CESARZ NA MIESIĘCZNICY

Warszawa

Warszawie przedpołudnie, które wraca co miesiąc niczym stary zegar z kukułką. Zegar trochę już nadgryziony przez czas, trochę skrzypiący, trochę śmieszny, a trochę smutny, ale wciąż uparcie przekonany, że wyznacza rytm całemu światu. Słońce wspina się nad dachami, autobusy rozwożą ludzi do pracy, studenci zasypiają na wykładach, emeryci ustawiają się w kolejkach do przychodni, a w samym środku tego zwyczajnego krajobrazu pojawia się Jarosław Kaczyński, jak dawny monarcha odwiedzający ruiny własnego zamku.

Patrząc na niego w ostatnich dniach, miałem przed oczami stary obraz przedstawiający cesarza, który od dawna nie panuje nad imperium, ale jeszcze nie zdążył się o tym dowiedzieć. Dworzanie już uciekli. Część przeszła do nowych panów. Część zajęła się własnymi interesami. Kilku najbardziej wiernych nadal kłania się nisko, lecz robi to bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania. Tymczasem sam władca nadal wydaje rozkazy, kreśli plany i wskazuje palcem kolejnych zdrajców, jakby za chwilę miał ruszyć na podbój świata.

I oto ten sam człowiek, który przez osiem lat obsadzał stanowiska, wymieniał prezesów, reformował sądy, podporządkowywał instytucje, budował własne państwo w państwie i własną rzeczywistość medialną, staje przed pomnikiem smoleńskim i opowiada Polsce tę samą historię, którą opowiada od szesnastu lat. Historię tak często powtarzaną, że przypomina już nie polityczną diagnozę, lecz starą płytę gramofonową, na której igła utknęła w jednym miejscu.

Wokół niego krążą transparenty. Ktoś krzyczy „kłamca”. Ktoś odpowiada okrzykiem poparcia. Policjanci stoją pomiędzy jednymi i drugimi niczym ochroniarze pilnujący porządku podczas rodzinnej awantury o spadek. A nad tym wszystkim unosi się atmosfera czegoś bardzo dziwnego. Nie tragedii. Nie pamięci. Nawet nie polityki.

Atmosfera uporu.

Takiego uporu, który każe człowiekowi wierzyć, że jeśli będzie wystarczająco długo powtarzał tę samą opowieść, rzeczywistość w końcu skapituluje i przyzna mu rację, ale rzeczywistość jest stworzeniem wyjątkowo złośliwym.

Przez lata prezes PiS przyzwyczaił się do sytuacji, w której jego słowa działały niczym polecenia wydawane z mostka kapitańskiego. Wystarczył jeden wywiad, jedno wystąpienie albo jedno skinienie głowy, aby pół partii rzucało się do realizacji nowego planu. Dzisiaj jednak coraz częściej przypomina to scenę z filmu o emerytowanym generale, który nadal wydaje komendy na rynku miasteczka, podczas gdy przechodnie zastanawiają się, czy człowiek nie pomylił przypadkiem epok.

Najbardziej bezlitosna jest przy tym ironia losu. Kaczyński przez lata budował system oparty na lojalności. Tworzył zastępy ludzi, którzy zawdzięczali mu kariery. Wysyłał ich do ministerstw, spółek, urzędów i sądów. A teraz coraz częściej odkrywa, że ci sami ludzie mają własne ambicje, własne interesy i własne kalkulacje.

Widać to choćby w sporze wokół Sądu Najwyższego. Z Nowogrodzkiej płyną sygnały niezadowolenia. Decyzje nie są takie, jakich oczekiwano. Ludzie wskazani przez ludzi wskazanych przez ludzi wskazanych przez PiS zaczynają zachowywać się jak samodzielni urzędnicy państwowi. To musi być dla prezesa doświadczenie równie przyjemne jak odkrycie, że własny kot po latach ignorowania nagle uznał za właściciela sąsiada.

Jeszcze zabawniej wygląda sprawa Karola Nawrockiego. Miał być nowym otwarciem. Miał być świeżą twarzą. Miał być politycznym następcą, który poniesie sztandar dalej przez kolejne lata. Tymczasem coraz częściej słychać pomruki niezadowolenia. Coraz częściej pojawiają się pretensje. Coraz częściej widać, że między starym wodzem a nowym prezydentem pojawiają się rysy.

To zresztą odwieczny problem wszystkich politycznych patriarchów. Przez całe życie marzą o następcy. Potem przez całe życie nie mogą się pogodzić z tym, że następca nie chce być kopią.

Tego samego dnia, kiedy prezes wygłasza kolejne proroctwa o przyszłych rozliczeniach, o nowych sądach, nowych prokuratorach i nowym porządku, sam stawia się w prokuraturze jako świadek w sprawie dwóch wież.

Przyznajmy uczciwie – nawet najlepszy satyryk miałby problem z wymyśleniem bardziej symbolicznego obrazu. Człowiek, który przez dekady przesłuchiwał Polskę, nagle sam musi odpowiadać na pytania. Człowiek, który przez lata oceniał wszystkich, nagle sam znajduje się po drugiej stronie stołu.

Nie oznacza to jeszcze żadnego politycznego końca. Nie oznacza triumfu przeciwników. Historia rzadko bywa tak prosta. Oznacza jednak coś znacznie ważniejszego.

Oznacza, że czas płynie. A czas jest jedynym przeciwnikiem, którego nie pokonał jeszcze żaden polityk. Nie pokonał go Churchill. Nie pokonał de Gaulle. Nie pokonał Wałęsa. Nie pokonał Kwaśniewski. Nie pokonał nawet Donald Tusk, choć ten przynajmniej potrafi czasem udawać, że się z nim dogaduje.

Nie pokona go również Jarosław Kaczyński. Dlatego patrząc na kolejną miesięcznicę, miałem wrażenie, że nie obserwuję politycznego przywódcę walczącego o władzę. Widziałem raczej człowieka prowadzącego coraz bardziej samotny dialog z własną historią.

A historia, jak wiadomo, jest kochanką okrutną. Najpierw pozwala człowiekowi uwierzyć, że jest niezbędny. Potem bardzo cierpliwie pokazuje mu, że nie jest.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights