CZARNY DESZCZ NAD MOSKWĄ, BIAŁE KITLE W WARSZAWIE

Warszawa

To nie jest felieton o jednej aferze czy jednym polityku. To opowieść o świecie, który jednocześnie płonie, leczy się na specjalnych zasadach i kłóci o wszystko, a mimo to każdego ranka udaje, że funkcjonuje całkiem normalnie.

Piątek okazał się dniem wyjątkowo niesprawiedliwym dla wszystkich, którzy od polityki oczekują logiki. Świat bowiem po raz kolejny udowodnił, że nie jest zarządzany według zasad zdrowego rozsądku, lecz według scenariusza pisanego wspólnie przez satyryka, piromana i księgowego po ciężkim weekendzie.

Rankiem uwagę świata przyciągnęła Moskwa. Nad rosyjską stolicą unosił się czarny dym po największym od początku wojny ukraińskim ataku dronowym. W mediach społecznościowych Ukraińcy publikowali zdjęcia płonącej rafinerii Kapotnia z takim entuzjazmem, z jakim mieszkańcy Mazur pokazują fotografie pierwszych bocianów. Z nieba zaczął spadać czarny deszcz. Mieszkańcy Moskwy odkryli nagle, że ropa naftowa najlepiej wygląda wtedy, gdy płynie do budżetu państwa, a znacznie gorzej, kiedy spada na samochód zaparkowany pod blokiem.

Prawdziwy dramat zaczął się jednak następnego dnia. Nie dlatego, że płonęła rafineria. Rosjanie są przyzwyczajeni do płonących rzeczy. Problem pojawił się wtedy, gdy zaczęło brakować paliwa. Nic bowiem tak nie podważa wiary obywatela w potęgę imperium jak perspektywa spaceru do pracy.

Kolejki na stacjach benzynowych zaczęły przypominać sceny z późnego Związku Radzieckiego. Rosja od lat przekonuje świat, że jest energetycznym gigantem. Teraz mieszkańcy Moskwy mogli się przekonać, że gigant również potrafi stanąć bezradnie z kanistrem w ręku.

Tymczasem w Warszawie nie brakowało ani benzyny, ani dymu, ani nawet politycznego pożaru. Warszawa postanowiła bowiem udowodnić, że nie trzeba wojny, by wywołać społeczne wzburzenie. Wystarczy publiczna służba zdrowia.

Od kilku dni Polacy z fascynacją odkrywają istnienie medycznego wszechświata równoległego. W tym alternatywnym wymiarze czas płynie inaczej, kolejki nie istnieją, a wizyty odbywają się szybciej niż dostawa pizzy w centrum miasta. Problem polega wyłącznie na tym, że zwykły obywatel nie posiada do niego dostępu.

Przeciętny pacjent słyszy, że do specjalisty może zostać przyjęty w listopadzie, grudniu albo po kolejnym przejściu komety Halleya. Tymczasem okazuje się, że niektórzy szczęśliwcy potrafili znaleźć drogę do gabinetów znacznie szybciej. Demokracja jest bowiem ustrojem równych szans. Niektórzy są po prostu równiejsi.

Najbardziej fascynujące są jednak zarobki, które wypłynęły przy okazji afery. Polska od lat prowadziła narodową dyskusję o niedoborze lekarzy. Okazuje się jednak, że przynajmniej niektórzy przedstawiciele tego zawodu znaleźli skuteczny sposób na walkę z kryzysem kadrowym. Pracowali za kilku jednocześnie.

Kiedy pojawiły się informacje o miesięcznych wynagrodzeniach sięgających kilkuset tysięcy złotych, wielu Polaków przeżyło doświadczenie niemal metafizyczne. Człowiek przez całe życie słyszy o trudnej sytuacji budżetu, ograniczonych środkach i konieczności zaciskania pasa, po czym dowiaduje się, że gdzieś w publicznym systemie zdrowia istnieją pensje przypominające bardziej kontrakty napastników Premier League niż wynagrodzenia lekarzy powiatowego szpitala.

Premier Donald Tusk miał podobno nadzieję zamknąć temat w trzy dni. To bardzo ambitne założenie. W Polsce można w trzy dni zamknąć sklep spożywczy, remont chodnika albo sezon na truskawki. Nie da się natomiast zamknąć afery, która łączy publiczne pieniądze, polityczne znajomości i kolejki do lekarzy. To polityczny odpowiednik pożaru składu fajerwerków.

W cieniu tych wydarzeń świat próbował jeszcze zajmować się Bliskim Wschodem. Izrael i Hezbollah zawarły zawieszenie broni, co w tamtym regionie oznacza mniej więcej tyle, ile zawieszenie broni między sąsiadami podczas remontu klatki schodowej. Nikt nie wierzy, że potrwa wiecznie, ale wszyscy są wdzięczni za chwilę ciszy.

Donald Trump, który nie byłby sobą, gdyby choć przez jeden dzień nie pokłócił się z kimś publicznie, postanowił tym razem zaatakować Giorgię Meloni. Świat polityki coraz bardziej przypomina portal randkowy dla osób z problemami emocjonalnymi. Jeszcze wczoraj byliśmy przyjaciółmi, dziś jesteśmy wrogami, jutro być może znowu się pogodzimy. Wszystko zależy od nastroju i liczby kamer.

Tymczasem gdzieś w Hongkongu odbywały się wyścigi smoczych łodzi. Setki ludzi wiosłowały w idealnym rytmie, popychając długie łodzie przez wodę. Patrząc na zdjęcia z tej imprezy, można było odnieść wrażenie, że Chińczycy odkryli coś, czego Zachód od dawna nie potrafi odnaleźć. Umiejętność płynięcia w jednym kierunku.

Europa tymczasem przypomina załogę statku, która zwołała pięć komisji do spraw ustalenia, czy statek rzeczywiście płynie, podczas gdy pasażerowie już od dawna widzą ląd za horyzontem.

Tak minął ten piątek. W Moskwie zabrakło paliwa. W Warszawie zabrakło zaufania. Na Bliskim Wschodzie zabrakło amunicji. W polityce zabrakło wstydu. A jedynie humor, jak zwykle, pozostał w nadmiarze.

I może właśnie dlatego warto go pielęgnować. Bo gdy człowiek czyta rano, że nad Moskwą spada czarny deszcz, po południu dowiaduje się o lekarzach zarabiających fortuny w publicznym systemie, a wieczorem obserwuje kolejną awanturę światowych przywódców, zaczyna rozumieć, że poczucie humoru nie jest już formą rozrywki.

Jest wyposażeniem ratunkowym.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights