
Piątek przyniósł wiadomość fatalną dla ludzkości, cukierników i wszystkich, którzy dotychczas uważali, że kawa bez dwóch łyżeczek jest jedynie gorącą wodą o złym charakterze.
Okazuje się, że cukier może szkodzić mózgowi. I to po latach. Czyli jest trochę jak polityka: skutki pojawiają się znacznie później niż przyjemność.
Naukowcy przeanalizowali losy Brytyjczyków, którzy przyszli na świat w czasach wojennego i powojennego racjonowania cukru. W Wielkiej Brytanii do 1953 roku słodkości wydzielano obywatelom z państwową surowością, ponieważ imperium wiedziało, że człowiekowi można odebrać kolonie, ale odebranie mu herbaty z cukrem może skończyć się rewolucją.
Po zniesieniu kartek spożycie cukru niemal się podwoiło. Brytyjczycy rzucili się na słodycze jak polski poseł na wolny mikrofon.
I teraz, po ponad siedemdziesięciu latach, naukowcy zajrzeli im do mózgów. Okazało się, że osoby, które przed urodzeniem i przez pierwsze dwa lata życia miały mniej cukru, rzadziej zapadały później na demencję. Ryzyko było niższe nawet o ponad jedną piątą, a jeśli choroba się pojawiała, to później.
To odkrycie stawia pod znakiem zapytania znaczną część historii polskiego wychowania. Przez dziesięciolecia dziecko traktowano u nas jak niewielki piec hutniczy, który trzeba regularnie zasypywać węglowodanem.
Wańkowicz wymyślił słynne hasło „Cukier krzepi”. Reklamy pouczały matki, żeby nie żałowały dzieciom cukru, ponieważ daje zdrowie, siłę i wzmacnia kości.
Matki uwierzyły. Babcie uwierzyły jeszcze bardziej. Babcia zresztą do dziś uważa, że bez cukru organizm natychmiast traci wolę życia, a wychudzone dziecko zaczyna wyglądać jak ofiara liberalizmu gospodarczego.
Polska babcia nie podaje herbaty. Ona sporządza syrop. Łyżeczka stoi w szklance pionowo, a po wypiciu człowiek przez pół godziny widzi kolory, których nie przewiduje paleta Pantone.
Szczególnie ciekawy jest jednak moment zniesienia brytyjskiego racjonowania. Gdy państwo przestało ograniczać cukier, spożycie podskoczyło z około dziesięciu do dwudziestu kostek dziennie.
Wniosek jest niezwykle ważny dla antropologii. Człowiek, gdy tylko odzyska wolność, najpierw robi sobie krzywdę. Dopiero później pisze książkę o wolności.
To samo wydarzyło się z papierosami, alkoholem, samochodami, mediami społecznościowymi i komentarzami pod artykułami. Zakaz działa jak korek od szampana. Kiedy wylatuje, wszyscy są szczęśliwi, dopóki ktoś nie dostanie nim w oko.
Jeszcze ciekawsze są badania nad żywnością ultraprzetworzoną. Amerykańscy naukowcy porównują metody przemysłu spożywczego do dawnych praktyk koncernów tytoniowych.
Jedzenie nie ma już po prostu smakować. Ma człowieka złapać. Ma chrupać w odpowiednim momencie. Rozpuszczać się z właściwą prędkością. Pachnieć trochę mocniej, niż pozwoliłaby natura. Mieć tyle soli, cukru i tłuszczu, żeby mózg powiedział: wystarczy, po czym ręka odpowiedziała: jeszcze trzy.
Chips nie jest już ziemniakiem. Jest projektem badawczo-rozwojowym. Herbatnik nie jest ciastkiem. Jest pułapką neurologiczną posypaną cukrem pudrem. A napój gazowany to właściwie płynna aplikacja mobilna: natychmiastowa nagroda, dużo kolorów i po chwili chcesz otworzyć następną.
Przemysł spożywczy bardzo dokładnie nauczył się człowieka. Wie, że człowiek nie pragnie tego, co zdrowe. Pragnie tego, co obiecuje natychmiastowe szczęście i nie wymaga obierania marchewki. Marchewka ma zresztą fatalny marketing. Nie eksploduje smakiem. Nie ma limitowanej edycji. Nie jest „mega”. Nie jest „crispy”. Nie ma nadzienia. Leży bezczelnie naga na stoisku i liczy na dojrzałość konsumenta. Nic dziwnego, że przegrywa.
Cała współczesna cywilizacja została właściwie zbudowana na przekonaniu, że człowieka trzeba nieustannie nagradzać. Obudziłeś się — batonik. Pojechałeś do pracy — kawa z syropem karmelowym. Wytrzymałeś zebranie — drożdżówka. Wróciłeś do domu — chipsy. Przeżyłeś wiadomości — alkohol.
Życie zamieniło się w program lojalnościowy, w którym nagrodą za przetrwanie poniedziałku jest możliwość pogorszenia sobie wyników badań we wtorek.
Polityka odkryła ten mechanizm znacznie wcześniej niż dietetycy. Ona również jest dziś ultraprzetworzona. Zwykła informacja nie wystarcza. Musi chrupać.
Nie można powiedzieć, że przeciwnik się myli. Trzeba oznajmić, że zdradził. Nie wystarczy spór o podatek. To musi być rabunek Polaków. Nie może padać deszcz.Musi nastąpić klęska rządu.
Politycy tak samo jak producenci przekąsek odkryli „punkt błogości” konsumenta. W jedzeniu jest nim idealna proporcja soli, cukru i tłuszczu. W polityce — strachu, gniewu i poczucia własnej wyższości. Po odpowiednim wymieszaniu obywatel nie potrafi przestać. Wchodzi do internetu tylko sprawdzić pogodę, a po czterdziestu minutach wie już, kto zdradził Polskę, kto ukradnie mu mieszkanie i dlaczego upadek cywilizacji nastąpi przed obiadem.
Najbardziej interesująca jest jednak wspólna filozofia obu przemysłów. Przemysł spożywczy przez lata twierdził, że wszystko jest kwestią indywidualnego wyboru.
Nikt przecież nie każe człowiekowi zjadać całej paczki. Oczywiście. Paczka została jedynie zaprojektowana przez sztab chemików, technologów, psychologów, marketingowców i analityków po to, żeby człowiek zjadł całą. Ale decyzja była całkowicie wolna.
Podobnie działa internet. Algorytm wie, co nas drażni, czego się boimy, czego nienawidzimy i na czym zatrzymujemy palec o pół sekundy dłużej.
Następnie podaje nam dokładnie to. Po czym dowiadujemy się, że po prostu sami wybraliśmy treści. To wolność w restauracji, w której kelner przez dwie godziny szepcze do ucha „sernik”, a potem gratuluje samodzielnej decyzji o deserze.
Dlatego być może naprawdę potrzebujemy nowych ostrzeżeń. Nie tylko na papierosach. Także na jedzeniu. Na wielkiej paczce chipsów powinno być napisane: „Producent przewidział, że zjesz całość”.
Na batoniku: „To nie jest nagroda za ciężki dzień. To jest batonik”.
Na litrowym kubku napoju: „Pragnienie prawdopodobnie minęło siedemset mililitrów temu”.
A na pudełku z płatkami śniadaniowymi przedstawiającymi wysportowane dziecko: „Model na zdjęciu prawdopodobnie tego nie je”.
Największy problem polega jednak na tym, że ostrzeżenia szybko przestają działać. Człowiek jest stworzeniem nadzwyczaj zdolnym do oswajania zagrożeń. Na papierosach można wydrukować płuca przypominające wykładzinę po pożarze, a palacz spokojnie zasłoni fotografię kciukiem i zapali. Na butelce alkoholu można umieścić ostrzeżenie o wątrobie, nowotworach i śmierci. Konsument przeczyta, westchnie i naleje drugą kolejkę za zdrowie autora.
Dlatego zaczynam podejrzewać, że nie jesteśmy gatunkiem szczególnie podatnym na argumentację. Człowiek nie zawsze wybiera to, co dobre. Najczęściej wybiera to, co leży najbliżej pilota. Co prowadzi nas z powrotem do cukru.
Naukowcy nie twierdzą, że jedna kostka cukru odbiera człowiekowi pamięć, a druga sprawia, że zapomina PIN do karty. Badanie jest obserwacyjne i pokazuje zależność statystyczną, a nie prostą receptę na nieśmiertelny mózg.
I bardzo dobrze, bo nauka ma tę cudowną cechę, że zwykle mówi: „to skomplikowane”. W przeciwieństwie do internetu, gdzie po dziesięciu minutach od publikacji badania pojawi się zapewne specjalista wyjaśniający, że cukier powoduje demencję, drugi, że cukier ją leczy, trzeci, że demencja nie istnieje, oraz Jerzy Zięba z witaminą.
Ale jedna rzecz wydaje się rozsądna. Dzieci prawdopodobnie nie potrzebują dwudziestu kostek cukru dziennie. Dorośli zresztą też nie.
Nikt również nie potrzebuje codziennie dwudziestu kostek politycznego oburzenia, piętnastu minut nienawiści przed śniadaniem i trzech porcji katastrofy narodowej przed kolacją.
Mózg ma ograniczoną pojemność. Jeżeli przez cały dzień napełniamy go cukrem, reklamą, alarmem, skandalem, powiadomieniem i człowiekiem wrzeszczącym w telefonie, wieczorem może już nie zostać miejsca na rzecz najbardziej niebezpieczną dla współczesnego przemysłu spożywczego, internetowego i politycznego.
Na myśl.
Dlatego przed weekendem warto przeprowadzić mały eksperyment. Kawa bez trzeciej łyżeczki. Śniadanie, którego nie zaprojektował dział marketingu. Telefon trochę dalej. Spacer. Książka. Kolacja z ludźmi, którzy nie pytają przed deserem, na kogo głosowałeś.
I odrobina nudy. Nuda jest dziś produktem niemal luksusowym. Nie ma cukru, soli, powiadomień, czerwonego paska ani natychmiastowej nagrody, a jednak podejrzewam, że właśnie ona najlepiej krzepi.
Wańkowiczowi byłoby przykro. Ale mózg może być wdzięczny.

Dodaj komentarz