
Na początku wszyscy jeszcze udawali, że będzie normalnie.
Recep Tayyip Erdoğan uśmiechał się do kamer gospodarza, Mark Rutte mówił o jedności Sojuszu, eksperci opowiadali o odstraszaniu Rosji, przyszłości Ukrainy i nowej architekturze bezpieczeństwa Europy. W kuluarach liczono kolejne miliardy na zbrojenia, analizowano rosyjskie prowokacje i zastanawiano się, jak przygotować NATO na świat, w którym Ameryka coraz wyraźniej chce robić krok w tył.
Potem pojawił się Donald Trump.
I jak to zwykle z nim bywa, szczyt NATO przestał być szczytem NATO. Zamienił się w spektakl jednego aktora, który najwyraźniej uznał, że skoro wszyscy i tak patrzą na niego, to szkoda czasu na nudną dyplomację.
Jeszcze kilka lat temu takie wystąpienie nazwano by kompromitacją. Dziś ogląda się je z dziwnym spokojem, jak kolejny odcinek serialu, którego scenarzyści dawno przestali przejmować się logiką.
Trump przyjechał do Ankary przede wszystkim dlatego, że gospodarzem był Recep Tayyip Erdoğan. Powiedział to właściwie wprost. Gdyby szczyt odbywał się w innym kraju, być może w ogóle by się nie pojawił. Artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego najwyraźniej zyskał więc nieznany dotąd przypis: obowiązuje pod warunkiem, że organizator jest ulubionym przywódcą Donalda Trumpa.
Erdoğan mógł być zadowolony. Jeszcze niedawno Turcja była karana za zakup rosyjskich systemów S-400, wyrzucono ją z programu F-35 i tłumaczono, że nie można jednocześnie kupować najnowocześniejszych amerykańskich samolotów i rosyjskiego sprzętu zdolnego poznać ich tajemnice. Brzmiało to rozsądnie. Problem z rozsądkiem polega jednak na tym, że jest mało elastyczny. Trump właśnie zapowiedział zniesienie sankcji, wychwalał Turcję jako „bardziej lojalną niż wielu sojuszników” i zasugerował powrót do programu F-35. W geopolityce Trumpa lojalność najwyraźniej polega na tym, że można kupić rosyjskie rakiety, byle później odpowiednio pochwalić gospodarza Białego Domu.
Na tym jednak dobry humor prezydenta USA właściwie się skończył.
Hiszpania okazała się „okropnym partnerem”. Włochom dostało się za brak zgody na wykorzystanie baz podczas operacji przeciw Iranowi. Niemcy i Francja również usłyszeli kolejną porcję pretensji. NATO? Trump przyznał bez ogródek, że jest na Sojusz „bardzo zły”, bo – jego zdaniem – Europa zbyt mało pomaga Ameryce, za to bardzo chętnie korzysta z jej pieniędzy i ochrony.
Obok siedział Mark Rutte i próbował sklejać rzeczywistość. Przypominał, że europejskie bazy były kluczowe dla amerykańskich operacji, że samoloty USA wykonały tysiące misji z lotnisk w Europie, a przypadki odmowy współpracy były wyjątkami, nie regułą. Wyglądało to trochę jak nauczyciel, który cierpliwie poprawia ucznia przekonanego, że dwa razy dwa równa się siedem, podczas gdy ten już opowiada klasie o kolonizacji Marsa.
Ale prawdziwy popis dopiero nadchodził.
Trump przeszedł płynnie od NATO do Grenlandii, tłumacząc, że wyspa powinna należeć do Stanów Zjednoczonych, bo Dania nie potrafi o nią odpowiednio zadbać. Wspomniał nawet, że Duńczycy przegrali z Niemcami błyskawicznie podczas II wojny światowej, więc najwyraźniej nie są najlepszymi strażnikami strategicznych terytoriów. Premier Mette Frederiksen odpowiedziała z lodowatym spokojem, że Grenlandia nie jest na sprzedaż, a Dania zamierza bronić każdego centymetra swojego terytorium. Trudno uwierzyć, że podczas szczytu NATO trzeba było publicznie przypominać, iż państwa członkowskie nie handlują między sobą własnym terytorium.
Na koniec przyszła kolej na Iran i wtedy konferencja prasowa całkowicie wymknęła się z dyplomatycznych ram. Kilka godzin wcześniej amerykańskie lotnictwo uderzyło w ponad osiemdziesiąt celów wojskowych w odpowiedzi na ataki na statki handlowe w cieśninie Ormuz. Jeszcze formalnie obowiązywało zawieszenie broni. Trump został zapytany, czy nadal istnieje.
„Moim zdaniem to już koniec” – odpowiedział.
Chwilę później dodał, że rozmowy z Teheranem są „stratą czasu”, nazwał irańskich przywódców „kłamcami”, „szumowinami”, „chorymi ludźmi”, mówił, że „coś jest z nimi nie tak”, a reżim porównał do raka, którego należy wyciąć odpowiednio wcześnie. Jednocześnie zapewnił, że jego negocjatorzy mogą dalej rozmawiać z Irańczykami, jeśli mają na to ochotę.
To chyba najlepiej oddaje styl Trumpa. W jednym zdaniu zamyka negocjacje. W następnym zostawia je otwarte. Najpierw ogłasza definitywny koniec, po czym uchyla drzwi, przez które być może za chwilę sam wróci.
Najbardziej zdumiewające nie jest jednak to, co powiedział. Najbardziej zdumiewające jest to, że sala przyjęła to niemal bez emocji.
Jeszcze kilka lat temu podobne wystąpienie wywołałoby polityczne trzęsienie ziemi. Dzisiaj świat zdaje się wzruszać ramionami. Trump obraża sojuszników, kwestionuje granice państw NATO, kończy i jednocześnie nie kończy negocjacji pokojowych, a wszystko to dzieje się podczas spotkania, którego celem miało być pokazanie jedności Zachodu.
Być może właśnie do tego najbardziej się przyzwyczailiśmy. Nie do Trumpa. Do tego, że największe mocarstwo świata potrafi zamienić debatę o wojnie, bezpieczeństwie i pokoju w coś, co chwilami bardziej przypomina transmisję z rodzinnej awantury niż spotkanie przywódców odpowiedzialnych za losy świata.
I to chyba jest najbardziej niepokojący wniosek z Ankary. Nie to, że Donald Trump znowu urządził show. Tylko to, że świat nauczył się traktować ten show jako normalność.

Dodaj komentarz