
Jest coś wzruszającego w narodzie, który od kilkuset lat ćwiczy się głównie w katastrofach, a pewnego dnia budzi się rano i odkrywa, że świat uznał go za całkiem spokojne miejsce.
To trochę tak, jakby człowiek, który przez całe życie słyszał od rodziny, że jest nieudacznikiem, nagle dostał telefon z Oslo, Zurychu i Wellington z informacją, że właśnie awansował do finału konkursu na najbardziej uporządkowanego sąsiada na planecie.
Polska właśnie przeżyła coś podobnego.
W najnowszym Global Peace Index 2026, czyli najbardziej prestiżowym światowym rankingu bezpieczeństwa i stabilności państw, awansowaliśmy aż o dwadzieścia trzy miejsca. Dwudziestu trzech pozycji nie przeskakuje się przypadkiem. Dwudziestu trzech pozycji nie zdobywa się dzięki dobremu humorowi ankietera ani przez pomyłkę księgowej w instytucie badawczym.
To największy awans na świecie. Nie w Europie. Nie w Unii Europejskiej. Na świecie!
I przyznam, że sam przez chwilę sprawdzałem, czy ktoś przypadkiem nie pomylił Polski z Portugalią.
Global Peace Index nie jest rankingiem sympatii. Nie mierzy liczby uśmiechów na ulicach ani jakości pierogów. To zestawienie przygotowywane przez Institute for Economics & Peace analizuje ponad dwadzieścia wskaźników dotyczących bezpieczeństwa wewnętrznego, stabilności politycznej, poziomu przemocy, zagrożeń terrorystycznych, liczby konfliktów, militaryzacji państwa i jakości funkcjonowania instytucji.
Krótko mówiąc, jest to ranking odpowiadający na bardzo proste pytanie:
W którym kraju człowiek ma największą szansę spokojnie wypić kawę i wrócić wieczorem do domu bez udziału w przewrocie wojskowym, wojnie domowej albo starciu z oddziałem najemników.
I oto Polska znalazła się na dwudziestym drugim miejscu na świecie.
Dla porównania, Stany Zjednoczone zajmują dziś dopiero odległe miejsce w drugiej setce rankingu. Rosja zamyka zestawienie jako najmniej pokojowe państwo globu. Ukraina, prowadząca heroiczną walkę z rosyjską agresją, siłą rzeczy również znajduje się bardzo nisko. Bliski Wschód przypomina geopolityczny grill pozostawiony bez nadzoru, a Sudan i część Afryki toną w konfliktach, które dla europejskiego odbiorcy brzmią czasem jak wiadomości z innej epoki.
A Polska? Polska siedzi nad Wisłą i awansuje. To brzmi wręcz podejrzanie. Zwłaszcza gdy codziennie otwieramy media społecznościowe. Tam przecież trwa permanentna wojna domowa. Na Facebooku codziennie wybuchają trzy powstania narodowe, pięć zamachów stanu i siedem końców demokracji. Na portalu X każdy użytkownik jest jednocześnie strategiem NATO, konstytucjonalistą, ekonomistą i specjalistą od geopolityki.
Gdyby obce cywilizacje analizowały Polskę wyłącznie przez internet, uznałyby zapewne, że od lat toczy się tutaj konflikt przypominający skrzyżowanie wojny trzydziestoletniej z konkursem piosenki Eurowizji.

Tymczasem rzeczywistość okazuje się dużo mniej dramatyczna. Polska jest dziś jednym z najbezpieczniejszych krajów świata.
I warto zatrzymać się przy tym na chwilę. Bo my, Polacy, mamy szczególny talent do niedoceniania własnych sukcesów. Jeżeli most się nie zawalił, uznajemy to za rzecz oczywistą. Jeżeli pociąg przyjechał, uznajemy to za minimum. Jeżeli państwo działa, traktujemy to jak przypadek.
Natomiast gdy urzędnik źle postawi pieczątkę, jesteśmy gotowi poświęcić temu trzy dni rozmów przy grillu. Tymczasem zagraniczne raporty od kilku lat pokazują coś, czego sami często nie zauważamy.
Polska stała się krajem stabilnym. Nie idealnym. Nie pozbawionym problemów. Nie wolnym od politycznych awantur, ale stabilnym.
I to jest ogromna różnica. Zwłaszcza gdy spojrzymy na mapę. Na wschodzie mamy Rosję, która od lat przypomina sąsiada regularnie podpalającego własny garaż, a następnie tłumaczącego wszystkim wokół, że to element strategicznego planu.
Na południowym wschodzie trwa największa wojna w Europie od 1945 roku. Na Bliskim Wschodzie kolejne konflikty pojawiają się szybciej niż nowe sezony seriali. W Stanach Zjednoczonych poziom politycznej agresji osiągnął takie rozmiary, że czasem wygląda to jak reality show prowadzone przez ludzi wyposażonych w broń palną.
A Polska, ku własnemu zdumieniu, zaczyna przypominać kraj ludzi rozsądnych. Nie oznacza to oczywiście, że możemy zasnąć na laurach.
Historia jest specjalistką od karania samozadowolenia. Każdy naród, który uznał, że nic złego już mu się nie przydarzy, prędzej czy później dostawał od rzeczywistości bolesną lekcję pokory. Dlatego ten ranking powinien być przede wszystkim przypomnieniem.
Bezpieczeństwo nie jest stanem naturalnym. Jest projektem. Codzienną pracą policjantów, żołnierzy, urzędników, samorządowców, nauczycieli, przedsiębiorców i zwykłych ludzi, którzy przestrzegają zasad nawet wtedy, gdy nikt nie patrzy.
To właśnie dlatego Islandia od dziewiętnastu lat pozostaje liderem rankingu. Nie dlatego, że mieszka tam magiczny lud elfów. Nie dlatego, że gejzery produkują demokrację. Islandczycy po prostu zbudowali państwo oparte na zaufaniu społecznym, sprawnych instytucjach i przekonaniu, że wspólne dobro nie jest lewicowym ani prawicowym spiskiem.
To cenna lekcja również dla nas. Bo być może największym sukcesem Polski nie jest sam awans w rankingu. Największym sukcesem jest to, że awansowaliśmy w czasach, kiedy świat staje się coraz bardziej niespokojny.
Kiedy liczba konfliktów zbrojnych jest najwyższa od zakończenia II wojny światowej. Kiedy kolejne państwa radykalizują się politycznie. Kiedy internet codziennie przekonuje nas, że za chwilę wszystko runie. A mimo to Polska wspina się w górę.
I przyznam, że jest w tym coś budującego. Naród, który przez stulecia był ekspertem od przegrywania historii, nagle zaczyna specjalizować się w normalności, a normalność, proszę państwa, jest dziś jednym z najrzadszych dóbr na świecie. Znacznie rzadszym niż ropa, złoto czy kryptowaluty. I znacznie cenniejszym.

Dodaj komentarz