MORAWIECKI CHCE ZNÓW RZĄDZIĆ. NAJPIERW NIECH ODNAJDZIE RZĄD, KTÓRY NIE MA AKTU OSKARŻENIA

Warszawa

Nie interesuje mnie, czy Mateusz Morawiecki zbierze piętnastu posłów, pięciu ministrów, dwóch Obajtków i jednego człowieka zdolnego przeczytać Polski Ład bez pomocy psychiatry.

Nie obchodzi mnie, czy założy partię Rozwój Plus, Rozwój Minus, Mateusz Premium, Bankster Patriotyczny czy Harcerstwo Narodowe imienia Pierwszego Kredytu. Nie wzrusza mnie, czy Jarosław Kaczyński namaści go na następcę, wyrzuci z partii, każe mu podpisać lojalkę czy poleci Jackowi Sasinowi zorganizować pożegnalne wybory, które ostatecznie się nie odbędą.

Nie interesuje mnie nawet, kto wygra tę awantur. Interesuje mnie, dlaczego człowiek z takim bilansem nadal uważa, że państwo jest mu coś winne.

Mateusz Morawiecki nie zachowuje się jak były premier, który dokonuje rachunku sumienia. Zachowuje się jak prezes firmy budowlanej, który po zawaleniu osiedla przychodzi na konferencję z prezentacją nowej wieży.

— Tamten budynek może i runął — mówi — ale za to ten będzie najwyższy w Europie.

Nie odpowiada na pytania o gruz. Pokazuje wizualizację.Nie tłumaczy się z kosztów. Opowiada o ambicji. Nie zastanawia się, co zrobił źle. Zastanawia się, dlaczego nie pozwalają mu zrobić tego ponownie, tylko na większą skalę. To właśnie najbardziej fascynuje w Morawieckim: całkowity brak tarcia między życiorysem a ambicją. U zwykłego człowieka istnieje jeszcze coś takiego jak pamięć wstydu. Człowiek przypomina sobie kompromitację, budzi się w nocy i myśli: — Boże, po co ja to powiedziałem?

Morawiecki budzi się i myśli: — Powinienem zostać premierem.

Nie wiem, co go napędza. Być może w młodości wpadł do kadzi z PowerPointem. Być może w banku nauczono go, że każdą porażkę można refinansować. Możliwe też, że tak długo otaczał się ludźmi mówiącymi „panie premierze, znakomite wystąpienie”, aż przestał odróżniać rzeczywistość od slajdu.

Jego ambicja nie ma już charakteru politycznego. Jest zjawiskiem meteorologicznym. Nadciąga bez pytania, zasłania widoczność i powoduje ostrzeżenia dla kierowców.

Morawiecki chce przywództwa, ponieważ Morawiecki uważa, że Morawiecki powinien przewodzić. Uzasadnienie ma formę koła, ale za to koło jest biało-czerwone, innowacyjne i współfinansowane ze środków europejskich, przeciwko którym Morawiecki właśnie protestuje.

Zanim jednak zaczniemy zastanawiać się, czy były premier przejmie schedę po Kaczyńskim, warto przypomnieć, czym właściwie była jego własna scheda.

Morawiecki stał na czele rządu od grudnia 2017 do grudnia 2023 roku. Był to gabinet, który przedstawiał się jako moralna odnowa państwa, a skończył jako najdroższy w historii Polski kurs przygotowawczy dla prokuratorów.

Trzeba od razu wprowadzić ważne zastrzeżenie. Nie jest prawdą, że każdy minister i wiceminister Morawieckiego ma zarzuty. Wielu nie ma. Część pojawia się wyłącznie w śledztwach, zawiadomieniach albo politycznych oskarżeniach, co nie jest tym samym co status podejrzanego. Zarzut nie oznacza winy, akt oskarżenia nie jest wyrokiem, a nawet najbardziej odrażająca polityka nie zastępuje kodeksu karnego. Tyle że prawdziwa lista i bez przesady wygląda tak, jakby posiedzenia Rady Ministrów odbywały się w poczekalni przed pokojem przesłuchań.

Zacznijmy od samego Mateusza Morawieckiego.

W lutym 2025 roku były premier usłyszał zarzut przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków w związku z organizacją wyborów kopertowych w 2020 roku. Prokuratura zarzuca mu wydanie bez dostatecznej podstawy prawnej poleceń Poczcie Polskiej i Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych, choć proces legislacyjny nie był zakończony, a negatywne opinie prawne były znane. Wydano dziesiątki milionów złotych, wybory się nie odbyły, a karty do głosowania osiągnęły najwyższy w historii Polski koszt makulatury.

Morawiecki nie przyznał się do winy. Ma do tego pełne prawo. Obywatele mają natomiast prawo pamiętać, że premier demokratycznego państwa próbował uruchomić wybory, zanim państwo zdążyło uchwalić przepisy pozwalające je uruchomić.

To był cały Morawiecki w jednym wydarzeniu. Najpierw decyzja. Potem podstawa prawna. Najpierw drukujemy. Potem sprawdzamy, czy wolno. Najpierw wydajemy pieniądze. Potem ogłaszamy, że odpowiedzialność jest zbiorowa, a zatem nie należy do nikogo. Wybory kopertowe stały się pomnikiem jego stylu rządzenia. Pomnik nie stoi, bo również nie został zbudowany. Są za to faktury.

Morawiecki przedstawia się dziś jako człowiek nowoczesnego państwa. Owszem. Było to państwo tak nowoczesne, że organizowało głosowanie bez głosowania, elektrownię bez elektrowni, prom bez promu, samochód elektryczny bez samochodu i odpowiedzialność bez odpowiedzialnych.

Dalej mamy Zbigniewa Ziobrę, ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w gabinecie Morawieckiego.

Prokuratura chce go rozliczyć z 26 czynów związanych z Funduszem Sprawiedliwości. Według śledczych chodzi między innymi o założenie i kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, przekraczanie uprawnień oraz współudział w przywłaszczaniu pieniędzy z funduszu, który miał pomagać ofiarom przestępstw. Ziobro nie został skazany, a zarzuty wymagają rozstrzygnięcia przez niezależny sąd. W 2026 roku pozostawał jednak podejrzanym poszukiwanym listem gończym, a prokuratura zabiegała o możliwość jego zatrzymania poza Polską.

Minister sprawiedliwości z rządu Morawieckiego został więc objęty procedurami, które sam przez lata przedstawiał społeczeństwu jako dowód skuteczności państwa.

Ziobro lubił mówić, że niewinni nie mają się czego bać. Najwyraźniej zapomniał dopisać adres, pod którym można go o to zapytać.

Obok niego pracował Marcin Romanowski, wiceminister sprawiedliwości. Najpierw usłyszał jedenaście zarzutów dotyczących Funduszu Sprawiedliwości, w tym udziału w zorganizowanej grupie oraz przekraczania uprawnień przy przyznawaniu dotacji. Później liczba podejrzewanych czynów wzrosła do dziewiętnastu. Romanowski nie przyznał się do winy. Wyjechał na Węgry, gdzie uzyskał ochronę polityczną, i jest poszukiwany przez polskie organy ścigania.

To niezwykły sukces europejskiej mobilności. Rząd Morawieckiego tak bardzo bronił Polski przed zagranicznymi wpływami, że jego były wiceminister musiał schronić się za granicą przed polskim wymiarem sprawiedliwości.

W tym samym resorcie działał Michał Woś. Prokuratura skierowała przeciwko niemu akt oskarżenia dotyczący przekazania 25 milionów złotych z Funduszu Sprawiedliwości Centralnemu Biuru Antykorupcyjnemu na zakup systemu Pegasus. Zdaniem oskarżenia przepisy nie pozwalały finansować CBA z tego źródła. Woś nie przyznaje się do winy.

Fundusz dla ofiar przestępstw posłużył więc — według prokuratury — do zakupu narzędzia, którym państwo mogło włamywać się do telefonów. Ofiara przestępstwa miała dostać pomoc. Dostała możliwość zostania podsłuchaną. To była pomoc kompleksowa.

Mariusz Kamiński, minister spraw wewnętrznych i koordynator służb specjalnych w gabinecie Morawieckiego, nie jest już wyłącznie człowiekiem z zarzutami. Został prawomocnie skazany w grudniu 2023 roku na dwa lata więzienia za przekroczenie uprawnień, zlecenie podrobienia dokumentów i działania związane z operacją CBA w tak zwanej aferze gruntowej. Trafił do więzienia, a następnie został ponownie ułaskawiony przez prezydenta Andrzeja Dudę.

Jego zastępca Maciej Wąsik został skazany w tej samej sprawie.

Morawiecki miał więc w rządzie ministra odpowiedzialnego za policję i służby, który został prawomocnie skazany za przestępstwa popełnione przy kierowaniu służbą. Następnie obóz polityczny ogłosił go więźniem politycznym.

To metoda znana z pralni. Najpierw człowieka skazuje sąd. Potem wkłada się go do programu „patriota”. Po godzinie wychodzi czysty, pachnący i gotowy do Parlamentu Europejskiego.

Adam Niedzielski, minister zdrowia w czasie pandemii, został prawomocnie skazany za ujawnienie danych medycznych lekarza, który publicznie krytykował problemy z wystawianiem recept. Sąd uznał go za winnego przekroczenia uprawnień i naruszenia przepisów o ochronie danych. Otrzymał karę trzech miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu oraz obowiązek zapłaty zadośćuczynienia. Minister zdrowia wykorzystał więc dostęp do informacji medycznych, by odpowiedzieć krytykowi.

Państwo Morawieckiego traktowało tajemnicę lekarską jak funkcję w mediach społecznościowych: kliknij, aby opublikować. Niedzielski nie rozwiązał problemu z receptami. Rozwiązał problem lekarza, pokazując publicznie jego receptę.

W rządzie, który bezustannie mówił o bezpieczeństwie, obywatel mógł czuć się bezpiecznie pod warunkiem, że nie miał telefonu, recepty, danych osobowych, poglądów ani pytań.

Mariusz Błaszczak, minister obrony narodowej Morawieckiego, został oskarżony o przekroczenie uprawnień oraz ujawnienie fragmentów niejawnych planów obronnych państwa w celu osiągnięcia korzyści politycznej dla PiS. Chodzi o dokumenty wykorzystane w kampanii wyborczej do przekonywania, że poprzedni rząd zamierzał oddać wschodnią Polskę bez walki. Błaszczak nie przyznaje się do winy i twierdzi, że działał w interesie publicznym.

O winie zdecyduje sąd. Sam pomysł pozostaje jednak zachwycający. Minister obrony miał chronić plany obronne państwa. Zamiast tego wyjął ich fragmenty i wykorzystał w partyjnej reklamie. To tak, jakby szef ochrony banku pokazał na wiecu plan skarbca, żeby dowieść, że poprzedni szef źle ustawił sejf.

Wszystko dla bezpieczeństwa. Zwłaszcza bezpieczeństwa wyniku wyborczego.

Antoni Macierewicz był ministrem obrony na początku premierostwa Morawieckiego, zanim został odsunięty, lecz jego polityczny duch długo unosił się nad państwem jak niezidentyfikowany obiekt na wojskowym radarze. Prokuratura oskarżyła go o ujawnienie informacji niejawnych różnych kategorii, związanych z materiałami dotyczącymi katastrofy smoleńskiej. Macierewicz nie przyznał się do winy.

Człowiek, który przez lata szukał wybuchu w Smoleńsku, sam skończył z aktem oskarżenia za obchodzenie się z tajnymi materiałami. Podkomisja smoleńska pochłaniała publiczne pieniądze, niszczyła elementy samolotu podczas eksperymentów, produkowała kolejne wersje rzeczywistości i ostatecznie nie zdołała przekonać nawet całego obozu, który ją finansował.

Była to nauka w wydaniu PiS: najpierw ustalamy wniosek, potem tak długo potrząsamy dowodami, aż coś zacznie grzechotać.

Piotr Wawrzyk, wiceminister spraw zagranicznych odpowiedzialny między innymi za sprawy konsularne, został objęty aktem oskarżenia w śledztwie dotyczącym afery wizowej. Prokuratura zarzuca mu przekroczenie uprawnień oraz ujawnienie osobie nieuprawnionej informacji służbowych przy ingerowaniu w procedury wizowe. Wawrzyk nie przyznał się do winy.

Rząd Morawieckiego prowadził kampanię przeciwko imigracji, podczas gdy podlegający mu system konsularny stał się przedmiotem śledztwa dotyczącego załatwiania wiz przez wpływy, pośredników i łapówki.

Na granicy stał mur. Przy okienku miała działać lista. Migracja była śmiertelnym zagrożeniem dla polskiej cywilizacji, chyba że ktoś znał właściwego człowieka i umiał prawidłowo wypełnić kopertę.

Łukasz Mejza, krótko wiceminister sportu w rządzie Morawieckiego, usłyszał jedenaście zarzutów, głównie dotyczących podawania nieprawdy albo zatajania informacji w oświadczeniach majątkowych. Akt oskarżenia trafił do sądu. Mejza nie przyznał się do winy.

To ten sam polityk, którego działalność biznesowa wobec rodzin ciężko chorych dzieci wywołała wcześniej potężny skandal medialny, choć tamta historia nie zakończyła się jego skazaniem. Morawiecki długo bronił jego obecności w obozie władzy, ponieważ większość parlamentarna była tak krucha, że standardy moralne trzeba było przechowywać w oddzielnym pomieszczeniu, aby przypadkiem nie obciążyły konstrukcji.

Mejza był symbolem matematyki rządu Morawieckiego. Jeden głos w Sejmie był wart więcej niż cały kodeks przyzwoitości.

Krzysztof Szczucki nie był ministrem gabinetowym, lecz kierował Rządowym Centrum Legislacji — instytucją, która miała pilnować jakości stanowienia prawa. Został oskarżony o przekroczenie uprawnień i niedopełnienie obowiązków. Według prokuratury państwowe zasoby oraz zatrudnieni w RCL pracownicy mieli w praktyce służyć jego kampanii wyborczej. Szczucki nie przyznaje się do winy.

Centrum Legislacji zostało więc potraktowane jak Centrum Logistyki Wyborczej. Prawo miało być pisane. Pisano kilometrówkę.

Do tego dochodzą sprawy, w których trzeba zachować szczególną precyzję. Jacek Sasin nie ma zarzutów w sprawie wyborów kopertowych, choć jego działania są objęte śledztwem i zawiadomieniami. Michał Dworczyk pojawia się w postępowaniach i wnioskach immunitetowych, ale nie wolno wrzucać go do jednego worka z osobami prawomocnie skazanymi. W aferze RARS zarzuty usłyszeli między innymi byli szefowie agencji, urzędnicy i przedsiębiorcy; polityczna odpowiedzialność otoczenia premiera jest kwestią debaty, lecz odpowiedzialność karna wymaga konkretnych dowodów wobec konkretnej osoby.

Nie trzeba niczego dopisywać. Rzeczywistość i tak ledwo mieści się w protokole.

Mamy byłego premiera z zarzutem. Byłego ministra sprawiedliwości podejrzanego o 26 przestępstw i poszukiwanego przez organy ścigania. Jego byłego zastępcę z wieloma zarzutami, przebywającego na Węgrzech. Kolejnego wiceministra z aktem oskarżenia dotyczącym Pegasusa. Ministra spraw wewnętrznych i jego zastępcę prawomocnie skazanych. Ministra zdrowia prawomocnie skazanego. Ministra obrony z aktem oskarżenia. Poprzedniego ministra obrony z innym aktem oskarżenia. Wiceministra spraw zagranicznych oskarżonego w aferze wizowej. Wiceministra sportu oskarżonego o nieprawidłowości w oświadczeniach majątkowych. Szefa Rządowego Centrum Legislacji oskarżonego o wykorzystywanie urzędu do kampanii.

Gdyby takie CV przedstawiła firma prywatna w przetargu publicznym, komisja poprosiłaby o zaświadczenie o niekaralności budynku.

I właśnie po tym wszystkim Mateusz Morawiecki wychodzi przed kamery i mówi o przywództwie. Nie o odpowiedzialności. Nie o przeprosinach. Nie o wyjaśnieniu, jak człowiek tak rzekomo sprawny i kompetentny mógł przez sześć lat nie zauważać, że jego państwo zamienia się w skrzyżowanie komitetu partyjnego, agencji reklamowej, drukarni kart wyborczych i biura obsługi podejrzanych.

Mówi o przywództwie. To tak, jakby kapitan statku po katastrofie nie pytał o rozbitków, tylko o to, kto obejmie dowodzenie następnym rejsem.

Morawiecki będzie się bronił, że nie odpowiada karnie za swoich ministrów. I będzie miał rację. Premier nie dziedziczy zarzutów członków gabinetu. Nie jest winny czynów innych ludzi tylko dlatego, że siedzieli przy tym samym stole. Odpowiada jednak politycznie za dobór współpracowników, tolerowanie standardów, sposób zarządzania i kulturę władzy.

Kultura władzy Morawieckiego była prosta: Prawo jest ważne, dopóki nie przeszkadza. Instytucja jest niezależna, dopóki wykonuje polecenia. Pieniądze publiczne są wspólne, dopóki trzeba je zebrać. Kiedy przychodzi czas wydawania, stają się partyjne. Tajemnica jest święta, chyba że można dzięki niej uderzyć w przeciwnika. Prokuratura jest obiektywna, gdy ściga tamtych, i polityczna, gdy interesuje się nami. Wyrok jest wiążący, jeśli skazuje przeciwnika. Jeśli skazuje kolegę, kolega zostaje więźniem politycznym, męczennikiem oraz kandydatem do Parlamentu Europejskiego.

Sam Morawiecki przez lata zapewniał, że Polska rozwija się najszybciej, najbezpieczniej i najbardziej historycznie. Każdy program był przełomowy. Każda inwestycja największa. Każdy wykres prowadził w górę. Każda porażka należała do Tuska, Unii, Putina, pandemii, samorządów, przedsiębiorców albo ludzi, którzy złośliwie przeczytali ustawę.

Polski Ład miał być podatkową rewolucją. Okazał się systemem, który trzeba było poprawiać, zanim księgowi zdążyli zrozumieć poprzednią poprawkę. Państwo opublikowało przepisy, po czym samo zaczęło wydawać instrukcje, jak przeżyć kontakt z przepisami.

Ostrołęka miała być symbolem bezpieczeństwa energetycznego. Została symbolem burzenia świeżo zbudowanych konstrukcji.

Izera miała uczynić Polskę potęgą elektromobilności. Najsprawniej poruszały się terminy.

  • Prom miał pływać. Pływała prezentacja.
  • Mieszkania miały powstawać. Powstawały konferencje.
  • Wybory miały się odbyć. Odbyły się wydatki.
  • Fundusz miał pomagać ofiarom. Pomagał budować polityczne zaplecze — według zarzutów prokuratury.
  • Pegasus miał służyć walce z przestępczością. Trafiał do telefonów ludzi niewygodnych dla władzy.
  • Telewizja publiczna miała informować. Informowała, że Mateusz Morawiecki odniósł kolejny sukces, nawet jeśli sukces polegał na wyjaśnianiu poprzedniego sukcesu.

To nie był rząd. To była prezentacja sprzedażowa państwa, w której drobnym drukiem zapisano: „Produkt może nie odpowiadać wizualizacji”.

I teraz ten człowiek chce wrócić. Co go napędza? Prawdopodobnie dokładnie to, co napędzało cały jego obóz: przekonanie, że odpowiedzialność jest przeznaczona dla słabszych. Silny nie przeprasza. Silny zmienia temat. Silny nie wyjaśnia zarzutów, tylko ogłasza nowy program. Silny nie chowa się ze wstydu, bo wstyd uznaje za narrację opozycji.

Morawiecki jest politykiem postwstydu. Nie zaprzecza rzeczywistości w sposób prymitywny. On ją refinansuje. Bierze starą katastrofę, opakowuje w nowe hasło, dodaje biało-czerwoną okładkę i sprzedaje jako instrument przyszłego wzrostu.

Wybory kopertowe stają się troską o demokrację. Polski Ład — odważną reformą. Konflikt z Unią — obroną suwerenności. Rozpad PiS — różnorodnością. Własna ambicja — ambicją Polski.

Morawiecki dokonał niezwykłego zespolenia własnego ego z ojczyzną. Jeśli on chce stanowiska, Polska potrzebuje przywództwa. Jeśli on walczy z Kaczyńskim, trwa debata o przyszłości prawicy. Jeśli on zakłada stowarzyszenie, rodzi się ruch społeczny. Gdyby zabrakło mu miejsca parkingowego, zapewne mówiłby o wykluczeniu komunikacyjnym narodu.

Ale jeszcze bardziej niepokojące jest to, jak my na to reagujemy. Media liczą jego posłów. Komentatorzy analizują szanse. Politologowie rysują warianty koalicyjne. Dziennikarze pytają, czy będzie następcą Kaczyńskiego. Nikt nie przerywa programu, żeby powiedzieć: — Chwileczkę. Dlaczego człowiek z takim bilansem jest traktowany jak naturalny kandydat do ponownego kierowania państwem?

Ekscytujemy się jego intrygą, jakby chodziło o serial dynastyczny. Czy książę Mateusz pokona starego króla? Czy harcerze zwyciężą maślarzy? Czy Obajtek zdradzi wszystkich po równo? Czy Czarnek dostanie smoka? Tymczasem nie oglądamy „Gry o tron”. Oglądamy byłego premiera państwa, którego najbliższe polityczne otoczenie produkuje akty oskarżenia szybciej niż jego rząd produkował mieszkania.

Sama aspiracja nie jest przestępstwem. Morawiecki ma prawo kandydować, zakładać partie, wygłaszać przemówienia i przekonywać obywateli. Demokracja nie odbiera praw politycznych ludziom tylko dlatego, że są bezwstydni, irytujący albo mają fatalny bilans.

My mamy jednak prawo nie uczestniczyć w zbiorowej amnezji. Mamy prawo pytać go nie o przyszłą koalicję, ale o przeszły rząd. Nie: ilu ma pan posłów? Tylko: ilu pańskich współpracowników ma akty oskarżenia? Nie: czy przejmie pan PiS? Tylko: czy przyjmuje pan jakąkolwiek odpowiedzialność za państwo, którym pan kierował? Nie: czy Kaczyński pana wyrzuci? Tylko: dlaczego wyborcy mieliby ponownie oddać panu instytucje, skoro za pierwszym razem tak wielu pańskich ludzi potraktowało je jak partyjne narzędzia?

Morawiecki nie powinien siedzieć w ciemnej norze. Powinien siedzieć w jasnym studiu, przed przygotowanym dziennikarzem, bez możliwości ucieczki w wykres, i odpowiadać punkt po punkcie.

  • Wybory kopertowe.
  • Pegasus.
  • Fundusz Sprawiedliwości.
  • Afera wizowa.
  • RARS.
  • Polski Ład.
  • Ostrołęka.
  • Upartyjnienie instytucji.
  • Prawomocnie skazani ministrowie.
  • Oskarżeni ministrowie.
  • Uciekający wiceministrowie.

Nie po to, żeby urządzić lincz. Po to, żeby demokracja odzyskała pamięć, bo największym sukcesem Morawieckiego nie jest wzrost gospodarczy, program społeczny ani żaden z wykresów, które pokazywał. Największym sukcesem Morawieckiego jest to, że po sześciu latach jego rządów i całej procesowej epopei nadal rozmawiamy o nim przede wszystkim jako o kandydacie na przyszłego premiera, a nie jako o byłym premierze, który ma bardzo wiele do wyjaśnienia.

Stoi pośrodku gruzowiska, poprawia krawat i pyta: — To kiedy wracam? A my zamiast odpowiedzieć, sprawdzamy sondaże.


  1. Elzbieta Swiecicka

    Ten felieton tez by sie nadawal do opublikowania po angielsku.
    Dalam na FB 2 felietony i informacje, gdzie mozna Pana bezposrednio czytac. Pozdrawiam prawie spakowana.

  2. Mirosław Domański

    Jest jeszcze szef Morawieckiego. Pierwszy Prezes RP. II wieże. Zamówił projekt, nie zapłacił, dał łapówkę, są świadkowie. Wg prokuratury brak podstaw do postawienia zarzutów. Nie przyznaje się do winy.

  3. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

    MORAWIECKI WANTS TO RULE AGAIN. FIRST, HE SHOULD FIND A GOVERNMENT OF HIS THAT HASN’T BEEN INDICTED

    I do not care whether Mateusz Morawiecki manages to round up fifteen MPs, five ministers, two Obajteks and one person capable of reading the Polish Deal without psychiatric assistance.

    I do not care whether he launches a party called Development Plus, Development Minus, Mateusz Premium, Patriotic Bankster or the National Scout Movement of the First Mortgage. I am unmoved by whether Jarosław Kaczyński anoints him as his successor, throws him out of the party, orders him to sign a loyalty pledge or asks Jacek Sasin to organise a farewell election that ultimately never takes place.

    I do not even care who wins this quarrel. What interests me is why a man with a record like his still believes the state owes him something.

    Mateusz Morawiecki does not behave like a former prime minister examining his conscience. He behaves like the CEO of a construction company who, after an entire housing estate has collapsed, turns up at a press conference with a rendering of a new skyscraper.

    “The last building may have fallen down,” he says, “but this one will be the tallest in Europe.”

    He does not answer questions about the rubble. He shows the visualisation. He does not explain the costs. He talks about ambition.

    He does not wonder what he did wrong. He wonders why he is not being allowed to do it again, only on a larger scale.

    That is the most fascinating thing about Morawiecki: the complete absence of friction between his record and his ambition. An ordinary person still possesses something called the memory of shame. He recalls an embarrassing moment, wakes up in the middle of the night and thinks:

    “My God, why did I say that?”

    Morawiecki wakes up and thinks:

    “I should be prime minister.”

    I do not know what drives him. Perhaps he fell into a vat of PowerPoint as a child. Perhaps the banking industry taught him that every failure can be refinanced. Or perhaps he spent so long surrounded by people saying, “An excellent speech, Prime Minister,” that he eventually lost the ability to distinguish reality from a slide.

    His ambition is no longer political. It is meteorological. It moves in without permission, obscures visibility and triggers warnings for motorists.

    Morawiecki wants to lead because Morawiecki believes Morawiecki should lead. The logic is circular, but at least the circle is red and white, innovative and co-financed by European funds against which Morawiecki is currently protesting.

    Before we begin wondering whether the former prime minister will inherit Kaczyński’s mantle, it is worth remembering precisely what Morawiecki’s own legacy was.

    Morawiecki headed the government from December 2017 until December 2023. His cabinet presented itself as the moral renewal of the Polish state and ended up as the most expensive preparatory course for prosecutors in the country’s history.

    An important qualification must be made at once. It is not true that every minister and deputy minister in Morawiecki’s government faces criminal charges. Many do not. Some names appear only in investigations, formal complaints or political allegations, which is not the same as being a suspect. A charge does not establish guilt, an indictment is not a conviction, and even the most repellent politics is no substitute for the criminal code.

    Yet the accurate list, without any exaggeration, still makes it look as though cabinet meetings were held in the waiting room outside an interrogation chamber.

    Let us begin with Mateusz Morawiecki himself.

    In February 2025, the former prime minister was charged with abuse of power and failure to perform his duties in connection with the organisation of the 2020 postal election. Prosecutors allege that he instructed the Polish Post and the Polish Security Printing Works to proceed without an adequate legal basis, even though the legislative process had not been completed and unfavourable legal opinions were already known. Tens of millions of złotys were spent, the election never took place and the ballot papers became the most expensive wastepaper in Polish history.

    Morawiecki pleaded not guilty. He has every right to do so.

    Citizens, meanwhile, have every right to remember that the prime minister of a democratic country attempted to launch an election before the country had managed to pass the laws permitting it to be launched.

    The entire Morawiecki method was contained in that one episode.

    First, the decision.

    Then, the legal basis.

    First, we print.

    Then, we check whether we are allowed to.

    First, we spend the money.

    Then, we announce that responsibility is collective and therefore belongs to no one.

    The postal election became a monument to his style of government. The monument is not standing, because it was never built either. There are invoices, though.

    Today Morawiecki presents himself as a man of the modern state. Indeed he is. His state was so modern that it organised a vote without voting, a power station without a power station, a ferry without a ferry, an electric car without a car and accountability without anyone accountable.

    Next comes Zbigniew Ziobro, Morawiecki’s minister of justice and prosecutor general.

    Prosecutors want to hold him accountable for 26 alleged offences connected with the Justice Fund. Investigators allege, among other things, that he founded and led an organised criminal group, exceeded his authority and participated in the misappropriation of money from a fund intended to help victims of crime. Ziobro has not been convicted, and the allegations must be adjudicated by an independent court. In 2026, however, he remained a suspect wanted under an arrest warrant, while prosecutors sought the means to detain him outside Poland.

    The justice minister in Morawiecki’s government thus found himself subjected to the very procedures he had spent years presenting to the public as proof of an effective state.

    Ziobro liked to say that innocent people had nothing to fear.

    He apparently forgot to leave an address at which he could be asked about it.

    Working beside him was Marcin Romanowski, a deputy justice minister. He was initially charged with eleven offences relating to the Justice Fund, including participation in an organised group and abuse of authority in the awarding of grants. The number of alleged offences later rose to nineteen. Romanowski pleaded not guilty. He left for Hungary, where he obtained political protection, and is wanted by the Polish authorities.

    An extraordinary triumph of European mobility.

    Morawiecki’s government defended Poland against foreign influence so vigorously that one of its former deputy ministers had to seek shelter abroad from the Polish justice system.

    Michał Woś worked in the same ministry. Prosecutors filed an indictment against him concerning the transfer of PLN 25 million from the Justice Fund to the Central Anti-Corruption Bureau for the purchase of the Pegasus spyware system. According to the indictment, the law did not permit the CBA to be financed from that source. Woś pleads not guilty.

    Thus, according to prosecutors, a fund for crime victims was used to purchase a tool that allowed the state to break into telephones.

    A crime victim was supposed to receive assistance. Instead, they received the opportunity to be surveilled.

    It was comprehensive support.

    Mariusz Kamiński, Morawiecki’s interior minister and coordinator of the security services, is no longer merely a man facing allegations. In December 2023, he was finally convicted and sentenced to two years in prison for abuse of power, commissioning forged documents and other actions connected with a Central Anti-Corruption Bureau operation in the so-called land scandal. He went to prison and was subsequently pardoned again by President Andrzej Duda.

    His deputy, Maciej Wąsik, was convicted in the same case.

    Morawiecki therefore had a minister responsible for the police and intelligence services who was finally convicted of offences committed while running a law-enforcement agency. His political camp then declared him a political prisoner.

    It is a method familiar from the laundry business.

    First, a court convicts the man.

    Then he is placed on the “patriot” cycle.

    An hour later, he emerges clean, fragrant and ready for the European Parliament.

    Adam Niedzielski, the health minister during the pandemic, was finally convicted of disclosing the medical information of a doctor who had publicly criticised problems with the prescription system. The court found him guilty of abuse of power and violations of data-protection law. He received a three-month suspended prison sentence and was ordered to pay compensation.

    The health minister used his access to medical records to answer a critic.

    Morawiecki’s state treated medical confidentiality like a social-media feature: click to publish.

    Niedzielski did not solve the problem with prescriptions. He solved the problem of the doctor by displaying the doctor’s prescription in public.

    In a government that spoke incessantly about security, citizens could feel safe provided they did not possess a telephone, a prescription, personal data, opinions or questions.

    Mariusz Błaszczak, Morawiecki’s minister of national defence, was indicted on charges of abuse of power and disclosing portions of classified national defence plans for the purpose of obtaining political advantage for PiS. The case concerns documents used during an election campaign to claim that a previous government had intended to surrender eastern Poland without a fight. Błaszczak pleads not guilty and says he acted in the public interest.

    The court will decide whether he is guilty.

    The concept itself remains delightful. The defence minister was supposed to protect the country’s defence plans. Instead, he allegedly extracted portions of them and used them in a party advertisement.

    It is as though the head of security at a bank displayed the vault’s floor plan at a political rally to prove that his predecessor had positioned the safe incorrectly.

    All in the name of security.

    Especially the security of the election result.

    Antoni Macierewicz served as defence minister at the beginning of Morawiecki’s premiership before being removed, although his political spirit continued hovering over the state like an unidentified object on military radar. Prosecutors indicted him for disclosing classified information of various categories relating to materials concerning the Smolensk air disaster. Macierewicz pleaded not guilty.

    The man who spent years searching for an explosion at Smolensk ended up facing an indictment over his handling of classified documents.

    The Smolensk subcommittee consumed public money, damaged aircraft components during experiments, manufactured successive versions of reality and ultimately failed to convince even the whole political camp that had financed it.

    It was science, PiS-style: first establish the conclusion, then shake the evidence until something begins to rattle.

    Piotr Wawrzyk, the deputy foreign minister responsible, among other things, for consular affairs, was indicted in the investigation into the visa scandal. Prosecutors accuse him of abuse of authority and disclosing official information to an unauthorised person while intervening in visa procedures. Wawrzyk pleaded not guilty.

    Morawiecki’s government campaigned against immigration while the consular system under its authority became the subject of an investigation into visas allegedly secured through influence, intermediaries and bribes.

    There was a wall at the border.

    At the service window, there was allegedly a list.

    Migration was a mortal threat to Polish civilisation—unless someone knew the right person and understood how to fill the envelope correctly.

    Łukasz Mejza, briefly a deputy sports minister in Morawiecki’s government, was charged with eleven offences, chiefly concerning false statements or omissions in his asset declarations. The indictment was filed with the court. Mejza pleaded not guilty.

    This is the same politician whose business dealings involving the families of seriously ill children had previously caused an enormous media scandal, although that affair did not result in his conviction. Morawiecki defended his continued presence in the governing camp for a long time because the parliamentary majority was so fragile that moral standards had to be stored in a separate room lest they place too much weight on the structure.

    Mejza embodied the mathematics of Morawiecki’s government.

    One vote in the Sejm was worth more than the entire code of decency.

    Krzysztof Szczucki was not a cabinet minister, but he headed the Government Legislation Centre—an institution intended to safeguard the quality of lawmaking. He was indicted on charges of abuse of power and failure to perform his duties. According to prosecutors, state resources and employees of the centre were in practice used to support his election campaign. Szczucki pleads not guilty.

    The Government Legislation Centre was thus treated as the Government Election Logistics Centre.

    It was supposed to draft legislation.

    Instead, it allegedly drafted travel-expense claims.

    Then there are cases in which particular precision is essential. Jacek Sasin has not been charged over the postal election, although his conduct is covered by investigations and formal complaints. Michał Dworczyk appears in proceedings and applications to lift his immunity, but he must not be thrown into the same category as people who have been finally convicted. In the Government Strategic Reserves Agency scandal, charges have been brought against former agency executives, officials and businesspeople, among others. The political responsibility of the prime minister’s circle is a legitimate subject of debate, but criminal liability requires specific evidence against a specific person.

    Nothing needs to be added.

    Reality already barely fits into the official record.

    We have a former prime minister facing a criminal charge.

    A former justice minister suspected of 26 offences and wanted by law-enforcement authorities.

    His former deputy, facing numerous charges and residing in Hungary.

    Another deputy minister indicted in connection with Pegasus.

    An interior minister and his deputy who were finally convicted.

    A health minister who was finally convicted.

    A defence minister under indictment.

    A previous defence minister under a different indictment.

    A deputy foreign minister indicted in the visa scandal.

    A deputy sports minister indicted over irregularities in his asset declarations.

    The former head of the Government Legislation Centre indicted for allegedly using his office to support an election campaign.

    If a private company submitted a résumé like this in a public tender, the committee would ask for a clean criminal-record certificate for the building.

    And after all that, Mateusz Morawiecki steps in front of the cameras and talks about leadership.

    Not accountability.

    Not apologies.

    Not an explanation of how a man supposedly so efficient and competent could spend six years failing to notice that his state was turning into a cross between a party committee, an advertising agency, a ballot-printing plant and a customer-service desk for criminal suspects.

    He talks about leadership.

    It is as though the captain of a ship, after a disaster, did not ask about the survivors but who would be given command of the next voyage.

    Morawiecki will argue that he is not criminally responsible for his ministers. And he will be right. A prime minister does not inherit the charges brought against members of his cabinet. He is not guilty of other people’s actions merely because they sat around the same table.

    He is, however, politically responsible for his choice of associates, the standards he tolerated, his management and the culture of power he created.

    The culture of power under Morawiecki was simple:

    The law matters until it becomes inconvenient.

    An institution is independent as long as it follows orders.

    Public money belongs to everyone while it is being collected. When the time comes to spend it, it belongs to the party.

    A secret is sacred unless it can be used against an opponent.

    The prosecution service is objective when it pursues them and political when it takes an interest in us.

    A judgment is binding when it convicts an opponent. When it convicts a colleague, the colleague becomes a political prisoner, a martyr and a candidate for the European Parliament.

    For years Morawiecki assured the public that Poland was developing faster, more safely and more historically than anyone else. Every programme was groundbreaking. Every investment was the largest. Every graph pointed upwards. Every failure belonged to Tusk, the European Union, Putin, the pandemic, local governments, business owners or people malicious enough to read the legislation.

    The Polish Deal was supposed to be a tax revolution. It turned out to be a system that required correction before accountants had managed to understand the previous correction. The state published the rules and then began issuing instructions on how to survive contact with them.

    Ostrołęka was supposed to become a symbol of energy security. It became a symbol of demolishing freshly constructed structures.

    The Izera was supposed to turn Poland into an electric-mobility powerhouse. The deadlines were the only things that moved efficiently.

    The ferry was supposed to sail. The presentation floated instead.

    Homes were supposed to be built. Press conferences were built.

    The election was supposed to take place. The expenditure took place.

    The fund was supposed to help victims. According to prosecutors’ allegations, it helped build a political support network.

    Pegasus was supposed to fight crime. It found its way into the phones of people inconvenient to the government.

    Public television was supposed to provide information. It provided the news that Mateusz Morawiecki had achieved yet another success, even when the success consisted of explaining the previous success.

    It was not a government. It was a sales presentation for the state, carrying the small-print disclaimer: “The product may differ from the visualisation.”

    And now this man wants to come back.

    What drives him?

    Probably exactly what drove his entire political camp: the conviction that accountability is intended for the weak. The strong do not apologise. The strong change the subject. The strong do not explain charges; they announce a new programme. The strong do not hide in shame, because they regard shame as an opposition narrative.

    Morawiecki is a post-shame politician.

    He does not deny reality in a primitive fashion. He refinances it. He takes an old disaster, wraps it in a new slogan, adds a red-and-white cover and sells it as an instrument of future growth.

    The postal election becomes concern for democracy.

    The Polish Deal becomes a courageous reform.

    Conflict with the European Union becomes the defence of sovereignty.

    The disintegration of PiS becomes diversity.

    His personal ambition becomes Poland’s ambition.

    Morawiecki has achieved an extraordinary fusion of his own ego with the motherland. If he wants a position, Poland needs leadership. If he fights Kaczyński, the right is debating its future. If he establishes an association, a social movement is being born. If he could not find a parking space, he would probably call it the nation’s transport exclusion.

    More disturbing still is the way we respond.

    The media count his MPs.

    Commentators analyse his prospects.

    Political scientists draw coalition scenarios.

    Journalists ask whether he will succeed Kaczyński.

    Nobody interrupts the programme to say:

    “Just a moment. Why is a man with this record being treated as the natural candidate to lead the country again?”

    We become excited by his intrigue as though it were a dynastic television drama. Will Prince Mateusz defeat the old king? Will the Boy Scouts vanquish the Butter Men? Will Obajtek betray everyone equally? Will Czarnek get a dragon?

    But we are not watching Game of Thrones.

    We are watching the former prime minister of a country whose immediate political circle produces indictments faster than his government produced housing.

    Aspiration itself is not a crime. Morawiecki has the right to stand for office, create political parties, give speeches and persuade voters. Democracy does not strip people of their political rights merely because they are shameless, irritating or burdened with a dreadful record.

    We, however, have the right to refuse to participate in collective amnesia.

    We have the right to question him not about a future coalition, but about his former government.

    Not: How many MPs do you have?

    But: How many of your associates have been indicted?

    Not: Will you take over PiS?

    But: Do you accept any responsibility whatsoever for the state you governed?

    Not: Will Kaczyński throw you out?

    But: Why should voters entrust public institutions to you again when so many of your people treated them as party instruments the first time?

    Morawiecki should not be sitting in some dark hole. He should be sitting in a brightly lit studio opposite a well-prepared journalist, with no possibility of escaping into a graph, answering questions point by point.

    The postal election.

    Pegasus.

    The Justice Fund.

    The visa scandal.

    The Government Strategic Reserves Agency.

    The Polish Deal.

    Ostrołęka.

    The politicisation of public institutions.

    Ministers who were finally convicted.

    Ministers under indictment.

    Deputy ministers who fled the country.

    Not to stage a lynching. To restore democracy’s memory.

    Because Morawiecki’s greatest success is not economic growth, a social programme or any of the graphs he displayed.

    His greatest success is that, after six years of his government and the entire legal epic that followed, we still discuss him primarily as a candidate for a future premiership rather than as a former prime minister with a great deal to explain.

    He stands in the middle of the rubble, adjusts his tie and asks:

    “So, when do I come back?”

    And instead of answering, we check the polls.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights