BEREK DO TRYBUNAŁU, NAWROCKI DO DRZWI. PRAWO W POLSCE ZNOWU UPRAWIA SLALOM

Warszawa

Maciej Berek chce zostać sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Komisja Sprawiedliwości zaopiniowała jego kandydaturę pozytywnie: 16 głosów za, 10 przeciw. W piątek ma głosować cały Sejm.

Normalnie byłaby to wiadomość na trzy zdania. W Polsce oznacza to początek kolejnego sezonu serialu „Konstytucja — wersja reżyserska”.

Berek przyszedł na komisję i dostał od PiS pytanie o hipokryzję. Zadał je Michał Woś. To jest już samo w sobie materiał, przy którym felietonista powinien zachować umiar, bo rzeczywistość zaczyna mu odbierać pracę.

Woś oburzył się, że człowiek, który jeszcze kilka tygodni temu był ministrem w rządzie Donalda Tuska, teraz jedzie „autostradą wprost z Rady Ministrów do TK”.

I, żeby było uczciwie, coś w tym jest.

Sam Donald Tusk przyznał przecież, że kandydatura Berka nie jest szczególnie „estetyczna”. Rzeczywiście trudno budować wizerunek absolutnie odpolitycznionego sądu konstytucyjnego, wsadzając do niego człowieka, który jeszcze przed chwilą siedział przy stole Rady Ministrów i był jednym z najważniejszych prawników premiera.

Można więc ten ruch krytykować. Tylko wtedy na salę wchodzi pamięć. A pamięć dla PiS jest instytucją wyjątkowo kłopotliwą.

W 2019 roku partia Jarosława Kaczyńskiego wybrała do Trybunału Krystynę Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza, czyli świeżo byłych posłów własnego klubu.

Pawłowicz jeszcze chwilę wcześniej siedziała w ławach PiS, Piotrowicz przewodniczył sejmowej Komisji Sprawiedliwości, a następnie oboje odkryli w sobie nagłą potrzebę sędziowskiej niezależności.

Autostrada? Nie. To była najwyraźniej ścieżka rowerowa.

Dlatego słuchanie dziś polityków PiS mówiących o „rażącym” przechodzeniu ludzi polityki do Trybunału przypomina wykład o abstynencji prowadzony przez właściciela gorzelni.

Merytorycznie można mieć rację. Biograficznie robi się zabawnie.

Sam Berek na komisji zachowywał się zresztą spokojniej niż posłowie, co nie było przesadnie trudne. Tłumaczył, że TK powinien kontrolować ustawodawcę i chronić prawa jednostki, a obecnie — jego zdaniem — żadnej z tych funkcji właściwie nie wykonuje.

Powiedział także, że przez 28 lat pracował dla państwa, a tylko trzy lata był członkiem Rady Ministrów. Czyli stosuje prostą arytmetykę obronną: 28 lat państwa minus 3 lata Tuska daje 25 lat niewinności. Matematycznie wygląda nieźle.

Potem posłowie zaczęli się kłócić między sobą. Jarosław Urbaniak z KO stwierdził o Pawle Jabłońskim z PiS, że „chłop miał trudności, ma do dzisiaj, z logiką”.

Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Przypominam nazwę, bo w trakcie obrad można było zapomnieć.

Ale prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero za murami Sejmu. Bo Pałac Prezydencki najwyraźniej już zastanawia się, jak Macieja Berka do Trybunału nie wpuścić.

Według dzisiejszego „Newsweeka” w otoczeniu Karola Nawrockiego analizowane są podstawy, które mogłyby pozwolić prezydentowi nie odebrać od Berka ślubowania. PiS ma wręcz oczekiwać, że Nawrocki „pojedzie twardo”.

Prezydent RP coraz częściej przypomina więc selekcjonera w nocnym klubie.

Sejm mówi: Ten pan wchodzi. A Pałac: Zaraz, zaraz. A buty odpowiednie? Staż jest? Habilitacja? Lista gości?

Otoczenie Nawrockiego zaczęło wcześniej kwestionować, czy Berek w ogóle spełnia ustawowe wymagania. Rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz wskazywał, że Berek nie jest doktorem habilitowanym i że trzeba sprawdzić jego staż jako radcy prawnego.

Sam wniosek sejmowy stwierdza jednak, że Berek jest radcą prawnym od 2001 roku i wykonuje zawód od 25 lat.

Czyli zaczyna się klasyczna polska rozmowa prawników: Spełnia. Nie spełnia. Spełnia inaczej. Właśnie dlatego nie spełnia.

Po trzech tygodniach mamy dwie opinie prawne, cztery konferencje prasowe i osiemnaście osób przekonanych, że Konstytucja mówi dokładnie to, co one powiedziały pięć minut wcześniej.

Najciekawsze jest jednak co innego. Karol Nawrocki już nie odebrał ślubowania od części sędziów TK wybranych przez obecny Sejm, uznając przy pomocy własnych prawników, że może tak zrobić.

Potem Trybunał kierowany przez Bogdana Święczkowskiego orzekł, że prezydent nie musi odbierać ślubowania automatycznie. Czyli Trybunał orzekł w sprawie tego, czy prezydent musi wpuszczać nowych ludzi do Trybunału. Jeżeli ktoś jeszcze nie rozumie polskiego kryzysu konstytucyjnego, to nic dziwnego. On już sam siebie opiniuje.

Z drugiej strony konstytucjonaliści tacy jak Andrzej Zoll czy Marek Safjan mówią jasno, że prezydent nie wybiera sędziów TK, tylko Sejm, a odebranie ślubowania nie jest prezydenckim prawem weta wobec wyboru dokonanego przez parlament.

Czyli mamy już dwa porządki prawne. W jednym Sejm wybiera sędziego, a prezydent ma wykonać swoją ceremonialną rolę. W drugim Sejm kandydata wysyła, a Pałac sprawdza, czy mu się podoba. Konstytucja przez casting.

Berek jest dla Nawrockiego dodatkowo wyjątkowo niewygodny, bo jego wejście może zmienić układ sił w Trybunale. Według politycznych kalkulacji sędziowie wybrani przez obecny Sejm mogliby uzyskać większość, a wtedy zagrożona stałaby się pozycja Bogdana Święczkowskiego. Prokuratura chce uchylenia mu immunitetu w związku ze sprawą Pegasusa. Czyli nie udawajmy, że trwa tu wyłącznie subtelny spór o długość praktyki radcowskiej.

Wszyscy liczą głosy. Tusk liczy. PiS liczy. Nawrocki liczy. Święczkowski zapewne też liczy. Tylko obywatel coraz częściej nie może się doliczyć, ilu właściwie sędziów Trybunału mamy i którzy z nich według kogo są naprawdę sędziami.

I tu wracamy do słowa „hipokryzja”, od którego Michał Woś rozpoczął przesłuchanie Berka. Owszem. Hipokryzji w tej historii jest sporo. Tusk chce naprawiać odpolitycznienie TK człowiekiem, który właśnie wyszedł z rządu. PiS oburza się na polityka w Trybunale, choć samo wysłało tam Pawłowicz i Piotrowicza. Nawrocki występuje jako strażnik procedur, jednocześnie poszukując procedury pozwalającej mu zatrzymać wybór Sejmu, którego politycznie nie chce.

A cały Trybunał ma później pilnować, żeby inne organy państwa przestrzegały Konstytucji. To jest trochę tak, jakby komisję egzaminacyjną z trzeźwości urządzić w monopolowym.

Być może wszystko odbędzie się zgodnie z prawem. Tylko jeszcze nie wiadomo, z czyim prawem.

W piątek Sejm prawdopodobnie wybierze Berka. Potem Berek będzie chciał złożyć ślubowanie. Nawrocki być może nie będzie chciał go odebrać. Prawnicy powiedzą, że powinien. Inni prawnicy powiedzą, że nie musi. TK może coś orzec. Rząd może tego orzeczenia nie opublikować. Prokuratura może wszcząć śledztwo. Pałac może skierować sprawę do Trybunału. A Trybunał rozstrzygnie, kto jest Trybunałem.

Państwo prawa mamy więc rozwinięte znakomicie. Najwięcej mamy państwa. Potem prawa. Najmniej zgody, co ono właściwie znaczy.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights