
W polskiej polityce od lat istnieje szczególny gatunek człowieka. To polityk prawicy patriotycznej. Człowiek, który zawsze wygląda tak, jakby za chwilę miał wygłosić apel poległych pod pomnikiem albo otworzyć wystawę o heroicznej historii spinacza biurowego w czasach PRL. Człowiek śmiertelnie poważny, nadmuchany jak ponton podczas wakacyjnej promocji w markecie i przekonany, że naród nie może bez niego funkcjonować nawet przez jedno popołudnie.
Karol Nawrocki wyrósł właśnie z tej politycznej szklarni. Z tej samej gleby, z której od lat wyrastają politycy PiS przypominający trochę aktorów prowincjonalnego teatru historycznego. Wchodzą na scenę z groźnymi minami, mówią o honorze, zdradzie, suwerenności i wielkiej Polsce, a człowiek siedzi przed telewizorem i ma wrażenie, że ogląda rekonstrukcję bitwy pod Grunwaldem sponsorowaną przez producenta parówek.
Przez długie miesiące opowiadano Polakom, że oto nadchodzi człowiek wyjątkowy. Człowiek mający specjalne dojścia do Donalda Trumpa. Człowiek, który jednym telefonem potrafi załatwić więcej niż cały polski MSZ razem z ambasadami, attachatami i połową NATO. Wokół Nawrockiego budowano legendę politycznego komandosa Atlantyku. W wyobraźni najbardziej zagorzałych wyznawców PiS wyglądało to zapewne tak, że Trump budzi się rano w Białym Domu, przeciera oczy i pyta ochronę, czy przypadkiem Karol już nie dzwonił.
Tymczasem rzeczywistość okazała się bardziej brutalna niż poranek po weselu działaczy Suwerennej Polski.
Wyobrażam sobie ten moment. Pałac Prezydencki. Długie korytarze. Ciężkie zasłony. Doradcy krążący po gabinetach z minami ludzi, którzy właśnie odkryli, że świat nie działa według narracji z TV Republika. Gdzieś w tle dzwoni telefon. Sekretarka poprawia okulary. Ktoś nerwowo miesza łyżeczką w zimnej kawie. A prezydent Nawrocki próbuje dodzwonić się do Donalda Trumpa niczym student błagający dziekanat o przesunięcie terminu egzaminu.
I nagle zapada cisza.
Ta szczególna cisza, która pojawia się wtedy, gdy człowiek uświadamia sobie, że był przekonany o własnej wielkości trochę bardziej niż reszta świata.
To jest właśnie najpiękniejszy moment współczesnej polskiej prawicy. Chwila, w której propaganda zderza się z rzeczywistością jak elektryczna hulajnoga z tramwajem. PiS przez lata budował przecież opowieść o swoich nadzwyczajnych relacjach z Ameryką. Kaczyński i jego dwór zachowywali się czasem tak, jakby Waszyngton był filialnym oddziałem Nowogrodzkiej, a Trump starszym kuzynem z bogatej części rodziny.
Problem polega tylko na tym, że Amerykanie traktują politykę jak biznes, a nie romantyczny poemat o biało-czerwonych sercach. Dla nich liczy się interes, wpływy, wojsko, pieniądze i globalna strategia. Tymczasem polska prawica od dawna przypomina grupę pielgrzymów przekonanych, że wystarczy kilka patriotycznych zaklęć i selfie z republikańskim politykiem, aby zostać światowym mocarstwem.
Najzabawniejsze jest jednak otoczenie Nawrockiego. To polityczny teatr osobliwości. Galeria twarzy, które wyglądają tak, jakby casting organizowano pod hasłem „znajdź człowieka zdolnego jednocześnie obrazić inteligencję i pomylić briefing z rekonstrukcją historyczną”.
Marcin Przydacz od lat sprawia wrażenie człowieka permanentnie spóźnionego na własne argumenty. Występuje przed kamerami z miną ucznia, który nie przeczytał lektury, ale bardzo liczy, że nauczyciel zapyta kolegę z pierwszej ławki. Kiedy opowiada o geopolityce, człowiek ma wrażenie, że za chwilę pokaże mapę świata narysowaną kredką świecową.
Bogucki wygląda natomiast jak urzędnik powiatowy przypadkiem teleportowany do ogólnopolskiej polityki podczas awarii systemu. Każde jego wystąpienie przypomina próbę gaszenia pożaru konewką pełną kompotu. Mówi dużo, groźnie marszczy czoło, a po kilku minutach człowiek orientuje się, że treści było mniej więcej tyle, ile mięsa w parówce za siedem złotych.
A nad tym wszystkim unosi się duch profesora Czarnka, człowieka będącego żywym dowodem na to, że polski system edukacji czasem mści się sam na sobie. Czarnek od lat przemawia tonem oburzonego proboszcza, który odkrył, że młodzież zamiast czytać Sienkiewicza ogląda TikToka. Kiedy mówi o gospodarce, nauce albo świecie współczesnym, ma się wrażenie, że internet jest dla niego podejrzanym wynalazkiem masonerii.
I właśnie ta kompania próbowała przekonać Polaków, że tylko oni mają dojścia do Trumpa, że tylko oni rozumieją Amerykę i że bez ich patriotycznego pośrednictwa Polska zostanie sama jak kiosk Ruchu na końcu świata.
A potem przyszedł kryzys związany z amerykańskimi wojskami.
I nagle okazało się, że to rząd Tuska rozmawia z Pentagonem. To Kosiniak-Kamysz wykonuje telefony, spotyka się z generałami i załatwia sprawy bezpieczeństwa państwa jak normalny minister w normalnym kraju. To Tomczyk i Zalewski jeżdżą do Waszyngtonu i prowadzą rozmowy, podczas gdy pałacowa prawica krąży wokół telefonów niczym bohaterowie komedii pomyłek.
To musiało boleć.
Bo cała polityczna opowieść Nawrockiego była zbudowana trochę jak dekoracja filmowa. Z daleka wyglądała imponująco. Patriotyczne hasła. Silna Polska. Wielkie relacje z Trumpem. Narodowa powaga. Ale wystarczył pierwszy mocniejszy podmuch rzeczywistości i okazało się, że za tą fasadą stoi kilka desek, trochę styropianu i bardzo dużo propagandowego lakieru.
PiS nadal próbuje odgrywać rolę partii odpowiedzialnej za bezpieczeństwo. Ludzie, którzy przez lata kłócili się z Europą, obrażali unijnych partnerów i opowiadali, że Niemcy chcą zniszczyć Polskę rowerami oraz Zielonym Ładem, dziś nagle odkrywają znaczenie sojuszy.
To trochę tak, jakby człowiek przez dekadę pluł sąsiadowi na wycieraczkę, a potem z oburzeniem pytał, dlaczego nikt nie chce mu pożyczyć kosiarki.
Świat się zmienia. Ameryka patrzy coraz bardziej na Chiny i Pacyfik. Europa musi brać większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. To są fakty. Twarde, zimne i mało romantyczne. Tymczasem polska prawica nadal zachowuje się jak grupa rekonstrukcyjna, która zgubiła scenariusz i próbuje improwizować patriotyzm między jednym wywiadem a drugim.
Patrzę czasem na Nawrockiego i jego otoczenie i mam wrażenie, że oni naprawdę uwierzyli we własną legendę. Uwierzyli, że wystarczy odpowiednio długo mówić o honorze, zdradzie i wielkości narodu, aby świat zaczął traktować ich jak globalnych strategów.
Ale świat jest okrutny dla ludzi zakochanych we własnym patosie. Zwłaszcza wtedy, gdy nie odbiera od nich telefonu.

Dodaj komentarz