Warszawa

CZERWONY GARNITUR, CZOŁGI I ZESPÓŁ OBRONY PRZED PRZYSZŁOŚCIĄ

Polska polityka przypomina czasem prowincjonalny teatr objazdowy, który wystawia jednocześnie trzy różne sztuki na jednej scenie. W pierwszym akcie trwa narodowa tragedia. W drugim patriotyczna farsa. W trzecim komedia omyłek. Publiczność nie wie, kiedy ma płakać, kiedy bić brawo, a kiedy sprawdzać, czy przypadkiem nie pomylono biletów.

Tego samego dnia, gdy jedni politycy prawicy po raz kolejny tłumaczyli narodowi, że największym zagrożeniem dla Polski pozostaje niemiecki policjant z notesem i regulaminem pod pachą, w Ministerstwie Obrony Narodowej wydarzyła się rzecz znacznie ciekawsza.

Do resortu weszła Magdalena Sobkowiak-Czarnecka.

I nagle w budynku pełnym generałów, pułkowników, ekspertów od rakiet, czołgów, dronów, haubic, radarów, logistyki i wojskowych skrótów brzmiących jak nazwy chorób zakaźnych, pojawiła się kobieta, która jeszcze kilka lat temu relacjonowała politykę z telewizyjnym mikrofonem, później pisała przemówienia w Brukseli, a teraz będzie odpowiadać za uzbrojenie armii wartej setki miliardów złotych.

Niektórym musiał drgnąć wąs.

W polskiej polityce istnieje bowiem bardzo szczególny gatunek samca. To człowiek przekonany, że bezpieczeństwo państwa zaczyna się od odpowiednio groźnej miny, a kończy na zdjęciu w kamizelce taktycznej. Taki polityk wierzy, że wystarczy trzy razy powiedzieć „geopolityka”, dwa razy „zagrożenie hybrydowe” i raz „doktryna odstraszania”, a na czole automatycznie pojawią się generalskie gwiazdki.

Tymczasem przyszła kobieta w czerwonym garniturze i zaczęła rozdawać karty. To właśnie jest w tej historii najzabawniejsze.

Przez lata prawica tłumaczyła, że Unia Europejska jest czymś pomiędzy biurem rachunkowym a marksistowskim kółkiem zainteresowań. Potem okazało się, że z Brukseli płyną miliardy euro na program SAFE, że za te pieniądze można budować fabryki amunicji, produkować sprzęt wojskowy, rozwijać przemysł zbrojeniowy i wzmacniać armię i nagle ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno opowiadali o dyktacie eurokratów, zamilkli jak uczniowie przyłapani na ściąganiu. Trudno jednocześnie krzyczeć, że Bruksela zabiera suwerenność, i wyciągać rękę po dziesiątki miliardów euro na czołgi. Natura nie przewidziała takiego rozciągania kręgosłupa.

Władysław Kosiniak-Kamysz wygląda w tej historii trochę jak człowiek, który przez lata prowadził rodzinny sklep kolonialny, a pewnego dnia odkrył pod ladą szyb naftowy. PSL od zawsze przypominało polityczny zespół obrotowy. Partię, która potrafiła współrządzić z każdym, z wyjątkiem chyba Mongołów i Napoleona. Tymczasem dziś ludowcy nagle znaleźli się w centrum spraw najpoważniejszych. Czołgi. Rakiety. NATO. Bezpieczeństwo.

Patrząc na to z boku, można odnieść wrażenie, że historia robi sobie żarty, bo jeszcze kilka lat temu przeciętny wyborca PSL kojarzył obronność głównie z ochroną przed dzikami. Dziś jego partia zarządza największym programem modernizacji armii od dziesięcioleci.

A obok Kosiniaka wyrasta nowa postać.

A kim właściwie jest ta nowa postać? To pytanie warto sobie zadać, bo polska polityka uwielbia produkować ludzi znikąd. Pewnego dnia budzimy się rano, włączamy telewizor i okazuje się, że ktoś, o kim jeszcze trzy lata temu słyszeli wyłącznie stali bywalcy korytarzy sejmowych i brukselskich gabinetów, właśnie zaczyna zarządzać miliardami euro.

Historia Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej nie przypomina jednak klasycznej kariery partyjnej działaczki. Nie wychowała się w młodzieżówkach politycznych. Nie spędziła dwudziestu lat na rozwieszaniu plakatów i noszeniu teczek za lokalnymi baronami. Zaczynała jako dziennikarka. Najpierw w Poznaniu, później w Polsacie i TVP, aż w końcu trafiła do Brukseli. I właśnie tam, jak twierdzą jej dawni znajomi, nauczyła się najważniejszej rzeczy w europejskiej polityce: że decyzje zapadają nie podczas konferencji prasowych, ale przy stolikach, których nie pokazują kamery.

Jedni wspominają ją jako kobietę niezwykle pracowitą, przygotowaną i piekielnie skuteczną. Inni używają określeń znacznie mniej eleganckich. W politycznych kuluarach można usłyszeć, że jest ambitna do granic obsesji, że pamięta każdy szczegół, każdy numer telefonu i każdą obietnicę złożoną kilka lat wcześniej. Dawni koledzy z telewizji opowiadają, że zawsze wiedziała, czego chce, a kiedy inni zastanawiali się, dokąd prowadzi kolejny szczebel kariery, ona już szukała następnego.

Po odejściu z telewizji nie wróciła do kraju. Została w Brukseli. Pracowała w Komisji Europejskiej, pisała przemówienia komisarzom, poznawała mechanizmy działania unijnej machiny. Kiedy wielu polskich polityków opowiadało o Brukseli jak o tajemniczym imperium sterowanym przez eurokratów, ona siedziała w środku tego mechanizmu i uczyła się, gdzie naprawdę znajdują się dźwignie wpływu.

Potem pojawił się Władysław Kosiniak-Kamysz. Została jego doradczynią, szefową kampanii prezydenckiej, jedną z najbliższych współpracowniczek. Kampania zakończyła się porażką, ale ci, którzy wtedy z nią pracowali, do dziś wspominają, że przeżyła ją bardziej niż sam kandydat. Nie należała do ludzi, którzy po przegranej wzruszają ramionami. Traktowała ją jak osobistą klęskę.

Później przyszły lata politycznej tułaczki. Nie dostała mandatu poselskiego. Nie miała własnego zaplecza. Nie należała do żadnego wpływowego partyjnego plemienia. W normalnych warunkach powinna zniknąć gdzieś między ekspertami, doradcami i byłymi kandydatami. Tymczasem stało się odwrotnie. Trafiła do zespołu organizującego polską prezydencję w Unii Europejskiej, a następnie przejęła odpowiedzialność za program SAFE.

I właśnie tam zaczęła budować swoją pozycję.

Sama o sobie mówi, że jest perfekcjonistką. Współpracownicy twierdzą, że nie odpuszcza. Krytycy mówią, że jest bezwzględna. Zwolennicy odpowiadają, że dokładnie takich ludzi potrzeba przy projektach liczonych w dziesiątkach miliardów euro. Prawda zapewne leży pośrodku, jak zwykle w polityce.

Nie jest tajemnicą, że wokół Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej zaczęły krążyć polityczne legendy. W Warszawie plotka jest organizmem żywym. Rozmnaża się szybciej niż króliki i bywa równie odporna na fakty. Jedna z tych opowieści głosi, że Donald Tusk widzi w niej jeden z nowych projektów politycznych przyszłości. Druga, jeszcze bardziej fantastyczna, że mogłaby kiedyś znaleźć się na krótkiej liście kandydatów do najważniejszych stanowisk w państwie.

Polityczne plotki przypominają stare kamienice. Zawsze coś w nich skrzypi, ale czasem pod tym skrzypieniem kryje się prawdziwy fundament. Tusk zresztą od dawna ma problem, którego nie ma Jarosław Kaczyński. Kaczyński hoduje polityków jak bonsai. Przycina. Formuje. Pilnuje, żeby nie urosły za bardzo. Tusk ma odwrotny kłopot. Jego problemem jest znalezienie ludzi, którzy byliby wystarczająco wyraziści, by kiedyś przejąć stery. Dlatego każda nowa twarz jest obserwowana jak rzadki gatunek ptaka.

Tymczasem po drugiej stronie politycznej barykady trwa tradycyjna produkcja oburzenia. Karol Nawrocki jeszcze nie zdążył dobrze rozsiąść się w Pałacu Prezydenckim, a jego otoczenie już przypomina grupę ludzi, którzy otrzymali mapę świata, ale uparcie próbują odnaleźć na niej rok 1987. Przydacz szuka Niemców. Bogucki szuka zdrady. Cenckiewicz szuka spisków, a rzeczywistość tymczasem zajmuje się czymś zupełnie innym.

Rosja zbroi się szybciej niż kiedykolwiek. Europa inwestuje w przemysł obronny. Amerykanie coraz głośniej mówią o trwałej obecności wojskowej na wschodniej flance NATO. Polska stoi przed największym programem modernizacji armii w swojej historii. To nie jest czas na polityczne rekonstrukcje bitwy pod Cedynią. To jest czas produkcji amunicji.

Być może właśnie dlatego nominacja Sobkowiak-Czarneckiej budzi takie emocje, bo jest symbolem czegoś większego. Polityka coraz mniej przypomina świat partyjnych aparatczyków, którzy całe życie spędzili na korytarzach sejmowych. Coraz bardziej przypomina świat ludzi od projektów, pieniędzy, kontaktów międzynarodowych i kompetencji.

Oczywiście Polska pozostanie Polską. Za tydzień ktoś wywoła nową awanturę. Za miesiąc ktoś odkryje nowy spisek. Za dwa miesiące ktoś ogłosi koniec cywilizacji.

Ale niezależnie od tego czołgi trzeba kupić, fabryki trzeba budować, a armię trzeba uzbroić i właśnie dlatego rozbawił mnie dziś widok polityków, którzy od rana tłumaczyli, że kobieta nie zna się na wojsku. Jakby nowoczesną armię budowało się dziś za pomocą szabli, sumiastych wąsów i okrzyku „hurra!”. Na szczęście XXI wiek jest trochę bardziej skomplikowany. Ku ogromnemu rozczarowaniu wielu specjalistów od patriotyzmu rekonstrukcyjnego.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights