
Są takie dni, kiedy historia staje na baczność. Czwarty lipca zawsze do nich należał. Człowiek otwiera gazetę, patrzy na zdjęcie Statuy Wolności, nad którą przelatują wojskowe samoloty, żaglowce dumnie suną przez port nowojorski, orkiestry grają marsze, sztandary łopoczą na wietrze i przez chwilę można uwierzyć, że świat nadal wie, gdzie jest dobro, gdzie zło, a gdzie po prostu zdrowy rozsądek.
Po czym przewraca stronę i okazuje się, że najgłośniejszą wiadomością dnia jest ślub Taylor Swift w Madison Square Garden.
Tak oto Imperium Rzymskie XXI wieku świętuje swoje dwieście pięćdziesiąte urodziny. Koloseum zamieniono na stadion, legionistów zastąpili ochroniarze pilnujący listy gości, a Juliusz Cezar przeobraził się w Donalda Trumpa, który jednego dnia ogłasza nadejście złotej ery Ameryki, drugiego kończy wszystkie wojny świata, a trzeciego opowiada o najpiękniejszej sali balowej, jaką właśnie wybudował w Białym Domu. Gdyby Winston Churchill usłyszał, że o geopolityce można mówić językiem dewelopera zachwalającego apartament pokazowy, pewnie sięgnąłby po whisky jeszcze przed śniadaniem.
Ameryka zawsze była czymś więcej niż państwem. Była obietnicą. Obietnicą, że kiedy świat zacznie wariować, zza oceanu przypłynie ktoś z gaśnicą, a nie z miarką do liczenia metrów kwadratowych.
Dzisiaj coraz częściej przypływa konferencja prasowa.
I właśnie dlatego pytanie: „Gdzie jesteś dziś, Ameryko?” brzmi nie jak publicystyczna figura, lecz jak wołanie człowieka, który widzi, że wielki okręt nadal ma najpotężniejsze silniki świata, ale sternik bardziej interesuje się kolorem tapicerki niż kursem.
To zresztą był dzień pełen pytań.
Donald Tusk powiedział, że Polska oczekuje od Ukrainy pierwszego kroku po decyzji Wołodymyra Zełenskiego, która wywołała kolejne napięcia w relacjach między Warszawą a Kijowem. I trudno się z premierem nie zgodzić. Przyjaźń między państwami przypomina bowiem dobre małżeństwo. Można wybaczyć wiele, ale nie można udawać, że nic się nie stało. Jeśli jedna strona nadepnie drugiej na odcisk, wypada przynajmniej powiedzieć: „przepraszam”. Nie dlatego, że historia tego wymaga. Dlatego, że przyszłość tego potrzebuje.
Problem polega na tym, że historia jest jak teściowa. Nawet kiedy wyjedzie, wszyscy nadal o niej rozmawiają.
Rosja doskonale o tym wie. Dlatego z niezwykłą starannością podrzuca drewno do polsko-ukraińskiego ogniska. Im bardziej się pokłócimy, tym spokojniej będzie mógł spać Kreml. Putin od dawna nie potrzebuje już czołgów na granicy. Wystarczy mu kilka dobrze napisanych prowokacji, armia internetowych trolli i garść polityków gotowych zrobić za darmo to, za co kiedyś trzeba było płacić agentom.
Potem pojawia się sondaż. Niemal co czwarty Polak uważa, że Polska współodpowiada za eskalację konfliktu z Ukrainą, a jeszcze większa grupa obarcza winą przede wszystkim Ukrainę. Sondaże są dziś jak lustra w wesołym miasteczku. Nie pokazują prawdy. Pokazują emocje. A emocje są najbardziej dochodowym towarem współczesnej polityki.
Kiedyś politycy sprzedawali programy. Dzisiaj sprzedają oburzenie. Im bardziej wyborca jest zły, tym wierniejszy.
Warszawa tymczasem kręci własną karuzelą. Kolejni współpracownicy Rafała Trzaskowskiego odchodzą z ratusza, stanowiska zmieniają właścicieli szybciej niż dzieci wymieniają się kartami piłkarzy. Urząd miasta zaczyna przypominać dworzec kolejowy. Jedni przyjeżdżają, drudzy odjeżdżają, trzeci nie wiedzą, z którego peronu ruszy ich pociąg.
Być może taki już urok wielkich organizacji, a może polityka ma dziś okres przydatności krótszy od jogurtu.
Europa także nie próżnuje. Unijny system kontroli granicznej miał usprawnić ruch. Jak to zwykle bywa z wielkimi europejskimi projektami, usprawnił przede wszystkim kolejki. Linie lotnicze alarmują, pasażerowie się denerwują, urzędnicy zapewniają, że wszystko działa zgodnie z procedurami.
Biurokracja to jedyna religia świata, w której cud polega na tym, że mimo katastrofy wszystko odbyło się zgodnie z instrukcją.
Najbardziej zadziwia jednak coś innego. W tym samym dniu świat świętuje ćwierć tysiąclecia największej demokracji, rozmawia o wojnie, o NATO, o Ukrainie, o Iranie, o Gazie, o Chinach, a internet żyje suknią ślubną Taylor Swift.
Nie mam nic przeciwko Taylor Swift. Niech będzie szczęśliwa, ale jest w tym jakaś niezwykła metafora naszych czasów.
Kiedy płonie pół świata, największe emocje budzi kolor kwiatów na weselnym stole. Cywilizacja osiągnęła taki poziom komfortu, że nawet katastrofy konsumujemy między reklamą perfum a relacją z czerwonego dywanu.
Przecież Ameryka była kiedyś czymś więcej niż fabryką seriali, smartfonów i miliarderów. Była symbolem odpowiedzialności. Można ją było krytykować za Irak, Afganistan, Wietnam czy wiele innych błędów, ale świat wiedział przynajmniej, kto siedzi za kierownicą.
Dzisiaj wygląda to tak, jakby kierowca jedną ręką prowadził ciężarówkę, drugą pisał wpis w mediach społecznościowych, a trzecią – której biologicznie przecież nie posiada – próbował sprzedać pasażerom złudzenie, że wszystko jest pod kontrolą i może właśnie dlatego ten amerykański Dzień Niepodległości brzmi inaczej niż wszystkie poprzednie.
Mniej w nim triumfu. Więcej niepokoju, bo świat nadal potrzebuje silnej Ameryki. Nie aroganckiej. Nie obrażalskiej. Nie zakochanej we własnym odbiciu.
Silnej rozsądkiem. Silnej przewidywalnością. Silnej odpowiedzialnością. Takiej, która pamięta, że mocarstwo poznaje się nie po liczbie lotniskowców ani po wysokości wieżowców, lecz po tym, czy inni chcą mu ufać.
Zaufanie jest jak porcelana. Rozbić można je jednym zdaniem. Sklejać trzeba latami, a świat – niestety – coraz częściej przypomina sklep z porcelaną, po którym biegają polityczne słonie przekonane, że taniec to ich największy talent.

Dodaj komentarz