GENERAŁ, KTÓRY PRZEWIDZIAŁ KLĘSKĘ, LECZ NIE POTRAFIŁ JEJ ZATRZYMAĆ

Warszawa

Za dwa dni Warszawa o siedemnastej zatrzyma się. Zawyją syreny, staną samochody, przechodnie znieruchomieją, na minutę miasto przestanie się spieszyć. Będziemy wspominać odwagę ludzi, którzy mieli po kilkanaście albo dwadzieścia kilka lat, bardzo mało broni i zadziwiająco dużo gotowości do śmierci.

O ich bohaterstwie nie trzeba dyskutować. Było bezsporne. Dyskutować trzeba o tych, którzy wysłali ich do walki.

Jednym z najciekawszych, a zarazem najbardziej tragicznych bohaterów politycznego tła Powstania Warszawskiego jest generał Kazimierz Sosnkowski. Naczelny Wódz, który trafnie przewidział katastrofę, ostrzegał przed nią przez wiele miesięcy, rozumiał zamiary Stalina lepiej niż większość polskich polityków, a mimo to nie zdołał — albo nie potrafił — zatrzymać decyzji prowadzącej do zagłady miasta.

To historia nie tylko o bezsilności. Także o odpowiedzialności człowieka, który miał rację, lecz nie uczynił z niej dostatecznie skutecznego użytku.

DWA OŚRODKI WŁADZY I ŻADNEGO WSPÓLNEGO KIERUNKU

Po śmierci generała Władysława Sikorskiego w lipcu 1943 roku rozdzielono stanowiska premiera i Naczelnego Wodza. Premierem został Stanisław Mikołajczyk, dowództwo nad siłami zbrojnymi objął Sosnkowski.

Rozwiązanie wyglądało rozsądnie na papierze. Problem polegał na tym, że obaj politycy nie ufali sobie niemal równie mocno, jak nie ufali Stalinowi, a w przypadku Mikołajczyka może nawet bardziej.

Mikołajczyk wierzył, że z Moskwą trzeba próbować się porozumieć. Liczył, że Wielka Brytania i Stany Zjednoczone nie pozwolą Stalinowi całkowicie podporządkować Polski. Chciał odbudować zerwane po ujawnieniu zbrodni katyńskiej stosunki dyplomatyczne z ZSRR i sądził, że demonstracja dobrej woli może ocalić choć część polskiej suwerenności.

Sosnkowski uważał te nadzieje za złudzenie.

Widział, że Stalin nie nadchodzi jako wyzwoliciel, lecz jako przyszły gospodarz. Rozumiał, że Armia Czerwona, wypierając Niemców, przyniesie Polsce nie wolność, ale zmianę okupanta, wspartą własnym wojskiem, aparatem bezpieczeństwa i przygotowanymi w Moskwie komunistycznymi władzami.

Historia przyznała mu rację. Niestety historia ma paskudny zwyczaj przyznawania racji dopiero wtedy, gdy nie można już uratować ludzi, którym odmówiono jej wcześniej.

POWSTANIE JAKO AKT ROZPACZY

Sosnkowski nie odrzucał walki z Niemcami. Sprzeciwiał się powstaniu powszechnemu bez realnej pomocy aliantów.

Stawiał trzy warunki powodzenia: załamanie morale Niemców, poważne wsparcie materiałowe i lotnicze Zachodu oraz pomoc wojsk nadchodzących z zewnątrz. Żaden z tych warunków latem 1944 roku nie został spełniony.

Brytyjczycy nie zamierzali prowadzić wielkiej operacji zaopatrzeniowej nad Polską bez zgody Stalina. Amerykanie podporządkowywali sprawę polską nadrzędnemu celowi, jakim było pokonanie Hitlera przy współpracy z ZSRR. Armia Czerwona nie miała najmniejszego interesu w ratowaniu sił wiernych legalnemu rządowi Rzeczypospolitej.

Sosnkowski pisał, że akty rozpaczy bywają w życiu narodów nieuniknione i mogą mieć znaczenie moralne dla potomności. Ostrzegał jednak, że taki czyn może wbrew intencjom Polaków ułatwić realizację interesów „drugiego okupanta”.

To zdanie zawiera istotę tragedii.

Powstanie miało zamanifestować polską suwerenność przed Stalinem. W praktyce doprowadziło do zniszczenia największego skupiska polskiej inteligencji, młodzieży i struktur państwa podziemnego — dokładnie tego, czego Stalin potrzebował przed przejęciem kraju.

Chcieliśmy pokazać Sowietom, kto jest gospodarzem. Stalin cierpliwie poczekał, aż Niemcy wymordują gospodarzy i spalą dom.

„BURZA”, KTÓRA PRZYNOSIŁA ARESZTOWANIA

Pierwsze doświadczenia operacji „Burza” nie pozostawiały wielkiego pola dla złudzeń. Żołnierze AK pomagali wypierać Niemców, ujawniali się przed Armią Czerwoną jako przedstawiciele legalnego państwa polskiego, po czym ich dowódcy trafiali do aresztów NKWD, a szeregowców rozbrajano, wcielano do armii Berlinga albo wywożono.

Tak było na Wołyniu, Wileńszczyźnie i w okolicach Lwowa.

Sowieci odpowiadali na polską demonstrację państwowości metodą prostą i skuteczną: państwowość aresztowali.

Sosnkowski widział, że eksperyment zakończył się fiaskiem. Wiedział również, że powtórzenie go w Warszawie może oznaczać katastrofę na niewyobrażalnie większą skalę.

Tyle że w tym samym czasie tracił rzeczywistą kontrolę nad Komendą Główną AK. Władze w kraju coraz bardziej się usamodzielniały, depesze szły długo, instrukcje były niejasne, a polecenia z Londynu filtrowali ludzie prowadzący własną politykę.

Ironia historii osiągnęła szczególną doskonałość w przypadku Leopolda Okulickiego. Sosnkowski wysłał go do kraju jako zaufanego oficera i przyszłego organizatora konspiracji antysowieckiej. Tymczasem Okulicki stał się jednym z najgorętszych zwolenników wybuchu powstania w Warszawie.

Naczelny Wódz wysłał więc człowieka, który miał przygotować podziemie na nadejście Sowietów, a otrzymał jednego z głównych inspiratorów zrywu, po którym podziemie zostało wykrwawione.

OSTRZEGAŁ, ALE NIE ZAKAZAŁ

W tym miejscu kończy się wygodna legenda o proroku całkowicie pozbawionym wpływu.

Sosnkowski był przeciwnikiem powstania. Jego stanowisko było znane. Wielokrotnie ostrzegał przed „całopalnym porywem”, brakiem pomocy Zachodu i skutkami ujawniania AK przed Sowietami.

Nie wydał jednak odpowiednio wcześnie jednoznacznego, kategorycznego rozkazu zakazującego rozpoczęcia walki w Warszawie.

Można go bronić. Decyzja o powstaniu miała charakter polityczny i formalnie należała do rządu. Naczelny Wódz nie otrzymywał pełnych informacji o zmianach w planie „Burzy”. Jego instrukcje lekceważono, a łączność z krajem działała powoli i była poddawana kontroli ludzi niepodzielających jego stanowiska.

Można go również oskarżać.

W najważniejszych dniach lipca przebywał we Włoszech. Prezydent Raczkiewicz wzywał go do powrotu, lecz generał zwlekał. Być może uważał, że decyzje i tak zapadną bez niego. Być może nie chciał firmować przedsięwzięcia, które oceniał jako szaleństwo. Być może czuł się wśród żołnierzy Andersa bezpieczniej niż w politycznym kotle Londynu.

Ale Naczelny Wódz nie może ograniczyć się do trafnego przewidywania katastrofy. Od przewidywania są analitycy. Dowódca powinien jeszcze próbować jej zapobiec — nawet wtedy, gdy szanse powodzenia są niewielkie.

Sosnkowski miał rację niemal we wszystkim poza przekonaniem, że samo posiadanie racji może wystarczyć.

DEPESZA, KTÓRA PRZYSZŁA PO CZASIE

29 lipca generał wysłał do „Bora” Komorowskiego depeszę. Pisał w niej, że walkę z Niemcami należy kontynuować w ramach „Burzy”, lecz w istniejących warunkach jest bezwzględnie przeciwny powszechnemu powstaniu. Ostrzegał, że błędna ocena sytuacji niemieckiej będzie kosztowała bardzo wiele.

Było to stanowisko jasne. Depesza dotarła do Warszawy 6 sierpnia.

Powstanie trwało już szósty dzień. Wola była miejscem masowej rzezi. Miasto płonęło, oddziały ponosiły ogromne straty, a rozkaz, który mógł mieć znaczenie 31 lipca, stał się dokumentem dla przyszłych historyków.

Wiadomość nie spóźniła się z powodu mgły nad Europą. Została przetrzymana w Londynie. W aparacie polskiego państwa trwała walka polityczna, a część oficerów uznała najwyraźniej, że wie lepiej od Naczelnego Wodza, które jego rozkazy powinny dotrzeć do podkomendnych.

Państwo podziemne, które przez pięć lat potrafiło organizować sądy, tajne szkolnictwo, wywiad i armię, w chwili najważniejszej decyzji nie potrafiło sprawnie przekazać stanowiska własnego dowódcy.

Nie była to wyłącznie tragedia militarna. To była katastrofa systemu podejmowania decyzji.

POLITYCZNY ATUT Z ŻYCIA MIASTA

Mikołajczyk liczył, że walcząca Warszawa stanie się jego argumentem podczas rozmów ze Stalinem. Polska stolica miała powitać Armię Czerwoną jako gospodarz, ujawnić legalne władze i zmusić Moskwę do uznania politycznych faktów.

Problem polegał na tym, że Stalin dysponował czołgami, armią, policją polityczną i zgodą zachodnich aliantów na urządzenie swojej strefy wpływów. Mikołajczyk miał nadzieję, meldunki z kraju i cudzą gotowość do śmierci.

W dyplomacji argument jest wart tyle, ile siła stojąca za nim. Warszawa miała być kartą przetargową, lecz została rzucona na stół w grze, w której przeciwnik rozdawał karty, pilnował banku i mógł w każdej chwili aresztować pozostałych graczy.

Decyzja o powstaniu nie była więc dziełem jednego człowieka. Odpowiedzialność rozkłada się między Mikołajczyka, kierownictwo polityczne w kraju, „Bora” Komorowskiego, Tadeusza Pełczyńskiego, Antoniego Chruściela i szczególnie aktywnego Okulickiego. Towarzyszyły jej błędne meldunki o położeniu Niemców, wiara w rychłe wkroczenie Sowietów, lęk przed komunistycznym powstaniem oraz przekonanie, że Warszawa nie może pozostać bierna.

Sosnkowski znajdował się poza tym kręgiem. Ale jako Naczelny Wódz nie znajdował się poza odpowiedzialnością.

RACJA BEZ WŁADZY, WŁADZA BEZ ROZSĄDKU

Najuczciwiej powiedzieć tak: Sosnkowski trafniej niż jego przeciwnicy rozumiał położenie Polski, zamiary Stalina i brak gotowości Zachodu do udzielenia realnej pomocy. Jego sprzeciw wobec powstania był racjonalny, konsekwentny i oparty na faktach.

Jednocześnie był politycznie osamotniony, temperamentem bardziej analitykiem niż człowiekiem gwałtownych decyzji, uwikłany w spór z premierem i częściowo odcięty od kraju. Nie wykazał determinacji odpowiedniej do zagrożenia, które sam tak dobrze rozpoznawał.

Nie należy czynić z niego ukrytego sprawcy Powstania Warszawskiego. Byłoby to fałszem.

Nie należy również budować mu pomnika bezsilnej niewinności. Miał urząd, autorytet i możliwość głośniejszego sprzeciwu. Nawet jeśli zakaz zostałby zignorowany, powinien był paść wcześniej, wyraźniej i z pełnym ciężarem stanowiska Naczelnego Wodza.

Sosnkowski przewidział, że powstanie może zmienić jedną okupację w drugą, wykrwawiając naród i ułatwiając Stalinowi przejęcie Polski. Przewidział dobrze.

Warszawy jednak nie ocalił.

Za dwa dni będziemy czcić tych, którzy poszli walczyć. Należy im się pamięć bez zastrzeżeń. Dowódcom należy się coś innego: pamięć bez upiększeń.

Bo dojrzały naród nie musi wybierać między szacunkiem dla bohaterów a oceną decyzji, która wysłała ich na śmierć. Może kochać powstańców i jednocześnie pytać, czy powstanie powinno było wybuchnąć.

Może też uznać, że człowiek, który miał rację, nie zawsze jest człowiekiem, który spełnił swój obowiązek.

Tragedia Sosnkowskiego polegała na tym, że widział nadchodzącą przepaść wcześniej niż inni. Tragedia Warszawy — że stał zbyt daleko od kierownicy, a gdy wreszcie krzyknął, rozkaz zatrzymano na poczcie.


  1. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

    THE GENERAL WHO FORESAW DISASTER — BUT COULD NOT PREVENT IT

    30 July 2026
    Warsaw

    In two days’ time, at five o’clock in the afternoon, Warsaw will come to a halt. Sirens will sound, cars will stop, pedestrians will stand motionless, and for one minute the city will cease to hurry. We shall remember the courage of men and women who were in their teens or early twenties, who possessed very few weapons and an astonishing readiness to die.

    Their heroism is beyond dispute. What must remain open to scrutiny are the decisions of those who sent them into battle.

    One of the most compelling, and most tragic, figures in the political background to the Warsaw Uprising is General Kazimierz Sosnkowski: the Commander-in-Chief who foresaw catastrophe, warned of it for months, and understood Stalin’s intentions better than most Polish politicians — yet failed, or proved unable, to stop the decision that led to the destruction of the city.

    This is not merely a story of political impotence. It is also a story about the responsibility of a man who was right, but who failed to turn that insight into effective action.

    TWO CENTRES OF POWER, AND NO COMMON COURSE

    After the death of General Władysław Sikorski in July 1943, the offices of Prime Minister and Commander-in-Chief were separated. Stanisław Mikołajczyk became Prime Minister; Sosnkowski assumed command of the Polish armed forces.

    On paper, the arrangement appeared sensible. The difficulty was that the two men trusted one another scarcely more than they trusted Stalin — and in Mikołajczyk’s case, perhaps less.

    Mikołajczyk believed that some form of understanding with Moscow had to be attempted. He hoped that Britain and the United States would not allow Stalin to bring Poland entirely under Soviet domination. He wanted to restore the diplomatic relations with the Soviet Union that had been severed after the discovery of the Katyn massacre, and believed that a gesture of goodwill might preserve at least a measure of Polish sovereignty.

    Sosnkowski regarded such hopes as an illusion.

    He saw that Stalin was approaching not as a liberator, but as Poland’s future master. He understood that the Red Army, in driving out the Germans, would bring not freedom but a change of occupier — backed by its own armed forces, security apparatus and communist authorities prepared in Moscow.

    History vindicated him. Unfortunately, history has the unpleasant habit of doing so only when it is already too late to save those who refused to listen.

    THE UPRISING AS AN ACT OF DESPERATION

    Sosnkowski did not oppose armed resistance to the Germans. What he opposed was a general uprising undertaken without meaningful Allied support.

    He identified three conditions necessary for success: the collapse of German morale, substantial material and air support from the Western Allies, and military assistance from forces advancing from outside Poland. By the summer of 1944, none of these conditions had been met.

    The British had no intention of mounting a major supply operation over Poland without Stalin’s consent. The Americans subordinated the Polish question to their overriding strategic objective: defeating Hitler in co-operation with the Soviet Union. The Red Army had not the slightest interest in rescuing forces loyal to the lawful government of the Polish Republic.

    Sosnkowski wrote that acts of desperation may at times be unavoidable in the life of a nation, and may retain moral significance for future generations. Yet he warned that such an act might, contrary to Polish intentions, serve the interests of the “second occupier”.

    That sentence contains the essence of the tragedy.

    The Uprising was intended as a declaration of Polish sovereignty in the face of Stalin. In practice, it led to the destruction of Poland’s greatest concentration of intellectuals, young people and underground state structures — precisely what Stalin needed before taking control of the country.

    We wanted to show the Soviets who the master of the house was. Stalin merely waited for the Germans to murder the occupants and burn the house to the ground.

    THE “TEMPEST” THAT BROUGHT ARRESTS

    The early experience of Operation Tempest left little room for illusion. Home Army units helped to drive out the Germans and then revealed themselves to the Red Army as representatives of the lawful Polish state. Their commanders were arrested by the NKVD; the rank and file were disarmed, conscripted into Berling’s army or deported.

    This happened in Volhynia, in the Vilnius region and around Lwów.

    The Soviets responded to the Polish demonstration of statehood in a manner both simple and effective: they arrested the statehood.

    Sosnkowski could see that the experiment had failed. He also knew that repeating it in Warsaw might produce a catastrophe on an incomparably greater scale.

    At the same time, however, he was losing effective control over Home Army Headquarters. The authorities inside occupied Poland were becoming increasingly autonomous, dispatches took too long to arrive, instructions were ambiguous, and orders from London were filtered through people pursuing political strategies of their own.

    History’s sense of irony reached a particular refinement in the case of Leopold Okulicki. Sosnkowski sent him into occupied Poland as a trusted officer and the prospective organiser of an anti-Soviet underground. Instead, Okulicki became one of the most fervent advocates of an uprising in Warsaw.

    The Commander-in-Chief therefore sent a man whose task was to prepare the underground for the arrival of the Soviets, and acquired one of the principal instigators of the insurrection that left that underground bled white.

    HE WARNED THEM — BUT DID NOT FORBID IT

    At this point, the comforting legend of the prophet entirely deprived of influence begins to fall apart.

    Sosnkowski opposed the Uprising. His position was well known. He repeatedly warned against a self-immolating impulse, against the absence of Western assistance, and against the consequences of revealing the Home Army to the Soviets.

    Yet he did not issue, early enough, an unequivocal and categorical order forbidding the commencement of fighting in Warsaw.

    There is a case to be made in his defence. The decision to launch the Uprising was political and formally rested with the government. The Commander-in-Chief was not fully informed about changes to the plans for Operation Tempest. His instructions were disregarded, communications with occupied Poland were slow, and the flow of information was controlled by people who did not share his judgement.

    There is also a case for the prosecution.

    During the crucial days of July, Sosnkowski was in Italy. President Raczkiewicz urged him to return, but the general delayed. Perhaps he believed that the decisions would be taken without him in any event. Perhaps he did not wish to lend his authority to an undertaking he regarded as madness. Perhaps he felt more at ease among Anders’s soldiers than in the political cauldron of London.

    But a Commander-in-Chief cannot confine himself to predicting disaster correctly. Prediction is the task of the analyst. A commander must also attempt to prevent disaster — even when the chances of success are slight.

    Sosnkowski was right about almost everything, except his apparent belief that being right might, in itself, be enough.

    THE DISPATCH THAT ARRIVED TOO LATE

    On 29 July, the general sent a dispatch to Tadeusz “Bór” Komorowski. In it, he wrote that the struggle against the Germans should continue within the framework of Operation Tempest, but that in the existing circumstances he was categorically opposed to a general uprising. A mistaken assessment of the German position, he warned, would carry an exceptionally high price.

    His position could scarcely have been clearer. The dispatch reached Warsaw on 6 August.

    By then the Uprising was in its sixth day. Wola had become the scene of mass slaughter. The city was burning, units were sustaining enormous losses, and an order that might have mattered on 31 July had become a document for future historians.

    The message was not delayed by fog over Europe. It was held back in London. A political struggle was taking place within the apparatus of the Polish state, and some officers evidently decided that they knew better than the Commander-in-Chief which of his orders ought to reach his subordinates.

    The Underground State, which for five years had succeeded in organising courts, clandestine education, intelligence services and an army, proved incapable, at the moment of its most consequential decision, of efficiently transmitting the position of its own commander.

    This was not merely a military tragedy. It was a collapse of the decision-making system itself.

    A CITY’S LIFE AS A POLITICAL BARGAINING CHIP

    Mikołajczyk hoped that a Warsaw in arms would strengthen his hand in negotiations with Stalin. The Polish capital was to greet the Red Army as the lawful host, reveal its legitimate authorities, and compel Moscow to acknowledge political facts on the ground.

    The problem was that Stalin possessed tanks, an army, a political police force and the acquiescence of the Western Allies in the creation of his sphere of influence. Mikołajczyk possessed hope, reports from occupied Poland and other people’s readiness to die.

    In diplomacy, an argument is worth only as much as the power behind it. Warsaw was intended as a bargaining chip, but it was placed on the table in a game in which the opponent dealt the cards, controlled the bank and could arrest the other players whenever he pleased.

    The decision to launch the Uprising was not, therefore, the work of a single man. Responsibility was shared among Mikołajczyk, the political leadership in occupied Poland, “Bór” Komorowski, Tadeusz Pełczyński, Antoni Chruściel and the particularly energetic Okulicki. The decision was accompanied by inaccurate reports about the condition of German forces, faith in the imminent arrival of the Soviets, fear of a communist-led insurrection, and the conviction that Warsaw could not remain passive.

    Sosnkowski stood outside that immediate circle. But as Commander-in-Chief, he did not stand outside responsibility.

    BEING RIGHT WITHOUT POWER, AND HAVING POWER WITHOUT JUDGEMENT

    The fairest assessment is this: Sosnkowski understood Poland’s position, Stalin’s intentions and the West’s unwillingness to provide meaningful assistance more clearly than his opponents did. His opposition to the Uprising was rational, consistent and grounded in fact.

    At the same time, he was politically isolated, temperamentally more an analyst than a man of swift and forceful decisions, entangled in conflict with the Prime Minister and partly cut off from occupied Poland. He did not display determination equal to the danger he had himself diagnosed so accurately.

    He should not be cast as the concealed architect of the Warsaw Uprising. That would be false.

    Nor should a monument be erected to his powerless innocence. He held high office, possessed authority and had the means to object more forcefully. Even if a prohibition would ultimately have been ignored, it should have been issued earlier, more clearly and with the full weight of the office of Commander-in-Chief behind it.

    Sosnkowski foresaw that the Uprising might replace one occupation with another, bleed the nation white and make it easier for Stalin to seize control of Poland. His judgement was correct.

    But he did not save Warsaw.

    In two days’ time, we shall honour those who went out to fight. They deserve remembrance without reservation. Their commanders deserve something different: remembrance without embellishment.

    A mature nation need not choose between reverence for its heroes and scrutiny of the decision that sent them to their deaths. It can love the insurgents and still ask whether the Uprising should have taken place.

    It can also recognise that a man who was right is not always a man who fulfilled his duty.

    Sosnkowski’s tragedy was that he saw the approaching abyss sooner than others. Warsaw’s tragedy was that he stood too far from the wheel — and that when he finally shouted, the order was held up in the post.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights