
Sobota ma tę cudowną właściwość, że człowiek powinien myśleć o jeziorze, cieniu starego dębu i zimnym arbuzie, a nie o polityce. Zwłaszcza gdy termometr zbliża się do czterdziestu stopni, asfalt zaczyna przypominać rozpuszczoną czekoladę, a mózg funkcjonuje mniej więcej tak sprawnie jak klimatyzacja w pociągu PKP sprzed dwudziestu lat. Postanowiłem więc zrobić sobie przerwę od krajowych sporów. Zostawiłem w spokoju naszych wiecznie obrażonych patriotów, zawodowych tropicieli zdrady narodowej i polityków, którzy codziennie odkrywają nową katastrofę, najlepiej cudzym kosztem.
Pomyślałem: polecę myślami za Atlantyk. Tam przecież jest spokojniej. To był błąd porównywalny z uznaniem, że rekin wygląda na sympatycznego, bo się uśmiecha.
Ameryka pod rządami Donalda Trumpa przypomina dziś luksusowy liniowiec, którego kapitan co godzinę zmienia kurs, jednocześnie zapewniając pasażerów, że właśnie pobił rekord stabilności żeglugi. Jeszcze przed śniadaniem płyniemy na Grenlandię, po lunchu grozimy Iranowi, po deserze nakładamy cła na Europę, a wieczorem ogłaszamy, że wszyscy nas kochają bardziej niż kiedykolwiek w historii ludzkości. Gdyby Kolumb miał taki styl zarządzania wyprawą, do dziś szukałby portu w Lizbonie.
Przez lata można było machnąć ręką. Trump mówił jedno, robił drugie, następnego dnia zaprzeczał obu wersjom i świat jakoś to znosił, bo za tym chaosem stało państwo, które od zakończenia II wojny światowej było fundamentem zachodniego bezpieczeństwa. Dolar pozostawał walutą zaufania, amerykańskie gwarancje były czymś więcej niż deklaracją prasową, a prezydent USA – niezależnie od nazwiska – reprezentował państwo przewidywalne.
Dzisiaj coraz więcej sojuszników dochodzi do nieprzyjemnego wniosku, że największym problemem Ameryki nie jest Rosja, Chiny ani Iran. Największym problemem jest pytanie, czy Waszyngton jutro będzie jeszcze pamiętał to, co obiecał wczoraj. To nie jest drobiazg. W polityce międzynarodowej pamięć kosztuje więcej niż lotniskowiec.
Najlepiej było to widać podczas ostatnich tygodni. Wojna z Iranem miała być kolejnym spektaklem siły. Miała pokazać światu prezydenta, który jednym wpisem w mediach społecznościowych zatrzymuje wojny, przesuwa granice i zmusza przeciwników do kapitulacji. Tymczasem świat zobaczył coś znacznie mniej widowiskowego, ale za to bardziej pouczającego.
Cieśnina Ormuz, przez którą przepływa blisko jedna piąta światowego handlu ropą naftową i ogromna część transportu skroplonego gazu, ponownie znalazła się na pierwszych stronach gazet. Wystarczyło kilka dni napięcia, by cena baryłki ropy skoczyła o kilkanaście procent, europejskie giełdy dostały zadyszki, a ministrowie energii zaczęli gorączkowo przypominać sobie, po co właściwie budowano terminale LNG i magazyny gazu. Okazało się, że jedno geopolityczne kichnięcie na Bliskim Wschodzie potrafi wywołać przeziębienie w Berlinie, Warszawie i Paryżu.
Trump oczywiście ogłosił sukces. Trump ogłasza sukces równie często, jak inni ludzie sprawdzają prognozę pogody. Problem polega na tym, że nawet część amerykańskich komentatorów zaczęła zauważać, iż kolejne „historyczne zwycięstwa” przypominają bardziej kosztowne remisy niż triumfy. Ian Bremmer pisał o erozji amerykańskiej wiarygodności. Fiona Hill ostrzegała, że europejscy sojusznicy coraz częściej planują własne bezpieczeństwo tak, jakby Waszyngton przestał być przewidywalym partnerem. Lawrence Freedman przypominał z kolei rzecz banalną, ale fundamentalną: odstraszanie działa wyłącznie wtedy, gdy przeciwnik wierzy, że naprawdę wiesz, co zamierzasz zrobić.
Tymczasem z Białego Domu coraz częściej płynie komunikat przypominający improwizację jazzową. Niby są nuty, ale nikt nie wie, jaki będzie następny takt.
Jeszcze bardziej wymowne były reakcje Europy. Jeszcze rok temu zdjęcie z Trumpem było dla wielu polityków prawicy przepustką do świata wielkiej polityki. Dzisiaj coraz częściej działa jak fotografia z imprezy, o której następnego dnia wszyscy chcieliby zapomnieć.
