CZERWONY DYWAN, SZCZEPIONKI I KONIEC ŚWIATA Z KANAPY

Warszawa

Druga dawka szczepionki przeciw półpaścowi poszła w lewe ramię, pneumokoki w prawe. Organizm odpowiedział buntem godnym średniowiecznego cechu szewców: gorączka, obraza majestatu i poczucie, że świat jest winny. Leżę więc na kanapie, z papierosem trzymanym jak ostatnia barykada wolności i kubkiem kawy, która smakuje jak wyrzut sumienia. Starość nie przychodzi sama. Przychodzi z opiniami.

Z tej kanapy widać wszystko wyraźniej. Historia wygląda jak stary serial, w którym aktorzy zmieniają peruki, ale dialogi wciąż te same. Oto znów czerwony dywan. Błyszczy jak świeżo umyta patelnia i prowadzi wprost do gabinetu, gdzie amerykański prezydent rozkłada go przed rosyjskim władcą z miną człowieka, który właśnie odkrył, że handel to też polityka. Przyjaźń? Nie. To raczej wspólne selfie w windzie, po którym jeden z panów sprawdza, czy portfel nadal w kieszeni.

Trump. Ego rozmiaru boiska futbolowego, rozum w trybie oszczędzania energii. Człowiek, który wierzy, że Nobla dostaje się za liczbę telefonów w kontaktach. Obiecuje pokój, a po chwili zmienia cła, ropę, kierunki i zdanie, jakby grał w trzy kubki, tylko że stawką jest planeta. Przy nim dyplomacja wygląda jak reality show z eliminacjami. Kto odpadnie dziś? Indie? Iran? Europa? Proszę nie dzwonić, państwo zagłosują portfelem.

Putin tymczasem milczy. Milczenie ma ciężkie, jak stare drzwi do bunkra. On wie, że czerwony dywan to nie tron, tylko chodnik do sklepu z pułapkami. Rosja słabnie, ale nie bankrutuje. Jest jak Terminator z lat dziewięćdziesiątych: rozsypana na kawałki, po czym zbiera się w jedną, lepką masę i wraca. Kto się cieszy, ten ma krótką pamięć. Polska Partia Schadenfreudystów już otwiera szampana, choć korki strzelają jak w tanim filmie akcji. Jutro mogą strzelać inaczej.

Na tej samej kanapie, między jednym kaszlnięciem a drugim, przypominam sobie, że liberalna demokracja nie polega na klękaniu przed sojusznikiem ani na obrażaniu własnego rozumu. I tu, ku zdumieniu moich zbolałych stawów, wchodzi Czarzasty. Cały na ironicznie. Jak mebel z PRL-u, który nagle okazał się ergonomiczny. Z dystansem, z kpiną, ale mówi rzeczy, które powinny paść z ust rządu. Tusk wie, co robi. Gdzie nie może, tam pośle Włodzimierza. Polityczna robota brudna, ale potrzebna.

PSL? Ach, PSL. Zespół obrotowy. Kręcą się jak wiatrowskaz na dachu remizy. Kosiniak-Kamysz uśmiecha się jak instruktor jogi w trakcie huraganu. Zawsze w centrum, nigdy w ogniu. Lewica? Z dystansem. Zandberg i Razem jak wieczni studenci, którzy mają rację, tylko nikt im nie da mikrofonu bez przypisu.

A po drugiej stronie barykady mamy PiS. Banda szkodników z Kaczyńskim w roli dyrygenta orkiestry, która gra na jednym instrumencie: strachu. Nawrocki i jego otoczenie? Polityczna hucpa, legislacyjne buble, teatr cieni bez widowni. Cenckiewicz, Przydacz, Bogucki – trzej muszkieterowie absurdu, każdy z własną szablą z tektury. Konfederacje? Obie. Cyrk bez tresera. Mentzen, Bosak i Braun budzą we mnie niechęć czystą jak spirytus. To nie jest pogląd. To jest odruch.

Wracam myślą do świata. USA i Rosja są skazane na konflikt. Systemowy, strukturalny, jak kłótnia sąsiadów o miejsce parkingowe. Żadne czerwone dywany tego nie zmienią. Telefoniczne pogaduszki nie anulują geopolityki. A każdy, kto wierzy w trwałą przyjaźń dwóch mocarstw nastawionych na dominację, powinien na chwilę odłożyć pilota i sięgnąć po atlas.

Gaszę papierosa. Kawa wystygła. Szczepionki działają. Marudzę dalej. Śnieg za oknem wygląda jak kołdra, pod którą świat próbuje się schować. Nie schowa się. Upadek wszystkiego? Nie. Raczej ciągłe potykanie się o własne ambicje. A my, staruchy z kanapy, mamy jedno zadanie: nie dać sobie wmówić, że czerwony dywan to droga do zbawienia. To tylko dywan. I łatwo się na nim poślizgnąć.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights