BETON ZBROJONY. CZYLI JAK W POLSCE BUDUJE SIĘ NIEZAWISŁOŚĆ NA ZAPRAWIE POLITYCZNEJ

Warszawa

Podobno w Polsce kończy się sezon budowlany. To nieprawda.

Owszem, drogowcy zwijają pachołki, deweloperzy narzekają na ceny cementu, a murarze coraz częściej zerkają w prognozy pogody. Jest jednak jedna budowa, która trwa przez cały rok. Nie przeszkadza jej mróz, inflacja, susza ani wybory. Nie potrzebuje nawet pozwolenia na budowę. Wystarczy podpis prezydenta, odrobina politycznej wyobraźni i kilka worków bardzo specjalnego betonu.

To budowa nowego wymiaru sprawiedliwości.

Betonowanie sądów jest zresztą zajęciem niezwykle ciekawym. Nie używa się tam koparek ani betoniarek. Zamiast nich są akty powołania, uchwały, prerogatywy, postanowienia i długie komunikaty prasowe, z których przeciętny obywatel rozumie mniej więcej tyle, ile średniowieczny chłop z instrukcji obsługi reaktora atomowego.

A jednak skutki odczuwa każdy, bo wymiar sprawiedliwości jest trochę jak kanalizacja. Na co dzień nikt o niej nie myśli, ale kiedy się zatka, nagle wszyscy zaczynają interesować się hydrauliką.

W tym tygodniu do tej skomplikowanej instalacji dołożono kolejny zawór. Prezydent Karol Nawrocki powołał Marię Szczepaniec na prezeskę Izby Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego. Sama decyzja, patrząc formalnie, mieści się w kompetencjach głowy państwa. Ale w Polsce od dawna nie chodzi już wyłącznie o formalności. U nas każda nominacja przypomina ruch hetmanem w partii szachów, w której połowa figur twierdzi, że druga połowa w ogóle nie powinna stać na planszy.

Izba Odpowiedzialności Zawodowej miała być przecież lekarstwem na wcześniejszą Izbę Dyscyplinarną, wielokrotnie kwestionowaną przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej i Europejski Trybunał Praw Człowieka. Miało być nowe otwarcie, nowa jakość, nowy rozdział.

W Polsce słowo „nowy” ma jednak szczególne znaczenie. Nowy podatek oznacza zwykle stary podatek z inną nazwą. Nowa ustawa oznacza poprawianie poprzedniej ustawy, a nowa instytucja często przypomina starą instytucję po remoncie, podczas którego wymieniono tylko tabliczkę przy wejściu.

Powstała więc nowa Izba. Zmienił się szyld. Zmieniły się gabinety. Zmieniły się pieczątki. Natomiast spór o legalność jej składu nie tylko nie zniknął, ale urósł do rozmiarów serialu, który ma już więcej sezonów niż „Moda na sukces”, a końca nadal nie widać.

Jedni mówią o „neosędziach”. Drudzy odpowiadają, że są pełnoprawnymi sędziami. Jedni powołują się na wyroki TSUE i ETPCz. Drudzy na Konstytucję i prerogatywy prezydenta. Jedni uznają orzeczenia. Drudzy uznają tylko te, które uznają. Przeciętny obywatel siedzi przed telewizorem i dochodzi do wniosku, że w Polsce łatwiej ustalić skład bigosu niż skład legalnego sądu.

Najciekawsze jest jednak to, że ten wieloletni spór dawno przestał być dyskusją prawników. Stał się polityką prowadzoną innymi środkami. Nie walczy się już o interpretację przepisów. Walczy się o to, kto będzie interpretował przepisy przez następne dziesięć albo piętnaście lat.

Prawdziwa władza nie polega na tym, że można wygrać jedne wybory. Prawdziwa władza polega na tym, że nawet po przegranych wyborach ktoś nadal podpisuje decyzje, rozpoznaje sprawy, rozstrzyga immunitety i decyduje, które postępowanie ruszy, a które będzie dojrzewało niczym dobre wino w piwnicy Sądu Najwyższego.

To właśnie dlatego stanowiska w sądach zaczęły przypominać fortyfikacje. Nie zdobywa się ich szturmem. Obsadza się je cierpliwie. Cegła po cegle. Nominacja po nominacji. Kadencja po kadencji i kiedy ktoś mówi, że politycy nie myślą długofalowo, warto spojrzeć właśnie na sądy. Tam czas płynie inaczej. Kadencje liczy się nie w miesiącach, lecz w latach, a skutki jednej decyzji potrafią przeżyć dwóch ministrów sprawiedliwości, trzech premierów i jednego prezydenta.

Nie wiem, czy jest na świecie drugi kraj, w którym każda nominacja sędziowska wywołuje więcej emocji niż finał mundialu.

Za to wiem jedno. Jeżeli państwo prawa zaczyna przypominać plac budowy, na którym każda ekipa wylewa własny beton na fundamenty poprzedniej, to prędzej czy później wszyscy mieszkańcy odkrywają, że mieszkają już nie w gmachu sprawiedliwości. Tylko w bunkrze.

Maria Szczepaniec nie obejmuje stanowiska, które od miesięcy zajmuje się organizacją konkursów recytatorskich dla sędziów ani wyborem koloru zasłon do gabinetów Sądu Najwyższego. Obejmuje kierownictwo Izby Odpowiedzialności Zawodowej, czyli miejsca, przez które przechodzą sprawy dyscyplinarne sędziów i prokuratorów, wnioski o uchylenie immunitetów, zawieszenia w czynnościach służbowych oraz wszystkie te postępowania, które miały być symbolem rozliczenia ludzi odpowiedzialnych za sądową rewolucję z czasów Zbigniewa Ziobry.

Właśnie tutaj zaczyna się polska specjalność narodowa. Nie, nie bigos. Paraliż.

Od miesięcy do Izby wpływają kolejne wnioski Prokuratury Krajowej dotyczące osób zaangażowanych w reformy poprzedniej władzy. Dotyczą między innymi byłego głównego rzecznika dyscyplinarnego sędziów Piotra Schaba, spraw związanych z Maciejem Nawackim, aferą hejterską czy decyzjami podejmowanymi wobec niezależnych sędziów. Tyle tylko, że większość z tych spraw porusza się z prędkością alpejskiego lodowca.

Lodowiec ma jednak tę przewagę nad polskim wymiarem sprawiedliwości, że przynajmniej wiadomo, w którą stronę płynie. Izba Odpowiedzialności Zawodowej od miesięcy przypomina poczekalnię u lekarza specjalisty. Numerki są wydawane. Kolejka istnieje. Pacjenci siedzą. Pielęgniarka od czasu do czasu wywoła nazwisko. Tylko lekarz jakby wyjechał na bardzo długi kongres.

Nie jest tajemnicą, że jednym z najgłośniejszych orzeczeń Marii Szczepaniec była decyzja dotycząca wniosku o uchylenie immunitetu Piotrowi Schabowi. Nie rozstrzygała wtedy, czy Schab powinien odpowiadać przed sądem. Zrobiła coś znacznie bardziej finezyjnego. Uznała, że wniosek został wniesiony przez osobę, która – w jej ocenie – nie była skutecznie umocowana do działania jako Prokurator Krajowy.

I tutaj polskie państwo wykonuje kolejne salto, bo nagle okazuje się, że zanim odpowiemy na pytanie, czy ktoś złamał prawo, trzeba odpowiedzieć na pytanie, czy człowiek, który zadaje pytanie, ma prawo je zadać.

To trochę tak, jakby strażak przyjechał do płonącego domu, a właściciel powiedział:

– Ogień oczywiście jest, ale zanim zaczniemy go gasić, ustalmy jeszcze, czy pańska legitymacja została prawidłowo podbita przez komendanta.

Dom spokojnie może płonąć. Procedura jest ważniejsza.

Podobny mechanizm widzimy zresztą od miesięcy. Spór o status Dariusza Barskiego i Dariusza Korneluka stał się czymś znacznie większym niż sporem personalnym. Stał się kluczem otwierającym albo zamykającym całe postępowania. Jeżeli uznać, że Prokurator Krajowy został powołany nieskutecznie, można zakwestionować szereg jego decyzji. Jeżeli uznać, że działa legalnie – cały obraz wygląda zupełnie inaczej.

Przeciętny obywatel patrzy na to wszystko z coraz większym zdumieniem. Jeszcze niedawno wydawało mu się, że sądy rozstrzygają, kto ma rację. Dzisiaj coraz częściej ma wrażenie, że najpierw trzeba ustalić, kto ma prawo powiedzieć, kto ma rację. A to nie jest już subtelna różnica. To zupełnie inna filozofia państwa.

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy spojrzymy na skład samej Izby. Formalnie powinno orzekać w niej jedenastu sędziów. Faktycznie orzeka znacznie mniej. Część stanowisk pozostaje nieobsadzona, część jest przedmiotem sporów, a część sędziów sama stała się bohaterami postępowań dotyczących statusu ich powołania. W efekcie powstała instytucja, która ma oceniać legalność działań innych, podczas gdy jej własna konstrukcja od lat jest przedmiotem sporów przed polskimi sądami oraz trybunałami europejskimi.

Przyznam, że jest w tym coś ujmująco polskiego. Budujemy instytucję do rozstrzygania sporów. Potem spieramy się, czy instytucja została zbudowana zgodnie z prawem. Następnie tworzymy kolejne instytucje, które mają rozstrzygnąć spór o pierwszej instytucji, a kiedy ktoś z zagranicy pyta, jak działa polski wymiar sprawiedliwości, odpowiadamy z dumą:

– To bardzo skomplikowane.

Nie kłamiemy. Naprawdę jest.

Tutaj dochodzimy do największego paradoksu III Rzeczypospolitej. Od dziesięciu lat nie reformujemy wymiaru sprawiedliwości. My reformujemy… poprzednie reformy wymiaru sprawiedliwości.

Każda kolejna ekipa przychodzi z miną odkrywcy Ameryki i ogłasza, że teraz dopiero zaprowadzi prawdziwy porządek. Potem okazuje się, że porządek polega głównie na przesunięciu kilku ludzi z jednego gabinetu do drugiego, wymianie tabliczek na drzwiach i napisaniu nowelizacji nowelizacji ustawy zmieniającej ustawę naprawiającą wcześniejszą reformę.

Gdyby polskie sądownictwo było samochodem, od dawna nie jeździlibyśmy nim do mechanika. My od dziesięciu lat wymieniamy kierownicę, siedząc w jadącym samochodzie. Najpierw odkręca ją jedna ekipa. Potem druga twierdzi, że tamta kierownica była nielegalna. Trzecia zapowiada przywrócenie legalnej kierownicy. Czwarta powołuje komisję do zbadania, czy śruby użyte przy montażu kierownicy miały demokratyczny charakter. A samochód? Samochód stoi na poboczu i coraz częściej nie wiadomo, kto właściwie trzyma kluczyki.

Największą ofiarą tej wojny nie jest ani minister sprawiedliwości, ani prezydent, ani nawet sędziowie. Największą ofiarą jest zwykły obywatel. To on przychodzi do sądu z rozwodem, spadkiem, oszustwem, niewypłaconą pensją czy sprawą o działkę po dziadku. Nie interesują go subtelności konstytucyjnych sporów ani to, czy w składzie orzekającym zasiada sędzia powołany przed 2018 rokiem, po 2018 roku, z rekomendacji starej KRS, nowej KRS czy może KRS w wersji „premium plus”. On chciałby po prostu wiedzieć jedno. Czy wyrok będzie ważny. To naprawdę niewygórowane oczekiwanie wobec państwa prawa.

Tymczasem od lat produkujemy coraz więcej prawników od oceniania prawników. Powstają testy niezależności. Testy bezstronności. Testy legalności. Za chwilę będziemy potrzebowali testów do testów. Później zapewne powstanie specjalna Izba do rozpoznawania odwołań od wyników testów i nie zdziwiłbym się, gdyby trzeba było czekać na jej obsadzenie dwa lata.

W tym wszystkim jest jeszcze jeden szczególnie gorzki żart historii. Przez lata słyszeliśmy, że niezależność sądów jest fundamentem demokracji. To prawda. Problem polega na tym, że fundament można wzmacniać albo można go zalać betonem. Różnica jest zasadnicza. Fundament ma utrzymywać budynek. Beton ma sprawić, żeby nic już nie dało się ruszyć.

Patrząc na kolejne decyzje personalne w Sądzie Najwyższym, trudno oprzeć się wrażeniu, że trwa właśnie wielki konkurs w dyscyplinie pod tytułem „Kto zostawi po sobie więcej żelbetu”. Jedni zbroili ten gmach przez osiem lat. Drudzy próbują go kuć młotkiem. Trzeci właśnie wylewają kolejną warstwę. W efekcie zamiast przejrzystego systemu mamy konstrukcję przypominającą blok z wielkiej płyty po siedmiu generalnych remontach. Każdy coś dobudował, każdy coś skuł, każdy twierdzi, że tylko jego projekt był zgodny ze sztuką budowlaną.

A obywatel? Obywatel chodzi wokół tego gmachu jak klient przed zamkniętym sklepem. Drzwi są. Szyld jest. Ochrona też. Tylko w środku od lat trwa remont.

Najbardziej niepokoi mnie jednak coś zupełnie innego. Demokracja nie umiera wtedy, gdy politycy się kłócą. To wręcz jej naturalny stan. Demokracja zaczyna mieć kłopoty wtedy, gdy każda kolejna władza uznaje, że najważniejsze nie jest przekonanie obywateli do swoich racji, lecz pozostawienie po sobie takich instytucji, których następcy nie będą już w stanie łatwo zmienić, bo wtedy wybory przestają być końcem politycznego sporu. Stają się jedynie przerwą między kolejnymi etapami wojny o państwo.

Właśnie dlatego nie martwi mnie to, kto dziś wygrał kolejną bitwę o Sąd Najwyższy. Martwi mnie, że od dawna wszyscy zachowują się tak, jakby ta wojna miała nigdy się nie skończyć., a państwo, które nieustannie prowadzi wojnę samo ze sobą, przypomina człowieka usiłującego wygrać bójkę z własnym odbiciem w lustrze.

Można walić pięściami bez końca. Tylko lustro prędzej czy później pęknie, a wtedy nikt już nie będzie pamiętał, kto zadał pierwszy cios.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights