
Znowu mnie skasowali. A właściwie: „zawiesili”. To słowo brzmi miękko, jak hamak między palmami. W praktyce oznacza cyfrową egzekucję bez wyroku, bez aktu oskarżenia i bez prawa do obrony, poza rytualnym kliknięciem „odwołaj się”, które znika w czarnej dziurze serwerowni.
Dostałem komunikat godny urzędnika z dystopijnej komedii: moje konto jest niewidoczne, nie mogę z niego korzystać, a sprawdzenie informacji trwa „zwykle około jednego dnia”. Zwykle. Około. Informacji. To zdanie jest poezją bezradności. Nikt nic nie wie, ale algorytm już wie, że coś mu nie pasuje.
Najlepsze przyszło w mailu: mam 180 dni na podjęcie działania. Sto osiemdziesiąt dni łaski od cyfrowego imperium. Pół roku w czyśćcu. A jeśli nie zdążę przekonać maszyny, że nie jestem oszustem i nieuczciwym elementem, konto zostanie wyłączone na stałe. Bez apelacji. Bez człowieka. Bez rozmowy.
O co chodzi? O „naruszenie Standardów społeczności dotyczących oszustwa i nieuczciwości”. Brzmi groźnie. Tyle że nikt nie wskazuje, co było tym oszustwem. Który wpis. Które zdanie. Która metafora. Może ironia jest dziś próbą wyłudzenia? Może sarkazm podpada pod paragraf o nadużyciach? A może krytyka władzy to forma cyfrowej malwersacji?
Facebook jest dziś czymś więcej niż platformą. To prywatne państwo z własnym kodeksem, własną policją i własnym sądem. Tyle że sędzią jest algorytm. Nie czyta kontekstu. Nie rozumie niuansu. Reaguje na słowa jak pies Pawłowa na dzwonek. Wykryje wzorzec – wyda wyrok.
Absurd polega na tym, że ta sama platforma żyje z naszych emocji, sporów, opinii i tekstów. To z ruchu, z dyskusji, z kontrowersji bierze pieniądze. A potem mówi: „Podejrzewamy cię o nieuczciwość. Poczekaj w ciszy, może cię odwiesimy”.
To tak, jakby teatr sprzedawał bilety na ostrą satyrę, a po premierze zamykał autora za „niewłaściwy ton”.
Nie handlowałem cudownymi suplementami. Nie tworzyłem piramidy finansowej. Pisałem felietony. Krytyczne, czasem złośliwe, czasem ostre. I to najwyraźniej wystarczy, by algorytm uznał, że coś tu pachnie nieuczciwością. W świecie, w którym dezinformacja potrafi krążyć miesiącami bez reakcji, a boty rosną jak chwasty, najgroźniejszy okazuje się felietonista z klawiaturą.
Najbardziej groteskowe jest to, że sam komunikat przyznaje możliwość pomyłki. „Jeśli uważasz, że zawiesiliśmy konto przez pomyłkę…” – czyli nawet oni wiedzą, że system może się mylić. Ale ciężar dowodu spada na użytkownika. Udowodnij maszynie, że nie jesteś wielbłądem.
Facebook nie jest już przestrzenią debaty. Jest centrum handlowym opinii, w którym właściciel może wyprosić klienta, bo za głośno mówi przy stoliku. Regulamin staje się świętą księgą, interpretowaną przez algorytm bez twarzy. Transparentność? Nie. Konkret? Nie. Jest za to majestatyczne: „naruszyłeś Standardy”.
Przyjmuję to ze spokojem. To nie pierwsza taka historia i pewnie nie ostatnia. Uodporniłem się. Konto to tylko narzędzie. Myśl nie znika dlatego, że znika profil. Tekst nie przestaje istnieć, bo przestał się wyświetlać w czyimś feedzie.
Będę pisał dalej. Na własnej stronie. W miejscach, gdzie nikt nie przyzna mi 180 dni łaski jak cesarz w cyfrowym Koloseum.
Facebook może zawiesić konto. Może wyłączyć profil. Może podejrzewać.
Ale nie może odebrać prawa do pisania. A jeśli pisanie staje się dziś „nieuczciwością”, to największym oszustwem jest wiara, że prywatna platforma jest gwarantem wolności słowa.
Reszta to tylko automatyczny mail z podpisem: Algorytm.

Dodaj komentarz