkim konkursie wiary. Wierzysz w rozmowę? Jesteś patriotą. Masz pytania? Jesteś frustratem.
To bardzo wygodna metoda prowadzenia polityki. Przypomina trochę sprzedaż cudownych garnków. Jeżeli garnek nie działa, problemem nie jest garnek. Problemem jest brak wiary użytkownika.
Najbardziej rozbawiła mnie wizja, którą kreślą dziś współpracownicy prezydenta. Według niej Karol Nawrocki przywozi z Waszyngtonu instrukcje dla polskiego rządu. Donald Trump coś mu powiedział. Nawrocki coś zanotował, a teraz ministrowie mają zostać „zadaniowani”.
To słowo jest zresztą piękne. Brzmi jak połączenie wojskowego rozkazu z kursem motywacyjnym dla handlowców. Wyobrażam sobie Władysława Kosiniaka-Kamysza, który siedzi spokojnie przy biurku, gdy nagle wpada wysłannik Pałacu z kartką.
— Panie ministrze, prezydent wrócił od Trumpa.
— I?
— Ma dla pana zadanie.
— Jakie?
— Jeszcze nie wiemy, ale bardzo ważne.
Cała historia ma jednak wymiar głębszy. Polityka coraz częściej przypomina dziś media społecznościowe. Liczy się nie to, co się wydarzyło. Liczy się opowieść o tym, co się wydarzyło. Nie zdjęcie a opis zdjęcia. Nie sukces a narracja o sukcesie. Nie rzeczywistość a jej marketing.
Dlatego patrzę na tę wielką radość prezydenta z pewną czułością. Przypomina mi chłopca, który został wpuszczony na chwilę za kulisy wielkiego cyrku i wrócił przekonany, że od tej pory należy do zespołu akrobatów.
Być może rzeczywiście odbył ważną rozmowę. Być może Trump poświęcił mu więcej czasu niż wcześniej sądzono. Tego wykluczyć nie można, ale skala samozachwytu, która wylała się po spotkaniu, jest tak imponująca, że gdyby dało się ją przetwarzać na energię elektryczną, Polska mogłaby zamknąć wszystkie elektrownie węglowe.
A Donald Trump zapewne byłby zachwycony. W końcu niewielu ludzi na świecie bardziej lubi słuchać o własnej wielkości niż człowiek, który właśnie wrócił z Ameryki przekonany, że został współautorem historii, choć na razie jedynym niepodważalnym faktem pozostaje to, że uczestniczył w przyjęciu urodzinowym, co, przy obecnym poziomie politycznych emocji, za chwilę zostanie zapewne wpisane do podręczników dyplomacji obok konferencji jałtańskiej i traktatu wersalskiego.

Dodaj komentarz