
Środa była dniem wyjątkowo bogatym. Mateusz Morawiecki założył klub, Jarosław Kaczyński stracił czterdziestu posłów, Donald Tusk zyskał powód do uśmiechu, znany lekarz stracił zainteresowanie publiczną ochroną zdrowia, Rosja zainteresowała się twórcą Telegrama, szwajcarski luksus stanął na skraju bankructwa, a wielbłądy uznały, że upał przekracza warunki umowy.
Największą odporność na rzeczywistość ponownie wykazali politycy.
Wszystko zaczęło się rano, gdy Mateusz Morawiecki ogłosił powstanie klubu parlamentarnego Rozwój Plus. Klub ma czterdziestu posłów, jednego senatora i taką nazwę, jakby były premier nie zakładał nowego ugrupowania, tylko uruchamiał dodatkowo płatny pakiet w bankowości elektronicznej.
Rozwój Plus. Więcej rozwoju, więcej funkcji, pierwszy miesiąc bez opłat, rezygnacja możliwa wyłącznie na formularzu zatwierdzonym przez Jarosława Kaczyńskiego.
Nowy klub stał się trzecią siłą w Sejmie, za KO i PiS. Prawo i Sprawiedliwość zachowało nazwę, lecz utraciło czterdziestu ludzi, dzięki czemu polska polityka po raz kolejny udowodniła, że nazwy partii nie muszą pozostawać w jakimkolwiek związku z ich działalnością. Rozwój przyniósł ubytek, jedność zakończyła się rozłamem, a prawo i sprawiedliwość ustąpiły miejsca regulaminowi oraz rzecznikowi dyscyplinarnemu. Rozwój Plus liczy 40 posłów i jest trzecim największym klubem w Sejmie.
PiS dostał minus czterdzieści, lecz Morawiecki nazwał go Plusem, ponieważ były bankowiec wie, że najważniejszy nie jest stan konta, tylko nazwa produktu.
MORAWIECKI WYSZEDŁ, ZANIM ZOSTAŁ WYRZUCONY
Były premier nie zaczekał na decyzję sądu koleżeńskiego PiS. To zrozumiałe. Sąd koleżeński w polskiej partii przypomina sąd kapturowy po kursie administracji publicznej: wiadomo, jaki będzie wyrok, nie wiadomo jedynie, ile formularzy trzeba będzie wcześniej zgubić.
Komitet Polityczny PiS miał rozstrzygnąć los buntowników, ale wysłał sprawę do rzecznika dyscyplinarnego. Rzecznik może ją skierować do sądu partyjnego albo z powrotem do Komitetu Politycznego. Sprawa otrzymała więc możliwość krążenia między gabinetami tak długo, aż uczestnicy umrą, pogodzą się albo wspólnie wystartują w następnych wyborach.
Morawiecki uznał, że skoro wyrzucenie jeszcze formalnie nie nastąpiło, należy potraktować je jako fakt dokonany i zorganizować własny klub. To myślenie księgowe: przyszłą stratę trzeba zaksięgować od razu, zwłaszcza jeżeli może przynieść bieżącą korzyść polityczną.
Kaczyński utrzymuje, że rozłamu dokonał Morawiecki i że służy on ludziom szkodzącym Polsce. Morawiecki przekonuje, że został wypchnięty. Jeden ogłasza zdradę, drugi krzywdę, a wyborca ma ustalić sprawcę na podstawie dwóch konferencji, trzech statutów i sześciu sprzecznych wypowiedzi rzeczników. Kaczyński obwinił Morawieckiego o rozłam.
W całej tej historii nie chodzi już o to, kto należy do jakiej partii. Chodzi o to, kto pierwszy przekona elektorat, że został zdradzony piękniej.
Tobiasz Bocheński nazwał Morawieckiego „Zdradeuszem”. Polska prawica osiągnęła dzięki temu kolejny poziom dojrzałości. Jeszcze niedawno spór dotyczył strategii, programu, sukcesji oraz przyszłości państwa. Teraz przypomina konflikt w szkolnej szatni, w którym przezwiska stanowią ostatni etap prac programowych.
„Zdradeusz” jest zresztą określeniem ryzykownym. W partii, w której co kilka lat odchodzi kolejna grupa patriotów, może szybko zabraknąć ludzi uprawnionych do nadawania tego tytułu.
Każdy rozłamowiec jest zdrajcą do chwili, gdy wróci na wspólną listę wyborczą. Wtedy okazuje się doświadczonym partnerem obozu patriotycznego.
SIERPIEŃ POD ZNAKIEM BUDOWY STRUKTUR I ROZBIÓRKI PiS
Morawiecki zamierza wykorzystać sierpień na tworzenie struktur w całym kraju. Politycy Rozwoju Plus mają szukać radnych, samorządowców oraz lokalnych działaczy gotowych przyłączyć się do nowego projektu. Otoczenie Morawieckiego zapowiada intensywną działalność w sierpniu.
To przedsięwzięcie ambitne. W sierpniu polski polityk zwykle odkrywa, że istnieją krótkie rękawy, jeziora oraz rodzina. Morawiecki chce w tym czasie budować struktury. Będzie więc jeździł po kraju, spotykał się z radnymi, fotografował przy chlebie, strażakach i dojrzewającym zbożu, a następnie ogłaszał, że Polska lokalna pragnie rozwoju.
Polska lokalna pragnie przede wszystkim, żeby powiatowa droga przestała wyglądać jak poligon po manewrach, lekarz przyjmował przed śmiercią pacjenta, a pociąg zatrzymywał się także w dni nieparzyste. Jeżeli Morawiecki obieca to wszystko jednocześnie, będzie już pełnoprawnym liderem nowej partii.
W piątek ma się odbyć „grill programowy”. Określenie jest znakomite, ponieważ sugeruje, że program zostanie położony na ruszcie, obficie posmarowany patriotyczną marynatą i podany z musztardą suwerenności.
Polska polityka od lat rozwija się głównie przy grillu. Najpierw smaży się kiełbasę wyborczą, później przeciwnika, a na końcu dokumenty świadczące o odpowiedzialności za poprzednią kadencję.
Program Rozwoju Plus zapewne okaże się świeży, choć będzie zawierał znane składniki: silną Polskę, tanią energię, bezpieczne granice, wysokie pensje, niskie podatki, szybkie koleje, liczne mieszkania i zdecydowany sprzeciw wobec wszystkiego, co akurat źle wypada w sondażach.
Nowość będzie polegała na tym, że te same obietnice przedstawią ludzie, którzy realizowali je już przez osiem lat, lecz teraz zamierzają zrobić to naprawdę.
TUSK OGLĄDA SERIAL I NIE MUSI KUPOWAĆ ABONAMENTU
Potencjalna partia Morawieckiego może liczyć według jednego z badań na kilka procent poparcia, głównie odbieranego PiS; publikowane sondaże dają jej jednak bardzo różne wyniki — od wyniku poniżej progu po niemal siedem procent. „Rzeczpospolita” zestawiła wcześniejsze badania poparcia dla projektu Morawieckiego.
Nie wiadomo więc, czy Rozwój Plus będzie nową siłą, czy tylko politycznym minibarem: drogim, efektownie podświetlonym i opróżnianym przez ludzi, którzy chwilę wcześniej opuścili główną restaurację.
Wiadomo natomiast, kto korzysta na rozdrobnieniu prawicy. Donald Tusk nie musi obecnie rozbijać PiS. Wystarczy, że nie przeszkodzi Kaczyńskiemu i Morawieckiemu.
Premier może spokojnie obserwować serial, w którym każdy odcinek kończy się rozłamem, a następny zaczyna konferencją o jedności. PiS dostarcza scenariusz, Morawiecki zwroty akcji, rzecznicy komizm sytuacyjny, a system D’Hondta finał sezonu.
Tusk może nawet pozwolić sobie na szeroki uśmiech. Nie powinien jednak przesadzać. W polskiej polityce człowiek śmiejący się z cudzego rozłamu zwykle po kilku miesiącach organizuje posiedzenie własnej koalicji.
Najbardziej zabawna pozostaje możliwość ponownego wspólnego startu PiS i Morawieckiego w 2027 roku. Dzisiejszy zdrajca może zatem zostać jutrzejszym kandydatem z drugiego miejsca, jeśli sondaże odpowiednio wyjaśnią zasady moralne.
Polityczna zdrada ma w Polsce termin ważności krótszy niż jogurt. Przed wyborami wszystko ponownie nadaje się do spożycia.
POLSKA DOSTANIE JEDNĄ MARKĘ. DOTYCHCZAS MIAŁA KILKA SPRZECZNYCH
Tego samego dnia rząd ogłosił, że prof. Barbara Mróz-Gorgoń ma koordynować budowę spójnej marki Polski. Cel jest rozsądny: zastąpić rozproszone działania jednym rozpoznawalnym przekazem. Nowa pełnomocniczka ma skoordynować promocję marki Polska.
Zadanie należy do trudnych.
Polska funkcjonuje dziś pod kilkoma markami naraz. Dla turystów jesteśmy krajem pierogów, Chopina i pięknych miast. Dla inwestorów — krajem wykwalifikowanych pracowników. Dla własnych polityków — ostatnim bastionem cywilizacji, który codziennie musi zostać uratowany przed pozostałymi Polakami. Dla kierowców — niekończącym się objazdem. Dla pacjentów — systemem rezerwacji odległej przyszłości.
Jedna marka mogłaby uporządkować ten bałagan. Slogan nasuwa się sam: „Polska. Wszystko działa inaczej, niż sugeruje nazwa”.
Mamy Prawo i Sprawiedliwość zajęte nieustannym ustalaniem, kto jest członkiem partii. Mamy Rozwój Plus powstały w wyniku politycznego odejmowania. Mamy publiczną ochronę zdrowia, z której specjaliści przechodzą do sektora prywatnego. Mamy parlament, w którym klub jest trzecim co do wielkości, zanim zdążył porządnie zamówić pieczątkę.
Specjalistce od marki należy życzyć powodzenia. Będzie potrzebowała talentu, cierpliwości i prawdopodobnie kilku osobnych logotypów dla każdego skrzydła prawicy.
LEKARZ ODCHODZI, PACJENT ZOSTAJE Z TERMINEM
W środę pojawiła się również wiadomość, że znany reumatolog Bartosz Fiałek odchodzi z publicznej ochrony zdrowia. Roczne wynagrodzenie sięgające 750 tysięcy złotych miało być niewystarczające; lekarz oczekiwał czterech tysięcy złotych za dzień pracy. Spór o wynagrodzenie reumatologa opisała „Rzeczpospolita”.
Wiadomość jest stworzona do wywołania ludowego gniewu. Siedemset pięćdziesiąt tysięcy rocznie brzmi dla większości obywateli jak nagroda w teleturnieju, po której prowadzący obejmuje zwycięzcę, a urząd skarbowy wysyła kwiaty.
Problem polega na tym, że rynek medyczny nie kieruje się uczuciami odbiorcy wiadomości. Rzadki specjalista porównuje oferty. Prywatna placówka porównuje przychody. Publiczny szpital porównuje zadłużenie z zeszłorocznym i cieszy się, jeśli liczba zmieniła się tylko o jedno zero.
Można oburzać się na lekarza. Można oburzać się na dyrekcję. Najrozsądniej byłoby jednak oburzyć się na system, w którym jeden specjalista może stać się wąskim gardłem całego regionu, a państwo odkrywa jego wartość dopiero wtedy, gdy ten składa wypowiedzenie.
Politycy chętnie przypominają lekarzom o misji. Misja jest bowiem znacznie tańsza od etatu, nie wymaga waloryzacji i bardzo dobrze wygląda podczas konferencji prasowej. Banki nadal odmawiają jednak uznawania powołania za wkład własny.
Pacjent nie interesuje się ostatecznie, czy lekarz zarabia pół miliona, milion czy koszyk patriotycznych wzruszeń. Chce wiedzieć, czy zostanie przyjęty, zanim jego skierowanie stanie się dokumentem historycznym.
W polskiej ochronie zdrowia lekarz dostaje ofertę, szpital dostaje dług, minister dostaje pytanie, a pacjent dostaje termin.
NIENAWIŚĆ SCHODZI Z MÓWNICY NA ULICĘ
Nie wszystkie środowe wiadomości nadają się do śmiechu. Sąd aresztował dwóch mężczyzn podejrzanych o brutalne pobicie ukraińskiej pary we Wrocławiu. Podejrzani zostali tymczasowo aresztowani.
W tym miejscu kpina powinna ustąpić, ale nie całkiem zniknąć — należy ją skierować ku ludziom, którzy od lat produkują pogardę, a potem zachowują zdumienie, gdy ktoś zaczyna jej używać bez cudzysłowu.
Słowa w polityce nie są styropianem. Spadają na ludzi. Jeżeli przez miesiące opowiada się o obcych, wrogach, pasożytach i zagrożeniu, ktoś wreszcie uzna, że dostał społeczne pozwolenie na przemoc. Polityk umyje wtedy ręce, potępi incydent i wróci do studia, żeby dalej podgrzewać atmosferę, tylko bardziej odpowiedzialnym tonem.
Najpierw produkuje się wroga. Potem wyborca dokonuje samodzielnego montażu.
Nienawiść jest jedynym programem politycznym, który zawsze udaje się zrealizować przed terminem.
ROSJA ŚCIGA TELEGRAM, UKRAINA UDERZA W RAFINERIE
Poza Polską środa również nie wykazywała skłonności do umiarkowania.
Ukraina poinformowała o atakach na rafinerię w Riazaniu, bazę kutrów na okupowanym Krymie i rosyjską stację radarową. Jednocześnie Kijów obawia się ruchów Białorusi. Ukraiński sztab przedstawił listę zaatakowanych celów.
Wojna coraz bardziej przypomina ponurą mapę połączeń, na której każdy konflikt próbuje przesiąść się do następnego. Morze Kaspijskie staje się nowym obszarem napięcia, Iran miał rozważać odwet po ostrzelaniu statku, a Ukraina i Iran zapewniają, że eskalacji nie chcą. Jest to formuła dyplomatyczna oznaczająca zwykle, że eskalacja już stoi w przedpokoju i zdejmuje płaszcz. Napięcie ukraińsko-irańskie opisała „Rzeczpospolita”.
Rosyjska FSB postawiła natomiast Pawłowi Durowowi, twórcy Telegrama, zarzuty ułatwiania działalności terrorystycznej. Rosyjskie służby oskarżyły założyciela komunikatora.
Telegram przez lata był dla rosyjskiego systemu narzędziem wygodnym, dopóki pozostawał dostatecznie użyteczny i niedostatecznie niezależny. Autorytaryzm kocha technologię jak właściciel psa: pod warunkiem, że przychodzi na wezwanie, nie gryzie pana i nie komunikuje się samodzielnie z sąsiadami.
W Rosji wolność słowa jest szeroka. Rozciąga się od oficjalnego komunikatu do jego entuzjastycznego powtórzenia.
WIELBŁĄDY MAJĄ GRANICE. POLITYCY NIE
W Chinach mieszkańcy Nankinu chronili się przed upałem w parku wodnym. Gdzie indziej temperatury stały się tak ekstremalne, że zaczęły szkodzić wielbłądom — zwierzętom, które natura projektowała przecież z myślą o pracy tam, gdzie człowiek zaczyna się topić po wyjściu z klimatyzowanego samochodu. Naukowcy ostrzegają, że także odporność wielbłądów ma granice.
To wiadomość symboliczna. Jeżeli wielbłąd uznaje, że jest za gorąco, sytuacja przestała być dyskusją światopoglądową. Wielbłąd nie należy do organizacji ekologicznej, nie czyta raportów klimatycznych i nie otrzymuje grantów z Brukseli. Posiada garb, doświadczenie pustynne oraz lepsze rozeznanie w temperaturze niż niejeden minister.
Mimo to zawsze znajdzie się polityk, który przy czterdziestu pięciu stopniach wyjaśni, że latem bywa ciepło, dawniej także występowały upały, a wielbłąd najprawdopodobniej uległ lewicowej propagandzie.
Natura wysyła raporty w postaci pożarów, suszy i omdlewających zwierząt. Człowiek odpowiada konferencją prasową.
LUKSUS BANKRUTUJE, BO PRESTIŻ NIE OPŁACA FAKTUR
Na skraju bankructwa znalazła się także Bally, szwajcarska marka luksusowa działająca od 175 lat. Historia i problemy finansowe Bally.
To kolejna środowa lekcja. Można posiadać historię, rozpoznawalne logo, eleganckie sklepy i wyroby droższe od używanego samochodu, a mimo to przegrać z rachunkiem ekonomicznym.
Prestiż nie opłaca faktur. Historia nie reguluje zobowiązań. Wielkie nazwisko nie gwarantuje przyszłości. Dotyczy to marek luksusowych, partii politycznych i byłych premierów.
PiS także posiada znaną markę, wielką historię, wiernych klientów i prezesa przypominającego założyciela rodzinnej manufaktury, który wciąż osobiście sprawdza każdą podeszwę. Problem zaczyna się wtedy, gdy czterdziestu pracowników wychodzi z fabryki, zabiera maszyny i uruchamia konkurencyjną linię pod nazwą Rozwój Plus.
BILANS ŚRODY
Środa pokazała, że świat staje się coraz bardziej logiczny, jeśli przestaniemy oczekiwać od niego sensu.
Morawiecki założył klub pod nazwą Rozwój Plus, powodując w PiS wynik minus czterdzieści. Kaczyński oskarżył go o rozłam, choć wcześniej ogłosił jego wyrzucenie. Tusk otrzymał wyborczą premię za cudzą pracę. Rząd rozpoczął budowę jednej marki Polski w chwili, gdy największa partia opozycyjna rozpadła się na kilka wersji patriotyzmu. Lekarz opuścił publiczny szpital, bo rynek wycenił go inaczej niż państwo. Rosja oskarżyła twórcę komunikatora o to, że ludzie się komunikują. Wielbłądy przegrały z upałem, a luksusowa marka ze zwykłą księgowością.
To było mądre podsumowanie naszych czasów.
Instytucje przegrywają z ambicją. Państwa z propagandą. Rozsądek z nazwą marketingową. Fakty z narracją. Klimat z ludzką bezczynnością. Historia z bilansem.
A jednak najwięcej energii poświęcamy ustaleniu, kto kogo wyrzucił z PiS.
Być może właśnie na tym polega geniusz polskiej polityki. Świat może płonąć, wielbłądy mogą mdleć, wojna może otwierać nowe teatry, lekarze mogą wychodzić ze szpitali, a znane marki bankrutować. My nadal potrafimy z pełną powagą przez osiem godzin analizować, czy Mateusz Morawiecki odszedł dobrowolnie, został wypchnięty, usunięty warunkowo, zawieszony metafizycznie czy tylko źle wypełnił formularz.
Na piątek zapowiedziano grill programowy Rozwoju Plus. Kiełbasa powinna być gotowa. Program zapewne również, choć w polskiej polityce łatwiej sprawdzić skład kiełbasy.
Jarosław Kaczyński będzie odbudowywał jedność po usunięciu ludzi, którzy ją zakłócali. Mateusz Morawiecki będzie budował przyszłość z ludźmi odpowiedzialnymi za przeszłość. Donald Tusk będzie patrzył, liczył mandaty i udawał, że wcale się nie uśmiecha. Prof. Mróz-Gorgoń będzie szukała jednej marki dla kraju, który każdego ranka budzi się jako inna republika.
A wyborca ponownie dowie się, że wszystko dzieje się dla jego dobra. Nieszczęście polskiego wyborcy polega na tym, że tylu ludzi nieustannie działa dla jego dobra, iż jemu samemu nie pozostaje już nic dobrego.
Tak minęła środa.
Rozwój był na plusie, PiS na minusie, lekarz poza szpitalem, wielbłąd poza zakresem temperatur, a rzeczywistość — jak zwykle — poza kontrolą.
Jedynie polityczna pewność siebie pozostała stabilna. Ona nie zna kryzysów, upałów ani granic wytrzymałości.
Gdyby można było ją eksportować, marka Polska byłaby gotowa jeszcze przed piątkowym grillem.

Dodaj komentarz