CHŁÓD DLA WYBRANYCH

Warszawa

Nie wiem, kiedy to się stało. Naprawdę nie wiem.

Pamiętam czasy, kiedy człowiek poznawał zamożnego sąsiada po Mercedesie. Potem po basenie. Jeszcze później po panelach fotowoltaicznych, które świeciły się na dachu jak ordery za zasługi dla transformacji energetycznej.

A dziś? Dziś prawdziwego bogacza poznaje się po tym, że gdy zaprasza cię do domu, mówi:

– Wejdź szybko… bo ucieknie chłód.

To jest zdanie, które dwadzieścia lat temu brzmiałoby jak fragment powieści science fiction. Dzisiaj brzmi jak deklaracja majątkowa. Wchodzisz do takiego mieszkania i od razu czujesz, że właściciel należy do wyższej klasy społecznej. Nie dlatego, że ma marmury. Marmury są przecież gorące jak patelnia. Nie dlatego, że ma złote klamki, ale dlatego, że w salonie jest dwadzieścia dwa stopnie. Dwadzieścia dwa! To już nie temperatura. To luksus. To stan ducha. To nowa arystokracja.

Reszta społeczeństwa siedzi tymczasem w blokach z wielkiej płyty, które od czerwca do września przypominają piec do wypalania ceramiki. Człowiek otwiera okno i wpuszcza do mieszkania coś pomiędzy Saharą a piekarnikiem z termoobiegiem.

Kiedyś babcia mówiła:

– Nie otwieraj piekarnika, bo ciasto opadnie.

Dzisiaj mówi:

– Nie otwieraj okna, bo mieszkanie się zagotuje.

To jest postęp. Niezwykły. Jeszcze bardziej niezwykłe jest jednak to, że przez całe dziesięciolecia Europejczycy z dumą opowiadali Amerykanom, że nie potrzebują klimatyzacji.

– My mamy grube mury.
– My mamy rolety.
– My mamy przeciąg.

Przeciąg!

Naród, który przez sto lat leczył wszystkie choroby przeciągiem albo ich brakiem, nagle odkrył, że przeciąg przy czterdziestu stopniach działa mniej więcej tak skutecznie, jak wachlowanie pieca hutniczego gazetą.

Europa długo wierzyła, że wystarczy zamknąć okiennice. Natura odpowiedziała:

– Świetny pomysł. Teraz zamknijcie jeszcze oczy.

I zrobiło się czterdzieści dwa stopnie.

Amerykanie śmiali się z nas od dawna. U nich klimatyzator jest tak oczywisty jak lodówka. Wchodzisz do sklepu spożywczego i dostajesz hipotermii między nabiałem a pomidorami. U nas wejście do supermarketu stało się przeżyciem mistycznym.

Ludzie nie idą już do galerii handlowych na zakupy. Idą na rekolekcje termiczne. Krążą między regałami z ręcznikami, udając zainteresowanie promocją na komplet pościeli, choć tak naprawdę chcą jeszcze pięć minut pożyć w dwudziestu trzech stopniach.

Najdłużej studiowanym produktem w Polsce nie jest już telewizor. Jest zamrażarka. Człowiek stoi przed nią z miną filozofa. Czyta etykietę mrożonych pierogów przez kwadrans. Potem przechodzi do lodówek. Otwiera. Zamyka. Otwiera. Zamyka. Pracownik sklepu podchodzi i pyta:

– W czym mogę pomóc?

– W niczym. Rozmawiam z chłodem.

Najbardziej rozbawia mnie jednak to, że chłód stał się walutą. Dawniej bogaty częstował koniakiem. Dzisiaj częstuje temperaturą.

– Napijesz się czegoś?

– Nie, dziękuję.

– To może posiedzisz pięć minut przy nawiewie?

To jest dopiero oferta premium. Za chwilę portale randkowe będą miały nowe rubryki.

Wzrost. Wykształcenie. Zainteresowania. I najważniejsze: Klimatyzacja: TAK.

Wyobrażam sobie pierwszą randkę.

– Kochanie, czym się zajmujesz?

– Jestem architektem.

– A klimatyzację masz?

– Mam.

– Nie mów nic więcej. Rodzicom cię przedstawiam.

Coraz częściej słyszę też nowe powiedzenie. „On jest z chłodnego domu.” Brzmi prawie jak dawne „z dobrego domu”, a przecież jeszcze niedawno największym problemem rodzinnych wizyt było to, że ciocia za mocno dogrzewała kaloryfer. Dzisiaj największym komplementem jest:

– U Krysi było tak zimno, że aż założyłem sweter.

To odpowiednik zaproszenia do loży VIP i tylko politycy pozostają niewzruszeni. Jedni obiecują tani prąd. Drudzy zieloną transformację. Trzeci sadzenie drzew. Czwarty budowę elektrowni, a obywatel marzy o jednym. Żeby pilot od klimatyzacji miał baterie, bo kiedy temperatura dochodzi do czterdziestu stopni, człowiek przestaje pytać o ideologie. Interesuje go wyłącznie to, czy urządzenie wyświetli magiczne słowo: COOL.

Dożyliśmy pięknych czasów. Kiedyś pytano: – Na czym śpisz? Dzisiaj: – W ilu stopniach śpisz?

Kiedyś zazdrościliśmy sąsiadowi nowego samochodu. Dzisiaj zazdrościmy mu rachunku za prąd, którego nawet nie sprawdza.

Tylko jedno mnie pociesza. Za pół roku znów przyjdzie zima. Polacy, zgodnie z odwieczną tradycją, będą narzekać, że jest za zimno, bo jesteśmy chyba jedynym narodem na świecie, który potrafi jednocześnie tęsknić za latem w styczniu i za styczniem w lipcu.

A klimat? Klimat cierpliwie notuje te nasze pretensje, po czym co roku podkręca termostat o kolejne pół stopnia. Jakby chciał nam powiedzieć:

– Skoro i tak zawsze narzekacie, to przynajmniej niech będzie wam naprawdę gorąco.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights