WTOREK. ŚWIAT, W KTÓRYM TELEFON JEST WAŻNIEJSZY OD REGULAMINU

Warszawa

To był dzień, w którym świat ostatecznie potwierdził, że regulaminy są dla ludzi. Dla ludzi zwykłych. Tych, którzy nie mają numeru telefonu do prezydenta Stanów Zjednoczonych, sekretarza generalnego NATO ani prezesa własnej partii.

Najpierw futbol. Jeszcze wczoraj Donald Trump postanowił poprawić FIFA, bo przecież skoro można poprawiać konstytucję, gospodarkę i geografię, to dlaczego nie przepisy dotyczące czerwonych kartek. Interwencja w sprawie Folarina Baloguna zakończyła się sukcesem połowicznym. Piłkarz zagrał, regulamin przegrał, ale reprezentacja USA odpadła z mundialu po porażce z Belgią. Bywa. Nawet telefon z Białego Domu nie potrafi strzelić gola.

Najbardziej zabawne było jednak to, że cała historia zamieniła sport w karykaturę polityki. UEFA protestowała, kibice kpili, belgijscy piłkarze podobno cieszyli się z bramek, naśladując charakterystyczne ruchy Trumpa, a nawet internetowe koty zaczęły uczestniczyć w geopolityce. Kiedy mem staje się poważniejszy od komunikatu prasowego, wiadomo, że żyjemy w epoce cyfrowego baroku.

Ale prawdziwy spektakl dopiero się zaczynał.

W Ankarze ruszył szczyt NATO. Jeszcze kilka lat temu takie spotkania przypominały długie, nużące narady księgowych bezpieczeństwa Zachodu. Dzisiaj organizuje się je podobno tak, aby Donald Trump miał jak najmniej okazji do spontanicznych konfliktów z europejskimi przywódcami. Włoskie media pisały nawet, że Giorgia Meloni zabiegała o maksymalnie techniczny charakter obrad po kolejnych personalnych atakach Trumpa. Oto nowy standard dyplomacji: nie negocjuje się już dokumentów, tylko długość ekspozycji amerykańskiego prezydenta na innych ludzi.

Ukraińcy przyjechali do Ankary z zadziwiająco skromnymi oczekiwaniami. Nie proszą już o wielkie deklaracje członkostwa ani historyczne przemówienia. Chcieliby produkować pociski do Patriotów, na licencji. To wiele mówi o wojnie. W czwartym roku konfliktu największym luksusem nie jest już polityczna obietnica, lecz fabryka.

Tymczasem w Polsce trwał kolejny odcinek serialu pod tytułem „Kto bardziej pomagał Ukrainie, ale jednocześnie mniej pomagał Ukrainie”.

Donald Tusk powtarzał, że Polska będzie wspierać Ukrainę, nawet jeśli nie wszyscy muszą ją kochać. Trudno odmówić temu realizmu. Polityka zagraniczna nigdy nie polegała na uczuciach. Państwa nie zawierają małżeństw z miłości. Łączą je interesy, strach i geografia. Geografii, w przeciwieństwie do sondaży, jeszcze nikomu nie udało się odwołać.

Równolegle trwała krajowa awantura o pociski Patriot. Jeszcze kilka dni temu część opozycji domagała się odpowiedzi, czy Polska przekazała Ukrainie rakiety PAC-3. Kiedy rząd zapowiedział ujawnienie pełnej historii polskich donacji wojskowych z lat 2022–2026, natychmiast pojawiły się głosy, że publikowanie takich informacji może służyć rosyjskiemu wywiadowi. Logika zrobiła salto i wylądowała na plecach.

To zresztą nie pierwszy raz, gdy polska polityka przypomina człowieka, który najpierw wybija szybę, a potem wzywa policję, bo ktoś zniszczył okno.

Najbardziej zdumiewa jednak coś innego. Jeszcze w 2022 roku szeroka pomoc wojskowa dla Ukrainy była powodem do dumy niemal całej klasy politycznej. Polska wysyłała czołgi, armatohaubice, transportery, amunicję i przedstawiała się jako lider wsparcia. Dziś część tych samych środowisk politycznych opisuje każdą kolejną donację tak, jakby była zdradą stanu. Nie zmieniła się wojna. Nie zmienił się Putin. Zmienił się wyłącznie kalendarz wyborczy.

Rosja z pewnością nie mogłaby wymyślić lepszego scenariusza. Kreml od lat próbuje przekonać Zachód, że pomoc dla Ukrainy jest źródłem chaosu i konfliktów wewnętrznych. Tymczasem w Polsce politycy wykonują część tej pracy własnymi rękami, oskarżając się nawzajem o działania, które jeszcze niedawno przedstawiali jako powód do narodowej dumy.

A przecież tego samego dnia napłynęła wiadomość znacznie ważniejsza niż wszystkie konferencje prasowe razem wzięte. Ceny rosyjskiej ropy spadły do najniższego poziomu od pięciu lat, pogłębiając problemy budżetowe Kremla. Wojny wygrywa się nie tylko rakietami. Czasami równie skuteczna okazuje się księgowość.

We Francji sąd dopuścił Marine Le Pen do startu w wyborach prezydenckich, choć pod warunkami, które czynią ewentualną kampanię politycznym absurdem. Kandydatka z elektroniczną bransoletą na nodze byłaby symbolem epoki, w której granica między odpowiedzialnością karną a marketingiem politycznym staje się coraz bardziej rozmyta.

I może właśnie to jest najlepsze podsumowanie dnia.

Żyjemy w świecie, w którym prezydent próbuje wpływać na decyzje sędziów piłkarskich, szczyty wojskowe organizuje się tak, aby ograniczyć ryzyko obrażenia kogokolwiek przez przywódcę największego mocarstwa, polscy politycy spierają się o pomoc dla kraju walczącego z rosyjską agresją tak, jakby najgroźniejszym przeciwnikiem była konkurencyjna partia, a nie Kreml, zaś największe zwycięstwa nad Rosją przynoszą czasem nie czołgi, lecz spadające ceny ropy.

Świat staje się coraz bardziej nieprzewidywalny.

Tylko polska polityka pozostaje przewidywalna aż do bólu. Kiedy na horyzoncie pojawia się sprawa bezpieczeństwa państwa, błyskawicznie zamienia ją w kampanię wyborczą, a potem wszyscy są zdziwieni, że Moskwa nie musi już prowadzić wojny informacyjnej z taką intensywnością jak dawniej.

Część roboty wykonujemy za nią sami.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights