CESARZ, KTÓRY ZACZĄŁ BAĆ SIĘ WŁASNYCH GUBERNATORÓW

Warszawa

Każde imperium umiera mniej więcej tak samo. Nie od najazdu barbarzyńców, nie od wielkiej bitwy, nawet nie od bankructwa. Najpierw cesarz zaczyna podejrzewać własnych generałów. Potem zabrania im rozmawiać między sobą. Następnie likwiduje prowincjonalne dwory, zamyka boczne wejścia do pałacu i sprawdza, kto przypadkiem nie zbudował sobie zbyt wygodnego namiotu. Historia zna wielu takich cesarzy. Rzym miał Kaligulę, Związek Radziecki miał Stalina, a polska prawica ma właśnie uchwałę zakazującą działaczom PiS należenia do własnych stowarzyszeń.

To naprawdę piękny dokument. Można go czytać jak polityczną nowelę. Oto partia, która przez dwadzieścia lat opowiadała o wolności, pluralizmie, aktywności obywatelskiej i budowie środowisk patriotycznych, właśnie uznała, że największym zagrożeniem dla patriotyzmu jest… patriotyczne stowarzyszenie prowadzone przez własnego byłego premiera.

Mateusz Morawiecki założył Rozwój Plus, Jacek Sasin stworzył Po Pierwsze Polska, a Jarosław Kaczyński najwyraźniej spojrzał na to wszystko z miną właściciela kamienicy, który odkrył, że lokatorzy zaczęli urządzać zebrania wspólnoty bez jego zgody.

I nagle rozległo się znajome zawołanie: porządek musi być!

Nie wiadomo tylko, czy bardziej przypomina to Komitet Centralny, zakon kartuzów czy rodzinne wesele, podczas którego nestor rodu oznajmia, że od dziś wszyscy mogą rozmawiać wyłącznie z nim.

Oficjalnie chodzi o pieniądze. Rzecznik PiS tłumaczy, że działalność takich organizacji mogłaby pozbawić partię finansowania. To brzmi rozsądnie, dopóki człowiek nie przypomni sobie, że największym problemem Prawa i Sprawiedliwości nie jest dziś księgowość, tylko fizyka. Konkretnie prawa grawitacji, bo elektorat zaczął odpływać. Nie do centrum. Nie do Platformy. Na prawo.

Tam, gdzie jeszcze kilka lat temu kończyła się mapa, dziś powstały dwa całkiem spore miasta: Konfederacja Mentzena i Korona Brauna. Jeszcze niedawno PiS straszył nimi swoich wyborców niczym rodzice straszą dzieci Babą Jagą. Dziś okazuje się, że Baba Jaga otworzyła nowoczesny park rozrywki i zabiera klientów.

Jarosław Kaczyński sam przez lata uczył swoich wyborców jednej rzeczy: zawsze można być bardziej radykalnym. A skoro można, to wcześniej czy później znajdzie się ktoś, kto zrobi to lepiej.

To trochę tak, jakby producent bardzo ostrych papryczek chili nagle odkrył, że klienci wolą już czysty kapsaicynowy koncentrat.

I teraz prezes z przerażeniem patrzy, jak Przemysław Czarnek, którego sam namaścił na kandydata na premiera, zaczyna mówić językiem tak ostrym, że nawet Jarosław Kaczyński uznał, iż warto go publicznie upomnieć. Kiedy Czarnek zasugerował wstrzymanie finansowania uzbrojenia Ukrainy, prezes musiał przypomnieć własnej partii, że wspieranie Ukrainy leży w polskim interesie.

To był jeden z najbardziej osobliwych spektakli ostatnich miesięcy. Ojciec politycznej radykalizacji musiał tłumaczyć własnemu uczniowi, że radykalizacja też ma swoje granice. Trochę jak doktor Frankenstein, który z oburzeniem stwierdza, że potwór zachowuje się nieprzewidywalnie.

W całej tej historii najciekawsze nie jest jednak zachowanie Czarnka ani Morawieckiego. Najciekawszy jest sam Kaczyński.

Od dwudziestu lat był politykiem, który pożerał swoich konkurentów z precyzją biologa obserwującego amebę pod mikroskopem. Liga Polskich Rodzin. Samoobrona. Porozumienie. Solidarna Polska. Kolejni koalicjanci, kolejni następcy, kolejni ambitni działacze. Wszyscy wcześniej czy później odkrywali, że w PiS kariera przypomina wspinaczkę po ruchomych schodach jadących w dół.

Tym razem coś się jednak zmieniło. Po raz pierwszy to nie Kaczyński dyktuje tempo. To sondaże, a sondaże są wyjątkowo bezczelne. Nie czytają przemówień, nie wzruszają się uchwałami i nie interesuje ich partyjna dyscyplina. Pokazują tylko, że coraz więcej wyborców uważa, iż skoro już wybierać radykalizm, to lepiej w wersji oryginalnej niż odgrzewanej.

Donald Tusk najwyraźniej doskonale to wyczuł. Podczas spotkania z parlamentarzystami KO miał mówić, że PiS staje się partią schodzącą ze sceny, a prawdziwym przeciwnikiem staje się dziś radykalna prawica. Można oczywiście uznać to za polityczny optymizm, ale trudno nie zauważyć, że jeszcze kilka lat temu takie słowa brzmiałyby jak political fiction. Dzisiaj brzmią jak całkiem realistyczna prognoza.

Nie oznacza to oczywiście końca PiS. Partie polityczne rzadko umierają z dnia na dzień. Najpierw przestają wygrywać przyszłość. Potem zaczynają bronić przeszłości. Na końcu walczą już tylko o zachowanie własnej tożsamości.

To właśnie obserwujemy.

Morawiecki organizuje własne spotkania, jego ludzie otwarcie kwestionują decyzję kierownictwa, Sasin posłusznie zwija swoje stowarzyszenie, Bochenek wysyła ostrzeżenia, Błaszczak zbiera oświadczenia lojalności, a Kaczyński coraz bardziej przypomina właściciela ogromnego zamku, który co noc obchodzi korytarze z pękiem kluczy, sprawdzając, czy przypadkiem któryś z lokatorów nie dorobił sobie własnego zamka w drzwiach.

Największym przeciwnikiem PiS nie jest dziś ani Donald Tusk, ani inflacja, ani prokuratura. Największym przeciwnikiem jest czas, bo czas jest jedynym politykiem, którego Jarosławowi Kaczyńskiemu nigdy nie udało się podporządkować.

A historia, jak wiadomo, ma wyjątkowo kiepskie maniery. Nie pyta cesarzy, czy są gotowi zejść ze sceny. Po prostu gasi światło.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights