BEREK W TRYBUNALE, CZYLI DOBRY CZŁOWIEK W ZŁYM MIEJSCU

Warszawa

Maciej Berek ma kandydować do Trybunału Konstytucyjnego i natychmiast zrobiło się tak, jakby Donald Tusk postanowił mianować na papieża własnego dentystę. Człowiek jeszcze dobrze nie zdążył wyjść z Kancelarii Premiera, a już połowa Polski mierzy mu togę, druga połowa kajdanki, zaś profesorowie prawa sprawdzają, czy Konstytucja przewiduje okres kwarantanny po kontakcie z Radą Ministrów.

Sam Berek jest przy tym kandydatem wyjątkowo niewygodnym dla przeciwników, bo trudno go przedstawić jako prawniczego gamonia przywiezionego do Trybunału busem partyjnym. To doktor prawa, konstytucjonalista, były szef Rządowego Centrum Legislacji, sekretarz Rady Ministrów, urzędnik NIK, RPO i Senatu, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego. Krótko mówiąc, człowiek, który ustawę potrafi nie tylko podpisać, lecz także przeczytać. W polskiej polityce jest to już kwalifikacja niemal egzotyczna.

Tusk mówi o nim „państwowiec z krwi i kości”. I chyba ma rację, chociaż określenie to brzmi dziś odrobinę niebezpiecznie. W Polsce państwowiec z krwi i kości przypomina nosorożca białego: wszyscy wiedzą, że istnieje, ale kiedy się pojawia, natychmiast przyjeżdżają telewizje.

Problem polega na tym, że Berek idzie do instytucji, którą PiS przez lata przerabiał z Trybunału Konstytucyjnego na polityczną świetlicę z wysokimi sufitami. I teraz Tusk chce tę świetlicę naprawić, wysyłając tam człowieka bezpośrednio ze swojego rządu. Jest w tym coś z remontu łazienki przez wlanie do wanny świeżej wody bez uprzedniego wyjęcia starego hydraulika.

Marcin Matczak protestuje i ma argument trudny do zlekceważenia. Skoro tysiące ludzi wychodziły na ulice przeciw politycznemu zawłaszczaniu Trybunału, to nie po to, żeby po zmianie władzy dowiedzieć się, że polityczne zawłaszczenie jest wprawdzie niedobre, lecz istnieje jego odmiana ekologiczna, demokratyczna i z certyfikatem praworządności.

Przemysław Rosati dorzuca kłopot jeszcze bardziej przyziemny. Berek przez lata zajmował się legislacją rządu, więc jako sędzia TK musiałby wyłączać się ze spraw dotyczących części ustaw, nad którymi sam wcześniej pracował. Moglibyśmy zatem dostać świetnego sędziego, który połowę rozpraw spędzałby na korytarzu. Polska ma już doświadczenie z sędziami trybunalskimi, którzy nie orzekają, ale dotychczas zwykle wynikało to z ustroju, charakteru albo geografii politycznej. Teraz mielibyśmy pierwszy przypadek absencji zawodowo uzasadnionej.

Andrzej Zoll przypomina z kolei rzecz banalną, ale w Polsce banalia muszą czasem wygłaszać profesorowie: sędzia Trybunału ma być sędzią, a nie partyjnym przedstawicielem handlowym. I to jest właściwie cała instrukcja obsługi Berka. Może wejść do Trybunału jako były minister. Byle po przekroczeniu progu nie chodził dalej z Tuskiem w kieszeni.

Najpiękniej prezentuje się jednak PiS, który nagle odkrył apolityczność Trybunału. Jest to widok wzruszający jak wilk prowadzący szkolenie z bezpieczeństwa owiec. Partia, która wysłała do TK Krystynę Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza, teraz marszczy brwi nad Berkiem i zastanawia się, czy aby polityka nie wtargnie do świątyni prawa. Jeszcze chwila, a Jarosław Kaczyński założy fundację ochrony niezależności sądownictwa i będzie kwestował pod kościołem.

Kancelaria Karola Nawrockiego zachowała się natomiast zaskakująco spokojnie. Zbigniew Bogucki zapowiedział, że jeżeli procedura zostanie zachowana, prezydent odbierze od Berka ślubowanie. Sam fakt, że w polskiej polityce można dziś wypowiedzieć zdanie „jeżeli procedura zostanie zachowana” bez śmiechu z puszki, należy uznać za drobny sukces ustrojowy.

Ja Tuska w tej sprawie rozumiem. Więcej — popieram. Nie dlatego, że każdy człowiek premiera powinien po zakończeniu pracy dostać Trybunał na odprawę. Berek po prostu ma kwalifikacje, których ta instytucja potrzebuje jak pacjent respiratora. Jeżeli chcemy kiedyś odbudować TK, nie zrobimy tego wyłącznie za pomocą osób, które przez ostatnie dwadzieścia lat nie dotknęły polityki nawet przez rękawiczkę. Takich prawników należałoby szukać w klasztorach kontemplacyjnych albo wśród latarników.

Ale Tusk podejmuje ryzyko i dobrze, żeby o tym pamiętał. Nie wolno odbudowywać państwa metodą: oni mieli swoich, więc teraz my będziemy mieli swoich, tyle że inteligentniejszych, lepiej ubranych i czytających Konstytucję ze zrozumieniem. To nadal byliby „nasi”. Państwo prawa zaczyna się właśnie w tym momencie, kiedy przestajemy potrzebować swoich.

Dlatego Berek może się okazać znakomitym wyborem pod jednym warunkiem. Musi wejść do Trybunału jako człowiek Tuska, a po zamknięciu drzwi przestać nim być.

To będzie najważniejszy egzamin w jego karierze. Bez pytań testowych, bez możliwości poprawki i bez ściągania od Krystyny Pawłowicz.

Bo z całego zamieszania wynika jedna pocieszająca rzecz: wreszcie spieramy się o to, czy kandydat jest wystarczająco niezależny, a nie o to, czy umie znaleźć Konstytucję bez pomocy portiera.

Jak na polski Trybunał Konstytucyjny — postęp niemal rewolucyjny.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights