BOGACTWO, CZYLI POLSKA SZTUKA WYGLĄDANIA NA CZŁOWIEKA, KTÓRY MA LEPIEJ

Warszawa

Bogactwo w Polsce jest zjawiskiem niezwykle tajemniczym. Trochę jak potwór z Loch Ness, uczciwy hydraulik albo polityk, który po wyborach pamięta własne obietnice. Wszyscy o nim słyszeli. Wielu twierdzi, że je widziało. Niektórzy nawet pokazują zdjęcia. Ale kiedy człowiek zaczyna pytać o szczegóły, nagle okazuje się, że wszystko jest bardziej skomplikowane niż instrukcja składania mebli z Ikei po trzech kieliszkach wina.

Czym właściwie jest bogactwo. I już samo to pytanie brzmi w naszym kraju trochę podejrzanie, trochę niebezpiecznie i trochę jak początek kontroli skarbowej połączonej z wizytą komornika.

Polak ma bardzo szczególny stosunek do pieniędzy. Polak nie lubi mówić, ile zarabia. Polak lubi natomiast bardzo subtelnie sugerować, że zarabia więcej niż sąsiad, szwagier i dawny kolega z technikum razem wzięci. To jest narodowa dyscyplina olimpijska. Taki slalom gigant pomiędzy skromnością a ostentacją.

Dlatego współczesna Polska wygląda dziś jak wielka wystawa aspiracji finansowych. Człowiek jedzie przez nowe osiedla i widzi całe szeregi samochodów przypominających mobilne pomniki sukcesu. SUV przy SUV-ie. Chrom błyszczy jak uśmiech prezentera telewizyjnego śniadaniówki. Felgi świecą niczym monstrancje podczas procesji Bożego Ciała.

Na parkingu stoi człowiek w koszulce polo kosztującej tyle co miesięczny rachunek emeryta za prąd. W jednej ręce trzyma kawę z modnej sieciówki, w drugiej telefon droższy od pierwszego samochodu swoich rodziców i opowiada sąsiadowi, że „trzeba inwestować”.

A potem wraca do mieszkania kupionego na kredyt rozpisany mniej więcej do momentu, w którym ludzkość skolonizuje Marsa, i zastanawia się, czy po racie, leasingu, wakacjach all inclusive, zajęciach z ceramiki dla dziecka oraz subskrypcjach piętnastu platform streamingowych zostanie jeszcze na dentystę.

I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa filozofia bogactwa po polsku, bo dla jednych bogaty jest ten, kto zarabia dwadzieścia tysięcy miesięcznie. Dla innych ten, kto ma trzy mieszkania i teścia w samorządzie. Jeszcze inni twierdzą, że prawdziwie bogaty człowiek to taki, który może wejść do sklepu i kupić masło bez uczucia, że właśnie inwestuje w dobro luksusowe.

A ja mam czasem wrażenie, że naprawdę bogaty jest dziś człowiek, który może spokojnie zasnąć bez lęku, że jutro zadzwoni bank, urząd skarbowy, hydraulik albo szkoła dziecka z informacją o kolejnej składce na „dobrowolny” fundusz klasowy.

Dochód to nie wszystko i tutaj człowiek odkrywa najbardziej brutalną prawdę współczesnego kapitalizmu. Można zarabiać fortunę i jednocześnie żyć jak spanikowany chomik na bieżni. Można mieć drogi zegarek, ale nie mieć czasu. Można mieć samochód, który sam parkuje, ale samemu nie umieć już zaparkować własnego życia.

Znam takich ludzi. Mają kuchnie większe niż mieszkania swoich rodziców. Mają telewizory wielkości małego kina studyjnego. Mają ekspresy do kawy, które wyglądają jak wyposażenie stacji kosmicznej NASA. Ale kiedy człowiek z nimi rozmawia, w oczach widać to samo zmęczenie, które dawniej widywało się u koni ciągnących wozy z węglem.

Polska klasa średnia przypomina dziś człowieka biegnącego po ruchomych schodach jadących w dół. Zarabia więcej niż kiedyś, kupuje więcej niż kiedyś, wygląda lepiej niż kiedyś, ale jednocześnie jest coraz bardziej zmęczona, coraz bardziej zadłużona i coraz bardziej przerażona wizją, że wszystko może się rozsypać po jednej awarii samochodu albo jednej podwyżce rat.

Współczesny świat wmówił ludziom jedną bardzo sprytną rzecz, że bogactwo musi być widoczne. Nie wystarczy mieć pieniądze. Trzeba jeszcze wyglądać jak człowiek, który codziennie rano śniadanie je na jachcie w Monte Carlo, a po południu odbiera dywidendy w Dubaju.

Dlatego media społecznościowe zamieniły się w wielkie muzeum bogactwa na niby. Instagram wygląda dziś trochę jak katalog luksusu przygotowany przez ludzi żyjących na granicy debetu. Wszyscy siedzą przy stolikach z sushi. Wszyscy mają sukces. Wszyscy mają rozwój osobisty, mindfulness i zdjęcia z lotniska z podpisem „kolejny projekt”.

Nikt natomiast nie wrzuca zdjęcia momentu, kiedy siedzi wieczorem przy stole i liczy, czy rata kredytu nie pożre pieniędzy odłożonych na wakacje.

Najbardziej wzruszające są jednak internetowe poradniki o bogactwie. Całe armie coachów finansowych tłumaczą dziś Polakom, jak zostać milionerem. Każdy z nich wygląda przy tym tak, jakby właśnie odkrył tajemnicę wszechświata między jednym webinarem a drugim espresso z mlekiem owsianym. Jeden mówi, że trzeba „zmienić mindset”. Drugi radzi „monetyzować pasję”. Trzeci sprzedaje kurs zarabiania pieniędzy na sprzedawaniu kursów zarabiania pieniędzy.

To jest dopiero arcydzieło współczesnego kapitalizmu. System stworzył świat, w którym najłatwiej zarabia się na tłumaczeniu innym, jak zarabiać. A tłumy słuchają tych internetowych proroków sukcesu z miną średniowiecznych chłopów patrzących na wędrownego alchemika obiecującego złoto z buraka.

W Polsce nawet bieda zaczęła udawać luksus. Człowiek kupuje parówki na promocji, ale płaci telefonem za siedem tysięcy złotych. Jedzie do dyskontu po przecenione masło, ale wcześniej wrzuca na LinkedIna motywacyjny wpis o mentalności zwycięzcy. Naród ludzi zmęczonych gonieniem za życiem przypominającym reklamę banku emitowaną podczas meczu reprezentacji.

A przecież prawdziwe bogactwo wygląda chyba zupełnie inaczej. Może bogaty jest ten, kto ma czas spokojnie wypić kawę. Może bogaty jest ten, kto nie budzi się w nocy z myślą o racie. Może bogaty jest ten, kto nie musi codziennie udawać szczęśliwego człowieka sukcesu.

Patrzę czasem na tych wszystkich ludzi ścigających się o lepsze samochody, większe mieszkania i bardziej luksusowe wakacje i mam wrażenie, że współczesny świat przypomina wielkie kasyno urządzone przez specjalistów od marketingu i psychologów uzależnień.

Człowiek cały czas słyszy, że jeszcze trochę. Jeszcze jeden awans. Jeszcze większy telewizor. Jeszcze lepszy samochód. Jeszcze bardziej prestiżowy adres. I nagle ma pięćdziesiąt kilka lat, refluks, nadciśnienie, dwie aplikacje bankowe i psychikę zużytą bardziej niż fotel w poczekalni NFZ. A przecież bogactwo miało dawać wolność.

Może więc największym luksusem XXI wieku nie są już pieniądze. Może największym luksusem jest święty spokój. A jeśli tak, to Polska staje się dziś krajem bardzo drogich nerwic.


  1. Majka

    Pomimo ze sie nie odzywasz i tak Cię czytam

  2. Majka

    Pomimo ze sie nie odzywasz i tak Cię lubię

  3. Zbigniew Kędzierski

    Jestem za „Świętym spokojem”

  4. Zbigniew Kędzierski

    Jestem za „Świętym spokojem”. I cóż za problem, że ktoś inny też tak myśli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights