
Wiosna ma tę przewagę nad polityką, że przychodzi co roku i nie potrzebuje rzecznika prasowego. Dziś rano siedziałem na balkonie z kubkiem kawy, który w moim wieku jest już bardziej lekarstwem niż napojem, i patrzyłem na drzewa budzące się do życia. Młode liście rozwijały się na gałęziach z uporem księgowej sprawdzającej faktury. Kosy urządzały koncert tak głośny, jakby od wyniku ich śpiewu zależał los europejskiej cywilizacji. Świat wyglądał spokojnie. Wręcz podejrzanie spokojnie.
Doświadczenie człowieka po siedemdziesiątce podpowiada jednak, że kiedy świat wygląda spokojnie, to znaczy, że gdzieś politycy właśnie kombinują, jak zepsuć ludziom humor.
Włączyłem więc komputer. To był błąd. Najpierw wyskoczył Donald Trump. Potem Putin. Potem Armenia. Potem wojna. Potem sondaże. Potem groźby. Potem kolejne sondaże. A ja nagle poczułem się jak pasażer autobusu, który przypadkiem usiadł między dwoma pijanymi filozofami. Jeden tłumaczy, że jest Napoleonem, drugi przekonuje, że rozmawia z kosmitami. Kierowca śpi. Autobus jedzie sto kilometrów na godzinę. A wszyscy pasażerowie udają, że sytuacja jest całkowicie normalna.
Donald Trump przypomina dziś właśnie takiego pasażera. Człowieka, który przez lata przekonywał wszystkich, że zna drogę do Amerykańskiej Ziemi Obiecanej, a teraz coraz więcej ludzi zaczyna zauważać, że autobus krąży w kółko po parkingu.
Jeszcze niedawno ruch MAGA wyglądał jak wielka religia polityczna. Trump był prorokiem, kapłanem i świętą relikwią w jednej osobie. Każdy jego gest interpretowano jak objawienie. Każdy wpis w mediach społecznościowych analizowano niczym starożytne zwoje znalezione w grotach nad Morzem Martwym. Jeżeli kichnął, eksperci zastanawiali się, czy jest to sygnał dla Chin. Jeżeli mrugnął, spekulowano, czy rozpocznie wojnę handlową z Kanadą.
Dzisiaj ten sam Trump zaczyna przypominać właściciela restauracji, który wyrzucił wszystkich kucharzy, bo nie chwalili wystarczająco głośno jego kotleta.
Republikanie znaleźli się bowiem w sytuacji godnej komedii Barei. Aby wygrać prawybory, muszą kochać Trumpa bardziej niż własne dzieci, własne psy i własne konta bankowe. Aby wygrać wybory powszechne, muszą natomiast przekonać umiarkowanych wyborców, że właściwie nie są aż tak trumpowi, jak wyglądają. To polityczna wersja próby jednoczesnego siedzenia na dwóch stołkach ustawionych na lodzie.
Coraz więcej republikańskich strategów przyznaje, że poparcie Trumpa zaczyna działać jak stary kredyt hipoteczny. Na początku wydaje się błogosławieństwem. Potem człowiek odkrywa, że będzie go spłacał do końca życia. Nawet Tucker Carlson, dawny naczelny ministrant trumpizmu, zaczął opowiadać o śmierci ruchu MAGA. To trochę tak, jakby grabarz przyszedł na własny pogrzeb i narzekał na jakość trumny.
Sondaże wyglądają dla Trumpa jeszcze gorzej. Rekordowa dezaprobata. Coraz słabsze wyniki wśród wyborców niezależnych. Spadające poparcie nawet we własnym elektoracie. Szczególnie bolesne są oceny gospodarki, bo to właśnie gospodarka miała być jego koronnym argumentem. Tymczasem coraz więcej Amerykanów patrzy na ceny tak samo, jak Polacy patrzyli kiedyś na ceny masła – z mieszaniną niedowierzania, rozpaczy i potrzeby użycia słów nieparlamentarnych.

Ale nawet Trump nie jest dziś najbardziej fascynującym przypadkiem politycznej starości. Ten tytuł należy się Putinowi.
Patrząc na rosyjskiego przywódcę, mam czasem wrażenie, że obserwuję człowieka zamkniętego we własnym muzeum. Wszystko wokół się zmienia. Młodzi ludzie wyjeżdżają. Świat idzie do przodu. Technologie rozwijają się szybciej niż plotki w małym miasteczku. A on wciąż spaceruje między eksponatami dawnego imperium i próbuje przekonać zwiedzających, że rok 1975 trwa nadal.
Rosyjscy analitycy coraz częściej mówią, że Putin przestaje być prezydentem państwa, a staje się prezydentem służb. Coraz bardziej ufa ochroniarzom, szpiegom i generałom, a coraz mniej rzeczywistości. To bardzo niebezpieczny etap każdego autokraty. Najpierw człowiek przestaje ufać przeciwnikom. Potem przestaje ufać przyjaciołom. Potem przestaje ufać własnym współpracownikom. Na końcu przestaje ufać własnemu odbiciu w lustrze. Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że podczas gdy Putin próbuje odbudowywać imperium, świat wokół niego zaczyna się od niego odsuwać.
Spójrzmy na Armenię. Przez lata była dla Moskwy czymś w rodzaju dalekiego kuzyna mieszkającego w piwnicy rodzinnego domu. Niby samodzielny, ale jednak stale zależny od krewnych. Dzisiaj coraz więcej Ormian patrzy jednak w stronę Europy. Nie dlatego, że Europa jest idealna. Europa nigdy nie była idealna. Europa jest czasem jak stary profesor. Marudzi. Poucza. Wymaga. Każe odrabiać zadania. Ale przynajmniej nie grozi bombardowaniem sąsiadów dla poprawy nastroju.
Putin próbuje więc straszyć Armenię Ukrainą. Mówi mniej więcej tak: „Jeżeli będziecie za bardzo kochać Europę, skończycie jak Kijów”. To osobliwa metoda przekonywania. Przypomina właściciela hotelu, który pokazuje klientom płonący budynek konkurencji i mówi: „Widzicie? Dlatego powinniście mieszkać u mnie”.
Problem polega na tym, że coraz mniej ludzi chce słuchać takich argumentów. Młodzi Ormianie podróżują. Uczą się języków. Korzystają z internetu. Widzą świat. Nie tęsknią za sowiecką przeszłością. Nie wzrusza ich opowieść o wielkiej Rosji. Chcą normalnego życia, pracy, bezpieczeństwa i możliwości planowania przyszłości. To właśnie jest największy wróg każdego autokraty. Nie opozycja. Nie demonstracje. Nie zagraniczne służby.
Normalność. Bo normalność jest śmiertelnym zagrożeniem dla ludzi żyjących z permanentnego kryzysu. I dlatego Putin nie może zatrzymać wojny.
Rosyjscy badacze mówią dziś otwarcie, że jego system nie ma biegu wstecznego. Musi ciągle produkować konflikty, zagrożenia i nowych wrogów. Tak jak stary piec potrzebuje nieustannie węgla, żeby nie zgasnąć.
Tymczasem na froncie dzieje się coś, o czym rosyjska propaganda mówi coraz mniej chętnie. Ukraińcy nie tylko przetrwali. Ukraińcy nauczyli się zadawać ciosy. Atakują logistykę. Rafinerie. Linie zaopatrzenia. Magazyny. Rosyjscy blogerzy wojskowi zaczynają narzekać. A kiedy rosyjscy blogerzy zaczynają narzekać, Kreml powinien zapalać wszystkie czerwone lampki alarmowe jednocześnie.
Siedziałem więc na tym balkonie i myślałem o Trumpie, Putinie i całym tym politycznym teatrze starzejących się mężczyzn, którzy marzą o wielkości. Trump marzy o wielkiej Ameryce. Putin marzy o wielkiej Rosji. Obaj coraz bardziej przypominają emerytowanych bokserów opowiadających przy barze, jak to kiedyś nokautowali wszystkich przeciwników.
Tylko że świat nie żyje wspomnieniami. Świat żyje przyszłością. A przyszłość ma jedną paskudną cechę. Nie interesuje jej, jak bardzo ktoś był potężny wczoraj. Interesuje ją wyłącznie to, czy potrafi być potrzebny jutro. I dlatego, kiedy patrzę na pomarańczowego cesarza z Ameryki i małego cara z Kremla, mam coraz silniejsze wrażenie, że obaj prowadzą tę samą walkę. Nie z przeciwnikami. Nie z opozycją. Nie z Europą. Nie z Ukrainą.
Walczą z czasem. A czas jest jedynym przeciwnikiem, którego nie udało się pokonać ani cesarzom, ani carom, ani nawet wszystkim politycznym klaunom świata razem wziętym.

Dodaj komentarz