Giorgia Meloni, przedstawiana niegdyś jako najbliższa europejska sojuszniczka Trumpa, publicznie odpowiedziała mu, że jej popularność nie jest jego sprawą. Jordan Bardella uznał prezydenta USA za polityka nieobliczalnego. W Niemczech nawet część środowisk AfD zaczęła ograniczać ostentacyjne kontakty z Waszyngtonem przed wyborami regionalnymi. Nigel Farage, który przez lata politycznie żywił się trumpizmem, coraz ostrożniej dawkuje zachwyty, bo brytyjscy wyborcy zaczęli dostrzegać, że chaos nie jest programem gospodarczym.
To chyba największa porażka Trumpa. Nie przegrał wyborów w Europie, bo w nich nie startuje. Stracił coś znacznie cenniejszego – polityczną atrakcyjność. Stał się dla wielu dawnych sojuszników ryzykiem wizerunkowym.
Paradoks polega na tym, że człowiek, który obiecywał uczynić Amerykę znowu wielką, przyspieszył proces, o którym europejscy stratedzy mówili od dawna, ale którego nikt nie traktował poważnie. Coraz więcej państw inwestuje dziś miliardy euro we własny przemysł obronny, zwiększa wydatki wojskowe, rozwija produkcję amunicji i uzbrojenia nie tylko z powodu rosyjskiej agresji, lecz również dlatego, że przestało wierzyć, iż każde kolejne amerykańskie wybory pozostawią niezmienioną architekturę bezpieczeństwa Zachodu.
Na ostatnim szczycie NATO państwa europejskie zobowiązały się do stopniowego zwiększenia wydatków na obronność do poziomu niespotykanego od zakończenia zimnej wojny. Owszem, jest w tym strach przed Rosją. Ale równie silna jest obawa przed politycznym rollercoasterem w Waszyngtonie. Sojusz, który przez dekady opierał się na amerykańskiej przewidywalności, musi dziś budować własne zabezpieczenia na wypadek… amerykańskiej nieprzewidywalności. Historia naprawdę ma poczucie humoru.
Trump wydaje się przekonany, że geopolityka działa jak rynek apartamentów na Manhattanie. Wszystko można sprzedać, kupić, wynegocjować, zamienić na lepszą ofertę. Sojusz jest kontraktem. Wojna negocjacją. Demokracja produktem premium. Cła narzędziem perswazji. A świat – klientem, który zawsze wróci.
Tyle że geopolityka jest klientem wyjątkowo kapryśnym. Nie uznaje marketingu za substytut strategii. Nie przyjmuje konferencji prasowych zamiast logistyki. Nie wierzy w hasło „największy sukces w historii”, jeśli liczby mówią coś zupełnie innego.
A liczby bywają okrutne. Amerykański deficyt handlowy nie zniknął mimo kolejnych wojen celnych. Inwestorzy coraz częściej uwzględniają ryzyko polityczne związane z decyzjami Białego Domu. Europejskie firmy przyspieszają dywersyfikację rynków. Nawet dolar, choć pozostaje najważniejszą walutą świata, nie jest już traktowany jako symbol absolutnej stabilności politycznej. To nie jest jeszcze kryzys imperium. To są jednak pierwsze rysy na jego najcenniejszym kapitale – wiarygodności.
Największą porażką każdego polityka nie jest przegrana bitwa. Jest moment, w którym jego słowa przestają kogokolwiek zaskakiwać, przekonywać albo przerażać. Kiedy stają się tylko hałasem w tle. To trochę jak alarm samochodowy, który wyje tak często, że nikt już nie podnosi głowy.
Trump przez lata był politycznym trzęsieniem ziemi. Dzisiaj coraz częściej przypomina telewizor zostawiony w poczekalni lotniska. Co chwilę coś mówi. Wszyscy słyszą. Coraz mniej osób słucha.
To zła wiadomość nie tylko dla niego. Świat potrzebuje bowiem Ameryki silnej, przewidywalnej i wiarygodnej. Nie Ameryki, która codziennie rano losuje własną politykę zagraniczną niczym numery w loterii.
Historia uczy, że imperia nie rozpadają się wyłącznie dlatego, że przegrywają wojny. Rzym nie zniknął po jednej bitwie. Imperium Brytyjskie nie rozsypało się po jednym kryzysie. Związek Radziecki nie upadł z dnia na dzień. Najpierw słabnie zaufanie. Potem pękają sojusze. Dopiero na końcu przychodzą spektakularne finały, które historycy lubią opisywać jako nagłe, choć w rzeczywistości dojrzewały przez lata.
Najdroższą walutą świata nie jest dolar. Jest nią zaufanie i właśnie dlatego nawet najpotężniejsze państwo świata powinno uważać, aby nie roztrwonić go szybciej, niż drukuje własne banknoty.

Dodaj komentarz