CUD NAD SAFE, CZYLI JAK ZOSTAĆ OJCEM DZIECKA, KTÓREGO SIĘ WCZEŚNIEJ NIE UZNAWAŁO

Warszawa

Polska polityka jest czasami podobna do prowincjonalnego wesela, na którym o drugiej nad ranem ten sam wujek najpierw przewraca stół, potem obraża orkiestrę, następnie wyrzuca akordeonistę za drzwi, a o świcie wygłasza wzruszającą mowę o tym, jak bardzo od początku wspierał rozwój kultury muzycznej w kraju. Właśnie wtedy wszyscy orientują się, że nie uczestniczą już w przyjęciu weselnym, tylko w seminarium poświęconym pamięci wybiórczej.

Karol Nawrocki dokonał bowiem rzeczy, która nawet w polskiej polityce zasługuje na osobną gablotę. Oto prezydent, który jeszcze kilka miesięcy temu przedstawiał program SAFE niemal jako brukselski taran wymierzony w polską suwerenność, dziś z czułością godną ojca obserwującego pierwszy występ dziecka w szkolnym teatrzyku opowiada, że polski przemysł zbrojeniowy będzie rozwijał się właśnie dzięki środkom płynącym z tego programu.

To jest metamorfoza tak spektakularna, że nawet motyl patrzyłby na nią z niedowierzaniem.

Jeszcze w marcu słyszeliśmy, że zagraniczny kredyt jest zagrożeniem dla niezależności państwa, że gdzieś za horyzontem czają się złowrogie siły Brukseli, które tylko czekają, by odebrać Polakom wolność, godność, niepodległość, a być może również pilota od telewizora. Wtedy SAFE przedstawiano niemal jako finansową wersję konia trojańskiego, tyle że zamiast wojowników w środku siedzieli unijni urzędnicy z kalkulatorami.

Minęło kilka miesięcy i nagle okazuje się, że ten sam program jest tlenem dla polskiej zbrojeniówki.

Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy SAFE przeszedł cudowną przemianę, czy może jednak przemianę przeszedł ktoś inny.

Najbardziej rozczulająca jest przy tym konsekwencja całego obozu. Gdy program pojawiał się na horyzoncie, opowiadano o nim z miną strażaka, który właśnie odkrył pożar w składzie amunicji. Kiedy jednak okazało się, że do Polski popłyną dziesiątki miliardów euro, że fabryki będą produkować więcej, że wojsko będzie kupować więcej, a gospodarka będzie miała z tego wymierne korzyści, nagle zaczęło się wielkie narodowe odkrywanie SAFE.

Jeszcze chwila, a dowiemy się zapewne, że pierwszą koncepcję programu naszkicował Karol Nawrocki na serwetce podczas rodzinnego obiadu, a Ursula von der Leyen tylko przypadkiem znalazła notatki.

W polskiej polityce istnieje bowiem szczególny gatunek sukcesu. Jest to sukces, który najpierw trzeba zwalczać, później blokować, następnie krytykować, potem podważać, a na końcu koniecznie się pod niego podpiąć.

To trochę tak, jakby ktoś przez pół roku przekonywał sąsiadów, że budowa mostu jest katastrofalnym pomysłem, następnie próbował zatrzymać budowę, potem skarżył projekt do wszystkich możliwych instytucji, a po otwarciu przeprawy przeciął wstęgę i opowiadał dziennikarzom, że od początku wierzył w rozwój infrastruktury.

Szczególnie zabawnie wyglądało zamieszanie wokół tłumaczeń. Premier Tusk wrzucił krótki fragment wypowiedzi prezydenta. Rzecznik prezydenta odpowiedział, że trzeba słuchać do końca. To zresztą stały element współczesnej polityki. Gdy fakty są niewygodne, zawsze pojawia się ktoś, kto tłumaczy, że problem nie polega na tym, co zostało powiedziane, lecz na tym, że słuchano niewłaściwego fragmentu.

To trochę tak, jakby człowiek przyłapany na jedzeniu tortu tłumaczył, że został źle zrozumiany, ponieważ nikt nie obejrzał nagrania od momentu zakupu mąki.

Cała sprawa byłaby tylko zabawna, gdyby nie dotyczyła bezpieczeństwa państwa. SAFE nie jest przecież konkursem recytatorskim ani wojną memów na portalu społecznościowym. Chodzi o dziesiątki miliardów euro przeznaczone na obronność, przemysł i przygotowanie Europy na czasy, które niestety coraz bardziej przypominają epokę, w której historia znowu zaczęła chodzić po ulicach w wojskowych butach.

Dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że obserwujemy nie tyle zmianę poglądów, ile kolejną odsłonę wielkiej narodowej dyscypliny sportowej, w której od lat specjalizuje się część polskiej prawicy.

Dyscyplina ta polega na tym, że najpierw trzeba wykrzyczeć, iż coś jest zdradą, później uznać to za konieczność, następnie za sukces, a na końcu za własny sukces.

W tej konkurencji zdobyliśmy już tyle medali, że moglibyśmy organizować mistrzostwa świata.

Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że wszystko dzieje się przy całkowitej powadze uczestników. Nikt się nie śmieje. Nikt nie mruga okiem. Nikt nie mówi: „No dobrze, przesadziliśmy”. Przeciwnie. Każdy kolejny zwrot akcji przedstawiany jest z miną człowieka odkrywającego nową planetę, a przecież obywatel ma jeszcze pamięć. Może nie zawsze doskonałą, może czasem zawodną, ale jednak wystarczającą, by przypomnieć sobie, kto kilka miesięcy temu straszył SAFE, a kto dziś przedstawia go jako tlen dla gospodarki i być może właśnie dlatego cała ta historia jest tak fascynująca. Nie opowiada ona bowiem o programie zbrojeniowym ani o unijnych kredytach. Opowiada o polityce, która coraz częściej przypomina teatr objazdowy wystawiający codziennie nową wersję tego samego spektaklu.

Zmieniają się dekoracje. Zmieniają się kostiumy. Zmieniają się kwestie, tylko pamięć widzów wciąż psuje przedstawienie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights