PAŃSTWO SZUKA PIENIĘDZY. PROSZĘ ODSŁONIĆ DZIADKA

Warszawa

Państwo polskie znowu znalazło sposób na ratowanie finansów publicznych. To zresztą piękna, wieloletnia tradycja. Kiedy budżet zaczyna kaszleć, minister finansów dostaje gorączki, a Narodowy Fundusz Zdrowia odkrywa kolejną dziurę wielkości krateru po meteorycie, wszyscy zaczynają nerwowo rozglądać się po kraju w poszukiwaniu pieniędzy.

Nie banków. Nie wielkich korporacji. Nie zawodowych mistrzów optymalizacji podatkowej. Broń Boże nie tych, którzy potrafią wynegocjować dla siebie milionowe kontrakty z publicznych pieniędzy.

Najłatwiej znaleźć pieniądze tam, gdzie nikt nie ucieknie. Na przykład u siedemdziesięciopięcioletniej emerytki z nadciśnieniem.

To jest dopiero przeciwnik. Nie organizuje konferencji prasowych. Nie wynajmuje kancelarii lobbingowych. Nie blokuje autostrad ciągnikami. Nie straszy wyprowadzeniem fabryki do Rumunii. Najwyżej westchnie, poprawi okulary, przeliczy emeryturę i zapyta farmaceutkę:

– Pani kochana… to ile ja teraz mam dopłacić?

Narodowy Fundusz Zdrowia wyliczył, że na zmianach w programie bezpłatnych leków można zaoszczędzić od pół miliarda do nawet 1,8 miliarda złotych. Robi wrażenie. Zwłaszcza jeśli nie doda się drugiego zdania, że z programu korzysta już około 7,2 miliona seniorów, a jego koszt wzrósł z około 1,5 miliarda złotych w 2023 roku do 3,7 miliarda w roku ubiegłym. Liczby wyglądają groźnie. Liczby zawsze wyglądają groźnie. Zwłaszcza wtedy, kiedy nie opowiadają całej historii, bo cała historia brzmi znacznie mniej widowiskowo.

Przez lata państwo rozszerzało listę darmowych leków. Dzisiaj znajduje się na niej około 3700 preparatów. W dodatku recepty mogą wystawiać nie tylko lekarze pracujący w publicznych przychodniach, ale także prywatni specjaliści, a leki można przepisywać nawet na wiele miesięcy terapii. Potem nagle ktoś odkrył z miną Kolumba, że skoro rozdaje się więcej leków większej liczbie ludzi, to… wydatki rosną.

To naprawdę przełomowe odkrycie.

Na podobnej zasadzie można ogłosić sensacyjne ustalenie, że kiedy dolewa się więcej benzyny do baku, rachunek na stacji robi się wyższy.

Najbardziej rozczula mnie jednak język urzędników. Oni nigdy niczego nie zabierają. Oni „racjonalizują”. Nie ograniczają. Oni „optymalizują”. Nie tną. Oni „porządkują politykę refundacyjną”. To tak, jakby kat oznajmiał skazańcowi, że właśnie przystępuje do racjonalizacji długości jego szyi.

Uwielbiam tę urzędniczą poezję. Gdyby Napoleon miał dzisiejszych rzeczników prasowych, klęska pod Waterloo zostałaby ogłoszona „czasową korektą kierunku marszu wojsk francuskich”.

I oczywiście nie wszystko w tej historii jest czarno-białe. NFZ ma rację, wskazując na absurd, że refunduje w stu procentach zarówno najtańszy lek generyczny za kilkadziesiąt złotych, jak i markowy odpowiednik kosztujący nawet pięć czy sześć razy więcej, choć substancja czynna jest identyczna. Przykłady leków przeciwzakrzepowych pokazują różnice sięgające ponad trzystu złotych za opakowanie. To nie jest racjonalny system. Problem polega jednak na tym, że państwo przez lata samo taki system budowało. A teraz zachowuje się jak piroman, który z wyrzutem pyta mieszkańców, dlaczego w domu jest tyle dymu.

I właśnie dlatego nie wierzę, że ta historia naprawdę dotyczy leków. Ona dotyczy odwagi.

Bo gdy trzeba było rozdawać kolejne przywileje, wszyscy politycy ustawiali się do zdjęć. Lewica mówiła o godności seniorów. Prawica o wdzięczności wobec starszego pokolenia. Centrum o odpowiedzialnym państwie. Każdy chciał dopisać swoje nazwisko do recepty.

Teraz rachunek przyszedł do zapłaty i nagle okazuje się, że seniorzy nie są już bohaterami konferencji prasowych. Stali się pozycją w Excelu.

Przez lata nikt nie miał odwagi zbudować naprawdę racjonalnego systemu refundacji. Takiego, w którym państwo płaci za skuteczne leczenie, a nie za marketing producentów, dublujące się preparaty i magazynowanie leków w domowych szafkach. Nikt nie odważył się uporządkować zasad, kiedy było na to spokojnie miejsce. Dzisiaj robi się to pod presją pustej kasy.

Polityka działa bowiem według prostej recepty. Najpierw rozdaje się wszystko, co da się rozdać, bo zbliżają się wybory. Potem udaje się zdziwienie, że pieniędzy zabrakło. Następnie powołuje się zespół do spraw racjonalizacji, który odkrywa z wielką powagą, że matematyka jednak istnieje.

I wtedy zaczyna się szukanie oszczędności. Nie tam, gdzie są największe pieniądze. Nie tam, gdzie od lat funkcjonują patologiczne kontrakty, fikcyjne etaty, absurdalne wyceny świadczeń, źle zorganizowany system i miliardy uciekające przez dziury, o których eksperci mówią od dwóch dekad.

Tam jest za głośno. Tam są silne grupy interesów. Tam można przegrać wybory. Znacznie łatwiej zapukać do siedemdziesięciolatka z receptą, bo emeryt nie przyjedzie pod ministerstwo kombajnem. Nie zorganizuje marszu w Warszawie. Nie zatrudni sztabu lobbystów. Najwyżej kupi mniej owoców, odłoży wizytę u okulisty albo podzieli tabletki na pół.

A państwo ogłosi sukces. Zaoszczędziliśmy miliard. Gratulacje. Naprawdę trudno o większy triumf. Pokonaliśmy ludzi, którzy od dawna chodzą o lasce. To chyba jedyna dyscyplina, w której polskie państwo od lat zdobywa złote medale.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights